Inaczej i tak samo

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

-Dziwne te wakacje, proszę pani – kręci głową i opiera rower o naszą furtkę. Jego farbowana na rudo grzywka faluje lekko.

– I w ogóle dziwna pogoda – podnosi głowę i znacząco spogląda na kłębiące się na niebie deszczowe chmury.  – A oni są na półkoloniach? Przecież nie miało być żadnych w tym roku…

Zamyśla się na chwilę, poprawia rower  i mówi dalej:

– A ja miałem mieć komunię – i nic z tego. Ale będę miał we wrześniu. Dziwne to wszystko takie.

Przy zupie kalafiorowej („Pani się nie gniewa, ja nie lubię warzyw”), którą je z dokładką  i przy pieczonej kiełbasce(„A skórę mogę zostawić?”) dowiaduję się więcej o tym dziesięciolatku. Właściwie to podczas obiadu zdąża mi już opowiedzieć całe swoje tak zwane „pół życia”. Oczami wyobraźni widzę jego dwie przyrodnie siostry, babcię i życie na dwa domy.

„Ile jest takich dzieci?”, myślę, patrząc na niego. Nasz dom musi mu się wydawać naprawdę „dziwny” (to chyba jego ulubione słówko). Ale widocznie dobrze się tu czuje, bo nie spieszy mu się z powrotem do swojego. Spędza u nas kilka godzin i buzia mu się nie zamyka – pyta o wszystko.

Chciałby kupić moje książki w bibliotece – cierpliwie tłumaczę, że kupuje się w księgarni, a wypożycza w bibliotece. Nie zdradzam się z pomysłem, jaki przychodzi mi właśnie do głowy:  postanawiam zrobić mu niespodziankę na jego „spóźnioną” Pierwszą Komunię Świętą.

W jednym ten chłopiec ma rację. Rzeczywiście, mówiąc jego słowami: „dziwne jest teraz to wszystko”.  W jego dziecięcej głowie nie mieści się tak duża zmiana, jaką przeżywamy w ostatnich kilku miesiącach i tak długotrwałe zamieszanie w sposobie funkcjonowania, który znał  jako jedyny możliwy od maleńkości.

Ale i dla nas, dorosłych, przeciągający się stan zawieszenia („Jechać na te wakacje, czy nie jechać? Prawdę mówią w telewizji, że nie będzie powrotu do zdalnego nauczania naszych dzieci, czy to tylko kiełbasa wyborcza? Spotykać się ze starszymi członkami rodzin, tymi z podwyższonej grupy ryzyka, czy jednak jeszcze poczekać?”) wcale nie jest łatwy.

A do tego  wszędzie te epidemiologiczne ankiety. Nawet u fryzjera. Stoję na zewnątrz, przed drzwiami salonu, z dwójką synów i odpowiadam na te same pytania, co u lekarza, organizatora półkolonii i dentysty. Dziewczyna w białym, foliowym fartuchu, z maseczką na twarzy, bierze głęboki oddech i wpatrując się we mnie, zamiast „Jak strzyc?”,  pyta:

-Wie pani, ile to jeszcze będzie trwało? Bo ja już mam dość…

Wiatr rozwiewa jej włosy.

Nie wiem. Zamieniam z nią kilka słów, by podtrzymać ją na duchu. Nie znam odpowiedzi na tyle jeszcze pytań…

Szybko jednak orientuję się, że pandemia jest nie tylko ograniczeniem, ale i (dla niektórych)  świetną wymówką. Na jednych półkoloniach dzieci mają zorganizowane wycieczki (choćby takie najbliżej, nad jezioro),  na drugich organizatorzy rozkładają bezradnie ręce: „Państwo rozumieją, jest pandemia, nigdzie z nimi nie pójdziemy”. Obóz sportowy się odbędzie, a muzyczny – nie, bo pandemia. Bądź tu mądry i pisz wiersze!

Póki co za wiersze się jednak nie biorę, ale za „wielką szafę”. Tak nazywamy w naszym domu miejsce, gdzie przechowywane są ubrania naszych dzieci. Składam tam dla młodszych te, z których wyrosły już starszaki i wyjmuję stamtąd te, w które już się mieszczą kolejne nasze dzieci.

Rano córeczka, ubierając się do przedszkola,  woła z zachwytem:

– Dziękuję, mamusiu, mam nową bluzeczkę, jest pięęękna!

Właściwie to wcale nie jest nowa, tylko po jej kuzynce, ale dla E. , która widzi ten ciuszek w groszki pierwszy raz w życiu to „nówka sztuka”, jakby powiedzieli nasi starsi synowie.

Nowa i nienowa, dziwne, prawda?

***

Wieczorem otwieram moją wysłużoną już Biblię i czytam kojące  słowa:

„Jeśli podążasz za tym, co sprawiedliwe, osiągniesz to i przywdziejesz jak wspaniałą szatę. Ptaki trzymają się razem z podobnymi sobie, a prawda powróci do tych, którzy ją w czyn wprowadzają.” (Syr 27, 8-9)

Cokolwiek by się nie działo, te słowa są niezmienne i godne zaufania. Co z tego, że jest „dziwnie”, jak mówi mój mały gość, że jest po prostu inaczej i mniej pewnie. Oczywiście, to bardzo nieprzyjemne mierzyć się na co dzień z niewiadomą. Ale jest coś stałego, jest Ktoś, kto się nie zmienia. Jego miłość i obecność przy nas jest WIERNA.

Amen!

***

PS Chyba skręciłam sobie nogę w kostce… Natychmiast jedna myśl, jak błyskawica, przebiega przez moją głowę: „I znów te same pytania w ankiecie epidemiologicznej mnie czekają…” ; )

Lawenda

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Dostałam ją rok temu, od jednej z uczestniczek biblijnego kursu, który właśnie kończyliśmy prowadzić. Zasuszyłam wonny pęczek i powiesiłam w kuchni przy okapie. Teraz znów trzymam w dłoniach  fioletowe kwiaty, tym razem przewiązane rafią – prezent od koleżanki ze studiów. Ich woń wypełnia salę wykładową. Jesteśmy jedną z nielicznych grup, która miała w ten weekend zajęcia w budynku (w rygorze sanitarnym). Po powrocie z zajęć odkładam świeże gałązki na nasz domowy ołtarz  Słowa Bożego.  Niech chociaż przez chwilę będzie nimi przystrojony.

Przypomina mi się zabawna historia, opowiedziana przez mojego ojca. W latach siedemdziesiątych był na jakiejś konferencji naukowej we Francji. Trafił na strajk pracowników komunikacji publicznej. Wraz ze znajomymi próbował się jakoś odnaleźć w sytuacji i – przede wszystkim – dotrzeć na miejsce, nie znając ani trochę języka. Przyszła im z pomocą jakaś miła Francuzka, która podwiozła ich swoim samochodem pod wskazany adres, a na pożegnanie wręczyła im coś, co po latach mój tato określił jako „jakieś zielsko:  łodygi jak druty, suche toto, jakieś dziwne, tylko rzucić za psem”. Dopiero wiele lat później okazało się, że to była… lawenda!

To, co wygląda niepozornie, co jest nam nieznane i niezachęcające na pierwszy rzut oka, może okazać się skarbem, nie tylko w kwestii nieoczekiwanego prezentu od życzliwej nieznajomej, ale także patrząc szerzej: wartości w kontekście całego naszego życia. Właśnie tam, gdzie natrafiamy na trudności,  jest potencjał, jakiego się nie spodziewamy.

Wyzwania mogą stać się kopalnią dobra, jeśli tylko nie będziemy trudnych spraw przysypywać piaskiem. „Tam, gdzie są konflikty, ukryte jest złoto”, usłyszałam na jednych z zajęć. To prawda. Jeśli skupiamy się tylko na tym co łatwe, lekkie i przyjemne, nie dokopiemy się do tego, co wartościowe i rozwijające w naszym życiu. Ani zamiatanie pod dywan, ani jak mawia mój tato „rzucanie za psem” (z góry przepraszam wszystkich obrońców praw zwierząt) nie daje nam szansy na odkrycie skarbu ukrytego w roli (por. Mt 13, 44).

A skarb jest. W moim i Twoim życiu.

„Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę.”

Boże i ludzkie CIAŁO

Tagi

, , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Proszę porozmawiać z synem, takie jakieś dziwne rzeczy opowiada kolegom…” – zaczyna ściszonym głosem pani w przedszkolu. Gdy dopytuję, o co chodzi, pani wyjaśnia, że synek mówił dziś o tym, jak nie płacić za ubezpieczenie samochodu: że wystarczy zrzucić pieniądze z dachu i że tak właśnie mówiła mu mama, czyli ja.  „Hmm… – myślę sobie – to ciekawe.”

W domu A. opowiada, o co chodziło, przytacza moje słowa, które teraz składają się w całość. Rzeczywiście, mówiłam kiedyś coś takiego, ale nie o ubezpieczeniu ; ) Tłumaczyłam po prostu naszym starszym dzieciom, czym jest przyciąganie ziemskie i jaką siłę ma maleńki pieniążek  wypuszczony z dłoni z bardzo dużej wysokości. Mówiłam, że nawet grosik mógłby uszkodzić samochód, a co dopiero ludzkie ciało.

Ludzkie ciało…

Myślę o nim, gdy słyszę dyskusje o tuszowaniu przestępstw, nadużyć, przenoszeniu sprawców. I  gdy przeczuwam ból tych wszystkich, których ciało zostały sprofanowane. Nie wiem, czy to dobre określenie, ale takie właśnie przychodzi mi na myśl: sprofanowane…

Ludzkie ciało…

Myślę o nim, gdy słyszę gorące w ostatnich dniach dyskusje na temat osób o innej orientacji seksualnej, o  innym kolorze skóry… I gdy widzę, jak wiele jest nienawiści w tych sporach i manifestacjach…

Ludzkie ciało…

Myślę o nim, gdy sąsiadka przedwczoraj pomaga naszemu prawie dziesięcioletniemu synowi, gdy ten spada z roweru i mocno potłuczony próbuje wrócić do domu. I gdy patrzę teraz na jego cztery szwy na brodzie, dziękując Bogu, że nie skończyło się to gorzej.

Ludzkie ciało…

Zakrwawione i złamane, wydane za nas i zmartwychwstałe, uwielbione, pełne chwały – ludzkie ciało Bożego Syna, któremu oddajemy cześć.

Nie rozumiem, jak można kłócić się o to, jak przyjmować to Boskie Ciało, a nie klękać przed CIAŁEM, w którym są najmniejsi bracia Bożego Syna…

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25, 40) To naprawdę nie jest przenośnia, ON TU JEST.

W CIELE. To nie ulotna idea, to nie kwestia wyobraźni.

To wielka tajemnica naszej wiary.

W każdym wzgardzonym, odrzuconym.

ON JEST.

Ciało Bożego Syna sprzedane za trzydzieści srebrników i ciało moich braci i sióstr sprzedawane nieprzerwanie przez wszystkie wieki… Handel pokryty milczeniem: „pewnych tematów lepiej nie ruszać”, „to dla dobra większej sprawy”.

Co mówiłam o małym pieniążku? Że może uszkodzić ludzkie ciało? Tak, wypuszczony z dłoni z bardzo dużej wysokości. Nie mówiłam natomiast, jak uniknąć odpowiedzialności za to. Na to odpowiedź znają ci, którzy wiedzą,  jak przemilczać, jak udawać, że nie ma sprawy…

Grawitacja działa, nawet jeśli płaskoziemcy w nią nie wierzą. Sprawiedliwość i prawda istnieją, nawet jeśli niektórzy próbują zakneblować  jej usta.

 

Płatki róż

Tagi

, , , ,

Fot. Michał Kamiński

Wiatr delikatnie poruszający łany zbóż, czerwieniące się w słońcu owoce – takie obrazy towarzyszą mi ostatnio podczas rozmyślań o tym wszystkim, co jeszcze przed nami. Przymykam oczy i przypominam sobie te piękne obrazy i widoki, którymi co roku latem karmię duszę.

Wierzę, że tak właśnie wygląda bardzo często Boże działanie wewnątrz nas. Delikatne, ciche natchnienia, jak szum wiatru wśród kłosów: podpowiedzi, dobre pomysły, pozytywne myśli, poruszenia ku dobremu. I owocowanie, które dzieje się z Jego pomocą, która przypomina słońce – ogrzewające nas i rumieniące jabłka na gałęziach.

Idę ulicami naszej miejscowości, trzymając jedną ręką sześcioletniego synka i papierowe torby , drugą – czteroletnią córeczkę, w białej sukience, z koszyczkiem zawieszonym na szerokiej wstążce na szyi. Wokół wirują płatki róż. Nie tylko róż, oczywiście, ale róż jest najwięcej.

Inaczej niż co roku, ale i tak dość licznie idziemy śpiewając i modląc się. Przeszkadzają nam trochę maseczki. Jest duszno, parno, wygląda jakby za chwilę miała nadciągnąć burza. „Boję się”, mówi w pewnym momencie E. ściskając koszyczek obiema rączkami. Przytulam ją mocno. Kątem oka dostrzegam chłopczyka, ciut starszego od niej, który też sypie kwiatki. Jest ubrany na biało, nie zauważyłam go wcześniej. „Pierwszy raz coś takiego widzę” – przemyka mi przez myśl, ale raczej mnie to cieszy, niż dziwi czy martwi. Koszyczek napełnia się nie tylko „naszymi” kwiatkami. Pod koniec procesji pełen jest słodyczy – to prezent dla dzieci, które włączyły się aktywnie w uroczystość (ministranci wracają z komżami zwiniętymi w rożek obfitości, z którego wyłuskują po drodze słodkości).

Płatki róż zdobią nasze ulice: po procesji nie rozpływają się w niebycie, ale przypominają przez kolejne godziny (a w niektórych miejscach również i dni), że Boża obecność jest realna. Można jej doświadczyć, choć jej nie widać, tak jak nie można poznać koloru wiatru, ale można dostrzec jego działanie, efekty: to jak poruszają się kłosy i falują całe łany – to  jak poruszają się nasze serca i przemieniają całe rodziny i wspólnoty.

On jest. Nie „wychodzi na spacer” tylko raz w roku (w wielu miejscach jedynie wokół kościoła i z powrotem), On jest (proszę mnie dobrze zrozumieć) cały czas POZA kościołem – poza budynkiem kościoła. Nie można Go zatrzymać w murach. To utopia, bezpieczna bajka, w której zamykając drzwi świątyni możemy odetchnąć z ulgą i przejść do „swoich spraw”. On jest wszędzie. Możemy sobie wmawiać, że budujemy Mu cztery ołtarze i bezpiecznie odprowadzamy z powrotem, do „Jego spraw” i „do zobaczenia za rok”. I tak wyjdzie, i tak będzie szukał budowniczych tych ołtarzy i tych, którzy irytują się, że nawet w czasie epidemii muszą mieć miejsce takie ceremonie.

Wraca z nami po cichu do domu. Wsiada do samochodu, jedzie do pracy. Idzie krok w krok. Słyszy każdy szept i krzyk. Widzi każdą łzę, dostrzega każdy ból. Jest z nami w osamotnieniu, poczuciu odtrącenia, w zwątpieniu i strachu.

Cztery ołtarze (choć piękne i z taką starannością przygotowane) trzeba po uroczystości rozmontować. Naszego życia codziennego nie da się tak po prostu schować na strych i zwinąć  dekoracji. Nawet w dobie koronawirusa nie zwija się ono jak rulon.

Tam właśnie, w tym, co zwykłe spotyka nas On. Gdy nie jesteśmy już odświętnie ubrani, gdy płatki róż zmył ulewny deszcz z naszych ulic.

Dobrze sobie przypomnieć, że jest. Dobrze przypomnieć sobie to, gdy wirują wokół kwiaty, dzwonią dzwonki, powiewają na wietrze sztandary. Ale dobrze jest o tym pamiętać, gdy zalega głucha cisza, gdy nawet telefon milczy, gdy w głowie pustka, a w sercu ściśnięty kamień. On jest. I czeka. Na spotkanie z Tobą. Nie był umówiony, ale wiele razy próbował się spotkać. Może dziś się to uda?

***

„Oto stoję u drzwi i kołaczę:
jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy,
wejdę do niego i będę z nim wieczerzał,
a on ze Mną.” (Ap 3, 20)

Za wcześnie, za późno?

Tagi

, , ,

Fot: Michał Kamiński

Oglądam naszą magnolię – nie zakwitnie w tym roku. Za wcześnie, by uznać, że już nic z niej nie będzie, ale tym razem nocne przymrozki unicestwiły marzenia o oglądaniu jej pięknych kwiatów. Krople deszczu miarowo uderzają w szyby okien dachowych. Spokojny szum wypełnia dom. „Niech pada – myślę – może jeszcze nie jest za późno, może jeszcze uda się powstrzymać skutki suszy…

Rano w sklepie spożywczym, w którym robię codziennie zakupy spotykam znajome i koleżanki. Śmiejemy się, żartujemy, włączają się w to też sprzedawczynie – zastrzyk dobrego humoru i pogody ducha w sam raz na deszczowy dzień.

W innym miejscu, już po zrobieniu zakupów, sprzedawczyni zatrzymuje mnie i prosi, bym chwilę poczekała. Przynosi spory kawałek sernika, akurat na deser dla naszej siódemki. Zaskoczona, bardzo jej dziękuję, a ona po prostu życzy nam smacznego.

Kwiaty pachną jak gdyby nigdy nic, zieleń zachwyca jak zawsze o tej porze roku. Mieszkańcy naszej miejscowości spacerują bez maseczek wzdłuż drogi, a ich dzieci jeżdżą na rowerach, hulajnogach, rolkach…

Można przez chwilę mieć wrażenie, jakby wszystko było tak,  jak dawniej. A jednak wielki znak zapytania nie daje o sobie zapomnieć. Co z naszych planów uda się zrealizować, a co trzeba będzie „odżałować”? Na co będzie za wcześnie, a na co już za późno?

Nasza najmłodsza pociecha pyta raz po raz, co z wakacjami i czy już sobie poszła ta korona-wirus i ta druga – pandemia. Siedzę z E. na ławce w ogrodzie i patrzę jak pięknie koloruje obrazek przedstawiający dziewczynkę myjącą ręce i wirusa z wykrzywioną miną i ze spadającą z głowy koroną. E. modli się rano, by Pan Jezus już zmartwychwstał i przegonił wszystkie choroby. Mam ochotę wtrącić od siebie „już” i „jeszcze nie”, ale nie przerywam jej modlitwy.

Cały czas żyjemy  w tym biblijnym „już i jeszcze nie”. Już wszystko się dokonało, nie musimy z trwogą oczekiwać, co orzekną samozwańczy prorocy. Już zostało objawione to, co miało zostać nam objawione i żadna jota ani żadna kreska nie zostanie zmieniona. Już Jezus zrobił wszystko, co miało zostać zrobione. JUŻ. To się już dokonało.

I jednocześnie żyjemy w „jeszcze nie” – nie oglądamy wszystkich skutków tego, co dla nas zrobił, nie jesteśmy jeszcze w chwale i pozostajemy tu, gdzie zmagamy się, gdzie to zmaganie jest jak owocna praca (por. Flp 1, 22). Nie zapadła jeszcze klamka i w każdej chwili możemy zmienić swoje decyzje, nastawienie życiowe, porzucić błędne myślenie, wybrać na nowo dobro, wybrać na nowo życie… Jeszcze nie skończył się czas, jeszcze jest szansa!

Żyjemy w „już i jeszcze nie” i COVID-19 nie ma na to wpływu. Tak było przed nim i tak będzie po nim. On niczego w tej kwestii nie jest w stanie zmienić. Jedyne na co może się ewentualnie przydać, to na to, by nam to może bardziej uświadomić. Że jest „już” i że jest ”jeszcze nie”. Ani za późno, ani za wcześnie. Akurat  TERAZ żyjemy, akurat TUTAJ i niezależnie od tego, czy na wakacje pojedziemy tam, gdzie planowaliśmy, czy jednak nie oraz czy nasze codzienne życie wyglądać będzie tak jakbyśmy sobie tego życzyli, czy jednak nie – właśnie teraz jest CZAS. Nie jesteśmy jak gospodarka, którą  można „zamrozić”. Człowiek zamrożony umiera – nie dajmy się zamrozić czekając aż coś się zmieni, aż wreszcie się skończy, czy wreszcie zacznie. Teraz jest moment, by ŻYĆ.

TERAZ.

***

„Wszystko to czeka na Ciebie,
byś dał im pokarm w swym czasie.
Gdy im udzielasz, zbierają;
gdy rękę swą otwierasz, sycą się dobrami.
Gdy skryjesz swe oblicze, wpadają w niepokój;
gdy im oddech odbierasz, marnieją
i powracają do swojego prochu.
Stwarzasz je, gdy ślesz swego Ducha
i odnawiasz oblicze ziemi.
Niech chwała Pana trwa na wieki:
niech Pan się raduje z dzieł swoich.”(Ps 104, 28-31)

Nieidealnie

Tagi

, ,

Fot. Danuta Kamińska

W kuchni wiszą, jak trofea, laurki od piątki dzieci: w kształcie wachlarza z ręcznie zrobionymi kwiatkami, trójwymiarowe, z błyszczącymi kieszonkami pełnymi kuponów na miło spędzony czas do wykorzystania dla mnie, z ułożonym przez pierworodnego wierszem, z moją podobizną (autorstwa najmłodszej córeczki), z namalowanymi wielkimi sercami i różą, z zapisaną własnymi słowami przez naszego najruchliwszego syna modlitwą. Wszystkie z okazji Dnia Matki.

Patrzę na nie i myślę o całej gamie emocji towarzyszących mi od kiedy zostałam naście lat temu mamą: od bardzo przyjemnych, wręcz kojących, po trudne, bolesne, czasem nie do końca przeze mnie zrozumiałe. To, że dzieci potrafią zaskoczyć (czasem pozytywnie, czasem negatywnie) jest moją codziennością. Wolałabym oczywiście wybrać opcję „bez niespodzianek”, ale ta opcja w moim menu jest chyba nieaktywna.

Różnice między mamą a pociechą (na przykład w celach i sposobach ich realizacji) zarysowały się już na samym początku mojej macierzyńskiej przygody. Pewnego dnia  spotkały się moja tendencja (można ją nazwać „mucha nie siada”) i jej przeciwieństwo. Oto nasze słodkie bobo, z zapałem godnym większej sprawy, rozrzucało swoje zabawki oraz wysypywało surowce wtórne z pojemników w kuchni, a ja z otwartymi szeroko oczami i ustami zadawałam sobie w myślach pytanie, czy ono naprawdę nie ma potrzeby, by wszystko było na swoim miejscu. „To dziwne – myślałam – ludzie się przecież z tym podobno rodzą.”

To zabawne zdarzenie sprzed lat wróciło do mnie w pamięci kilka dni temu, gdy zapadał już wieczór. Młodsze dzieci spały, wszystko było posprzątane, umyte, pachnące, buty znów sparowane, równo ułożone, ubrania na niedzielę przygotowane – cisza, spokój, prawdziwa sielanka.  I wtedy… kątem oka zauważyłam, że klapek naszego pierwszoklasisty leży w kącie – sam! Poczułam nieprzyjemne ukłucie, dobrze znane mi z innych, powtarzających się sytuacji: gdy któraś z pociech nie wie, gdzie jest druga skarpetka lub rękawiczka, gdy jedno z dzieci z rozbrajającą szczerością oświadcza, że gdzieś „przepadła” jego kurtka, czapka, strój na wf lub książka z biblioteki. Najczęściej wszystko się jednak znajduje, ale sam ten moment, gdy słyszę, że znów czegoś brakuje, że jest nie do pary lub że się zawieruszyło jest… Nie, nie bezcenny. Choć może tak powinnam to zdanie zakończyć, bo przecież każda taka sytuacja uświadamia mi, że nie musi być idealnie, że NIE BĘDZIE idealnie. (Jaka szkoda, chciałoby się dodać ; ))

Oprócz tych drobiazgów są też sprawy większego kalibru. Nie czas i nie miejsce teraz na ich wyłuszczanie, skwituję je jedynie refleksją, którą usłyszałam kiedyś od własnego ojca: „Nie warto się tak wszystkim przejmować, dzieci tak szybko – za szybko! – rosną”. To prawda, z perspektywy czasu to, co było jakimś wielkim problemem (czy „zgryzotą”, jak to ujmuje mój kierownik duchowy), teraz jest mniej lub bardziej pogodnym wspomnieniem.

„Dziś wiem, życie cudem jest”, śpiewam od rana, cytując Małgorzatą Pruszyńską. Przypominam sobie zdarzenia, w których odkrywałam (i nadal odkrywam), że dzieci są inne niż myślę lub oczekuję. To dobrze, bo one nie są mną i nie są też moimi wyobrażeniami o nich. Dzięki Bogu!

***

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49, 15)

***

Nadal zielone

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Idę z mężem naszą ulubioną trasą spacerową wśród pól. Trzymamy się za ręce, jak dawniej. Kwitną kwiaty i jest tak zielono. Wypełnia mnie błogi spokój. Przymykam oczy, by lepiej zapamiętać ten moment.

Następnego dnia, gdy czytam Księgę Psalmów, natrafiam na fragment: „… i w zalęknieniu wołałem: każdy człowiek jest kłamcą” (Ps 116, 11). Czy tak właśnie mogły czuć się ofiary nadużyć seksualnych, gdy zderzały się z murem wrogości, niezrozumienia, hipokryzji? Zamykam oczy i modlę się…

Wołam Ducha Świętego na pomoc właściwie co chwila: to On pomaga mi odkryć, jak w danej sytuacji powinnam zareagować, co powiedzieć, co zrobić, czy jakie rozwiązanie zastosować, gdy moje już zawodzą. Nie ma dnia, w którym nie potrzebowałabym Jego światła i prowadzenia.

Również wtedy, gdy słyszę o złu w strukturach, które są mi dobrze znane – druzgoczące informacje. Również wtedy, gdy moja cierpliwość jest na wyczerpaniu, podobnie jak siły.

Wsłuchuję się w Jego ciche podpowiedzi, gdy jestem sfrustrowana i rozczarowana. Gdy czuję się pokonana i przybita. Gdy docieram do granic mojej wytrzymałości.

Dobrze, że jest tak blisko…

Jakiś czas temu obejrzałam nagranie krótkiej konferencji Jose H. Prado Floresa. Mówił, że specjalnie ubrał się na zielono, by przypomnieć o nadziei, o zbawieniu, jakie mamy w Jezusie i o miłości Boga do nas, której nikt nie jest w stanie zmienić, nawet fałszywi prorocy, fałszywe objawienia, czy straszenie krążącymi w Internecie przepowiedniami.

„Jesteś dobrym Ojcem, właśnie Ty! A ja jestem kochany, właśnie ja!” („Good Good Father”, Tim Bowman Jr.) Słowa tego pięknego utworu muzycznego – modlitwy wyśpiewanej przez czarnoskórego wokalistę gospel – chodzą za mną od kilku dni. Zwłaszcza wtedy, gdy robi się ciemniej na moim niebie, przypominam sobie, że właśnie tak jest, że to prawda: JESTEM KOCHANA. Nikt i nic nie zdoła tego zmienić.

***

Dziś rano przypomina mi się też fragment piosenki, którą kiedyś tak bardzo lubiłam śpiewać, zwłaszcza, że moje oczy są naprawdę zielone, a przez te wszystkie lata nie przestałam jednak wierzyć w drugiego człowieka…

„Moje oczy są nadal zielone,
W moim oknie wciąż kwitnie nadzieja
I pełne światła są moje dłonie,
Jeszcze wierzę w drugiego człowieka.” (Anita Lipnicka)

Poranek

Tagi

, , ,

Fot: Danuta Kamińska

Ukołysały mnie do snu krople deszczu, miarowy ich szum. „Jestem bezpieczna”, to były ostatnie słowa, jakie świadomie wypowiedziałam w myślach tego dnia. Kolejny był pełen wyzwań, nieco trudniejszych sytuacji niż zazwyczaj. Kładąc się spać, potrzebowałam sobie przypomnieć, Kto „zapewnia pokój moim granicom”, jak mówią słowa psalmu (Ps 147, 14), oczywiście nie tym geograficznych, bo nie mam żadnego własnego państwa ; ), ale tym psychicznym – też bardzo ważnym.

Poranek okazał się mądrzejszy od wieczoru i mimo tego, że źle mi się spało, obudziłam się ze świadomością, że zaczyna się coś nowego, że „nowy dzień to nowy początek”. Bardzo lubię ten moment, gdy słońce wpada nieśmiało przez jasne zasłony, wnosząc ciepłe światło do domu. Delektuję się tą ciszą rano i momentem, gdy jestem sama. A właściwie: sam na sam z Tym, Który Jest Tajemnicą…

Mam za co dziękować. Miniony zjazd na studiach podyplomowych okazał się dla mnie bardzo dobrym czasem, w którym mogłam otwarcie mówić o tym, kim jestem, w co wierzę, jakie wartości są dla mnie ważne. Spotkałam się też z dużą życzliwością, otwartością, wzruszyły mnie informacje zwrotne od osób żyjących i myślących inaczej niż ja. Dobrze jest widzieć Ducha Świętego w działaniu : ) Ufam, że to nie koniec Jego prowadzenia i że jeszcze niejedno mnie na uczelni pozytywnie zaskoczy!

Dziękuję więc, uśmiechając się do nowego dnia. To, co w ciemnościach  wieczoru i nocy wydaje się wielkie i nie do pokonania, nie do przejścia, przerastające moje możliwości czy ponad moje siły – o poranku blednie, maleje i rozwiewa się w promieniach ciepłego słońca.

Boża obecność na progu dnia jest dla mnie niemal namacalna…

Trafiam na piękne słowa modlitwy, którymi chcę się z Tobą na koniec tego wpisu podzielić:

„Oby Bóg dał mi opanowanie i spokój w przyjmowaniu rzeczy, których nie mogę zmienić, odwagę, by zmieniać rzeczy, które można zmienić i mądrość w odróżnianiu jednego od drugiego.

Oby Bóg dał mi cierpliwość w czekaniu na zmiany, które wymagają czasu, i umiejętność doceniania wszystkiego, co posiadam, tolerancję dla osób mających inne problemy i siłę, by się podnieść i spróbować na nowo, tylko dzisiaj.” (F. Ch. Oetinger, 1702-1782)

Wdzięczna

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Te sytuacje są nieprawdopodobne, jak z jakiegoś filmu albo z bajki. Gdyby nie to, że inni też w nich uczestniczyli, zastanawiałabym się, czy w ogóle się wydarzyły, czy może raczej tylko mi się przyśniły.

Pierwsza miała miejsce tydzień temu, druga – dzisiaj.

Pojechaliśmy, bardzo spontanicznie, obejrzeć ogródek działkowy na sprzedaż. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na kupno, ale za to odkryliśmy coś, czego byśmy bez tej wycieczki nad jezioro nie poznali zapewne jeszcze długo.

Młody mężczyzna otworzył nam kluczem furtkę, mimo że nas zupełnie nie znał. To nie on wystawiał działkę na sprzedaż, wiedział jedynie kim jest jej właściciel(którego aktualnie nie było na miejscu), a sam miał domek nieopodal.

Weszliśmy na teren ROD, pozasłaniani szczelnie maseczkami. A tam… Nie wierzyliśmy własnym oczom! Między ogródkami działkowymi nie było płotów, przepisy pozwalały najwyżej na półmetrowej wysokości ogrodzenia, więc miało się wrażenie, że wszyscy są razem w jednym, wielkim ogrodzie. Domki były miniaturowe, jak z bajki, w niczym nie przypominały tych nad innym jeziorem, mieszkalnych, gdzie na działkę jeździmy czasami do krewnych.

Pan, który nas wpuścił do tego kolorowego świata „z innej bajki”, opowiedział nam na powitanie pół życiorysu, oprowadził po ogródkach wszystkich swoich „ciotków i pociotków”  oraz licznych znajomych. Przedstawił nas swojej żonie i trojgu dzieci, pokazał nam też królika, którym od razu zachwyciły się nasze pociechy.

Wychodząc stamtąd mieliśmy wrażanie, jakbyśmy trafili na jakiś relikt przeszłości lub osobliwe zjawisko społeczne. Owszem, utrzymywaliśmy obowiązującą podczas epidemii odległość, ale odkryliśmy równocześnie, że tu chyba koronawirus nie zdołał uszkodzić tkanki społecznej, zaufania i więzi miedzy ludźmi. Zupełnie inaczej niż w dużych miastach, gdzie ludzie się nie znają i reagują na siebie alergicznie, odskakując na bok lub wklejając się w półki podczas robienia zakupów w większych sklepach.

Rozmawialiśmy o tym w wolnej chwili podczas kolejnego zjazdu (online) na moich studiach. Na szczęście mnie nic takiego przykrego nie spotkało (to zapewne zasługa tego, że mieszkam w mniejszej miejscowości), ale wiele osób o tym mówiło, zaznaczając, jak niemiłe jest to wrażenie, gdy inni odbierają nas, nasze pojawienie się w pobliżu, jako realne zagrożenie.

Druga sytuacja była tyle komiczna, co zaskakująca.

To już nasz kwarantanniany rytuał: za każdym razem w inne zieloności się wybieramy. Dzisiaj także pojechaliśmy, by zbadać nową leśną trasę. Na chwilkę musiałam się oddalić, poprosiłam więc, by jedno z naszych dzieci wzięło moją torebkę. Nieopatrznie nie zamknęłam jej i odbierając po chwili od naszej pociechy, zauważyłam, że wysuwają się z torebki moje rzeczy. Nie przejęłam się tym jednak aż tak bardzo. Zabezpieczyłam ją i poszłam dalej. Mijali nas jakiś czas później trzej leśni wędrowcy, ubrani na ciemno, z lornetkami w dłoniach. Było to dwóch mężczyzn i jedna kobieta, która szła zupełnie boso, co od razu zauważyła nasza córeczka.

Jakie było nasze zaskoczenie, gdy po dłuższym czasie jeden z mijanych przez nas mężczyzn zatelefonował do mojego męża, informując, że znalazł jego portfel. Mąż więc zawrócił i ruszył przodem, by odebrać zgubę, ja natomiast szłam wolniej ze starszymi dziećmi. Gdy, pogrążeni w rozmowie, zauważyliśmy z daleka na leśnej ścieżce jakąś postać, jeden z synów zawyrokował: „To żołnierz!”. Próbowałam mu właśnie wyjaśnić, że to na pewno nie jest żaden wojskowy, gdy ten zbliżył się do mnie i podał mi… mój portfel! Wyjaśnił, że było w nim zdjęcie jakiegoś pana z brodą oraz telefon alarmowy do niego.

Zapytał jeszcze tylko, gdzie jest ten pan, a ja przyznałam, że też chciałabym wiedzieć, gdyż poszedł przed chwilą przodem odebrać… portfel. Chwilę później wszystko się wyjaśniło i znalazł się także mój mąż, mężczyzna natomiast wszedł nagle w gęstwinę i zniknął. Na szczęście zdążyłam mu podziękować. Dotarło do mnie, że sama na pewno bym nie znalazła mojej zguby, bo planowaliśmy wracać z lasu inną drogą, niż do niego dotarliśmy.

Dwóch mężczyzn. Jeden w ogródku działkowym, drugi w lesie. Nie mieli żadnego interesu w tym, by wyświadczyć nam przysługę. Nie otrzymali nic w zamian, oprócz dobrego słowa i wdzięcznej pamięci.

Jak nazywam takie osoby? To anioły w ludzkiej skórze. Pojawiają się, gdy doświadczam kruchości, niedoskonałości, własnej słabości, tego że nie jestem chodzącym ideałem, że się mylę, zapominam lub czegoś czasem, mimo dobrych chęci, nie dopilnuję.

Życie dzięki nim jest o wiele lżejsze i lepsze.  Pewnie więcej się nie spotkamy, ale to jedno spotkanie tak wiele mi dało. Przypomniało mi, że Bóg ma swoje sposoby, by do nas dotrzeć. I przede wszystkim to,  że On nie przestaje się troszczyć. Jestem wdzięczna. Nie potrafię nie być!

„Błogosław, duszo moja, Pana,
i całe moje wnętrze – święte imię Jego!
Błogosław, duszo moja, Pana,
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy,
On leczy wszystkie twe niemoce,
On życie twoje wybawia od zguby,
On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,
On twoje dni nasyca dobrami:
odnawia się młodość twoja jak orła.” (Ps 103, 1-5)

 

Ktoś

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

„Uśmiechnij się! Jeszcze będzie lepiej :)” – taki napis mijamy, jadąc do lasu na spacer. Czytając go, aż trudno się nie uśmiechnąć. Jak to dobrze, że ktoś zadbał, by się tam znalazł.

Co rano znajduję na ekranie mojego telefonu piękne zdjęcie przyrody i fragment poezji lub jakąś złotą myśl. Komuś chce się przygotowywać właśnie dla mnie tę ucztę dla oka i ducha.

Ktoś inny przysyła rozbawiające mnie do łez historyjki. Ktoś inny dzwoni i sprawia, że znów śmiejemy się głośno, jak przed epidemią. Ktoś inny przesyła regularnie wiadomości o tym, jak radzi sobie z emocjami w tej niezwyczajnej sytuacji, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy i interesuje się tym, jak u mnie to na co dzień wygląda.  Ktoś docenia moją pracę, wyraża się o niej z uznaniem. Ktoś inny przesyła dobre słowo, dziękuje, zapewnia o swojej modlitwie. Ktoś inny pomaga odebrać przesyłkę z paczkomatu (gdy moje ochronne rękawiczki zamiast jednej cyfry na wyświetlaczu „zagarniają” od razu trzy, zupełnie mylne, a qr kod nie chce się jak na złość wczytać). Komuś chce się przywieźć troskliwie wyhodowanego przez siebie tulipana, by zdobił nasz stół podczas wspólnych posiłków.

Ktoś przytula mnie małymi rączkami i pyta, dlaczego płaczę. Ktoś podczas zdalnego spotkania mówi, że pięknie wyglądam. Ktoś inny, ze zrozumieniem słucha mnie. Ktoś uśmiecha się do mnie i obdarza komplementem. Ktoś inny przypomina, by czasem odpuścić. Ktoś  w sklepie zatrzymuje się i z przepisowej odległości żartuje ze mną. Ktoś inny opowiada sytuację (tak bardzo podobną do tej, która przytrafiła mi się niedawno w aptece), by podnieść mnie na duchu i rozbawić. Komuś chce się przekazać mi wiadomości od dalszych krewnych.

Imiona większości z tych osób znam. Część z nich jednak pozostanie dla mnie tylko bezimiennym, ukrytym za maseczką ochronną, człowiekiem dobrej woli.  Ale niezależnie od tego, równie mocno jestem im wdzięczna.

Przez te wszystkie osoby przemawia do mnie Ktoś, kto nie przestaje czuwać nad moim życiem. Kto sprawia, że zakwita jabłoń, że rośnie zboże, że wieje wiatr. Kto „nie zdrzemnie się, ani nie zaśnie”:

„Oto nie zdrzemnie się
ani nie zaśnie
Ten, który czuwa nad Izraelem.
Pan cię strzeże,
Pan twoim cieniem
przy twym boku prawym.” (Ps 121, 4-5)

Przejdź do paska narzędzi