Potężny

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Razem z rodziną, szczelnie osłonięci maseczkami, przemierzamy okoliczne zieloności – znów mamy tę możliwość, po zniesieniu zakazu wstępu do lasów. Dwa dni pod rząd, obrzeżem lasu, wędrujemy jednocześnie brzegiem zalewu. Ponieważ co jakiś czas las kończy się, to znów zaczyna, jesteśmy wciąż zaskakiwaniu pięknem falującej delikatnie wody.

Nie mieliśmy pojęcia, że tak blisko nas istnieje to piękne miejsce. Elektroniczne mapy w nawigacji nie ujmują tego zalewu na ekranie, tak jakby on wcale nie istniał.

Podziwiamy piękno rzeki i budzącej się do życia przyrody.

„Woda wycisza moją duszę/uspokaja  mój umysł/wnosi pokój do mojego wnętrza.” (Liz Babbs), czytam w książce wziętej z kościelnej szafki w ramach akcji „Crossbooking”, rozpoczętej jeszcze przed epidemią… To prawda, te delikatne fale uspakajają, ale i przywołują na pamięć inny tekst, biblijny, mówiący o potędze Boga:

„Podnoszą rzeki, o Panie,
rzeki swój głos podnoszą,
rzeki swój szum podnoszą.
Ponad szum wód rozległych,
(…)
potężny jest Pan na wysokościach.” (Ps 93, 3-4)

Jak to dobrze, że ponad wszelki szum (także medialny) jest Jego spokój i Jego moc. Ponad wszelką potęgę, również potęgę zarazy i potęgę śmierci – jest Jego potęga, z niczym nieporównywalna!

Życzę Tobie i sobie odkrywania Jego mocy i majestatu każdego (nie tylko tego kwarantannianego) dnia! : )

 

Baranek

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

– Jak niemowlę, jak niemowlę u swej matki…

– Dlaczego powtarzasz te słowa, skarbie? – pytam córeczkę.

– Bo chcę się tego nauczyć, jak będę dorosła… Tego psalmu! – z rozbrajającym uśmiecham oświadcza nasza czterolatka.

Inne niż wszystkie do tej pory, ale błogosławione. Z przymusowym ograniczeniami, a jednak w wewnętrznej wolności. W niepewności jutra, a jednak przeżywane z nadzieją. Pachnące, jak co roku, słoneczne i pełne uśmiechu najbliższych…

– Dlaczego tu jest baranek? – pyta, przekrzywiając głowę, E.

– A świeczka? – dopytuje dalej A.

Siadamy wokół stołu, czytam „Wielkanocną opowieść”, dzieci słuchają. Te starsze mają minę „wszystko wiem”, młodsze są zasłuchane, a momentami otwierają szerzej oczy, zaskoczone lub  zadziwione.

Podczas transmisji Liturgii Paschalnej E. zasypia mi na kolanach, natomiast A. zawzięcie szuka świecy. N. pyta, kiedy będzie koniec, a J. i T. twardo śpią u siebie na górze. Kładę się spać zmęczona, ale szczęśliwa.

Kolejne dwa dni świętowania sprawiają, że nabieram sił, delektuję się spokojem i rodzinną atmosferą. Nie wytrąca mnie z równowagi nawet to, że mój komputer, z nieznanych przyczyn, nagle przestaje działać (tak już „na amen”), w skutek czego tracę zapisany na nim tekst kolejnej książki (na szczęście niedawno zaczętej, więc jeszcze nawet nie w połowie zapisanej). Tak, będę już w końcu umieszczać wszystko w „chmurze”. Teraz jednak celebruję Wielką Noc i nie skupiam się tym, co na co dzień zaprząta moją głowę.

Cudowne jest to zatrzymanie i świadomość, że zmartwychwstanie zmienia wszystko, bo nic już nie jest takie samo – wszystko jest możliwe, skoro Jezus żyje!

„A nadzieje zawieść nie może…” (Rz 5,5)

Dostaję przepiękne życzenia – odczytuję je inaczej niż poprzednimi laty: uważniej, wolniej. Wiele w nich słów o wierze. Nawet od osób, które na co dzień określają siebie jako niewierzące. To ciekawe.

Chłopcy pytają, czy mają zakładać garnitury. „Oczywiście – odpowiadam. – przecież to najważniejsze święta w roku, nic tego nie zmieni.” Córeczka ubiera się w najpiękniejszą sukienkę. Wyjmuję eleganckie kolczyki – prezent od męża. Nie zobaczymy się z naszymi bliskimi, ale kontaktujemy się z nimi w inny sposób – „dla chcącego nic trudnego”, jak mówi polskie porzekadło.

Zamykam oczy i chłonę zapach wiosny, grzeję się w słońcu. Dzięki Ci, Panie, za życie. Za to, że mam życie. Dzięki Tobie i Twojej krwi. Dzięki Twojej śmierci i zmartwychwstaniu. Alleluja! : )

Pustynia zakwitnie

Tagi

, ,

Fot: K. Socha

Przekładam z blatu kuchennego tygodnik, w którym niedawno ukazała się recenzja jednej z moich książek. Przez krótki moment patrzę na okładkę czasopisma i mój wzrok pada na zdobiący ją napis: „(…) pustynia może zakwitnąć”. Tak – myślę sobie – to jest to, to jest sens czasu, który teraz przeżywam! To tak jak u Ozeasza: Oblubieniec woła ukochaną na pustynię, żeby mówić do jej serca, by odnowić, pogłębić z nią relację, powrócić do pierwszej  miłości. Pustynia jest miejscem ich spotkania. A u Izajasza? Pustynia zamienia się w kwitnący ogród, w pojezierza.

Już trwają moje ulubione święta i najważniejszy dla mnie tydzień w roku: Wielki Tydzień! Już kwitnie wszystko wokół mnie, nie tylko przyroda – również relacje, bo mimo narzuconych z góry ograniczeń i przymusowej izolacji znajdujemy inne sposoby pogłębienia lub odnowienia więzi.

Widzę jednak w sobie takie obszary, które nadal są pustynne, które potrzebują przemiany i wody żywej, by rozkwitnąć, by zwrócić się ku dobremu, nawrócić się… Niech więc pustynia zakwitnie! Tego życzę sobie i Tobie na te inne niż kiedykolwiek, ale jednak cudowne Święta Zmartwychwstania Pańskiego.

„Dlatego chcę ją przynęcić,
na pustynię ją wyprowadzić
i mówić jej do serca. (…)

W owym dniu zawrę z nią przymierze,
ze zwierzem polnym i ptactwem powietrznym,
i z tym, co pełza po ziemi.
Łuk, miecz i wojnę wyniszczę z jej kraju,
i pozwolę jej żyć bezpiecznie. (…)

Poślubię cię sobie przez wierność,
a poznasz Pana.
W owym dniu – wyrocznia Pana,
odpowiem na pragnienia niebios, a one
odpowiedzą na pragnienia ziemi.”  ( Oz 2, 16.20. 22-23)

 

Dar

Tagi

, ,

For: Michał Kamiński

Przed naszym domem zatrzymała się równiarka. To taka głośna maszyna, trochę przypominająca spychacz, ale dużo większa. Krąży dziś po całym naszym osiedlu w miejscach, gdzie nie mamy jeszcze asfaltowych dróg. Operator równiarki pomachał naszym dzieciom, obserwującym go przez okno. Ziemia przestała się trząść, a pan pochylił głowę i… uciął sobie drzemkę.  Czasem też mam ochotę po prostu zasnąć i obudzić się dopiero wtedy, gdy to wszystko wróci do normy… Pewnie nie będzie to ta sama norma, jaką znamy sprzed epidemii (pandemii), ale przecież wreszcie musi się skończyć to, co teraz wszystkich nas, w taki lub inny sposób, dotyka. Jednak nie zasypiam: życie toczy się tu i teraz, nawet jeśli nie jest jak ze snu.

Równiarka pracuje, trzęsą się w posadach domy (ciekawa jestem, czy blok po sąsiedzku też drży – pewnie jego mieszkańcy również odczuwają te silne drgania).  Niektórzy mówią, że kornawirus zrównuje wszystkich, bo każdy może zostać przez niego zainfekowany, bo każdy odczuwa konsekwencje COVID-19.  Nie,  nie zrównuje.  Jedni się strasznie nudzą i nie wiedzą, czym się zająć, inni mają teraz tak dużo pracy, że nie wiedzą, w co najpierw ręce włożyć. Również kryzys gospodarczy,  jaki się u nas właśnie rozgościł (nie tylko u nas zresztą), nie zrównuje. Każdy z nas, pracujących zawodowo dorosłych, wie o tym. A właściwie wie, że wie… niewiele. Może jedynie tyle, że jedne branże mają szansę się ostać, a w innych likwidowane będą (lub już są) miejsca pracy.

Przenoszę wzrok na krzewy i małe drzewka owocowe w naszym ogrodzie: uwijają się nad nimi pszczoły. Słodki zapach unosi się w powietrzu. Przypomina mi się piękny wiersz Czesława Miłosza – „Dar” – o pracy w ogrodzie, ale właściwie o wdzięczności za życie. Zamykam oczy. Znów jestem nastoletnią dziewczyną, chłonę przyrodę wszystkimi  zmysłami, zachwycam się muzyką, poezją, obserwuję uważnie ludzi: małe dzieci i niemowlęta, staruszków i dorosłych. Ubrana odświętnie idę korytarzami szpitala: za chwilę będziemy, jak co roku, śpiewać dla pacjentów w zabytkowej kaplicy. Mam głowę pełną ideałów, co niektórych irytuje, a niektórych bawi: próbują wytłumaczyć mi, że z wiekiem mi przejdzie, że życie zmieni nieco mój stosunek do ludzi, ostudzi zapał.

Otwieram oczy. Córeczka ma już tak długie włosy, że bez trudu splatam je w warkocz. Wyciągam z szafy nowe ciuszki – prezent od znajomych – i chowam te, z których właśnie wyrosła. „Jak będę duża, zostanę księżniczką” – tłumaczy mi, uśmiechając się rozbrajająco. Nie prostuję jej toku myślenia, ale odwzajemniam uśmiech. „Pan Bóg nam zsyła dobrych ludzi, masz rację, mamusiu!” – podskakuje jej starszy brat, wpadając do pokoju. Razem przypominamy sobie dobre rzeczy, jakie zdarzyły się nam w ostatnim czasie, dobrych ludzi, którzy zaskoczyli nas swoją życzliwością.

Równiarka hałasuje za oknem. W środku jest… cicho i spokojnie. Nie, głośno i kłótliwie – od czasu do czasu u naszych starszaków ; ) Ale:  cicho i spokojnie – wewnątrz mnie : )

***

 

„Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu,
przygotuj swą duszę na doświadczenie!

Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy,
a nie trać równowagi w czasie utrapienia!
Przylgnij do Niego, a nie odstępuj,
abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim.
Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie,
a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały!
Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia.
Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą,
prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!
Którzy boicie się Pana, oczekujcie Jego zmiłowania,
nie zbaczajcie z drogi, abyście nie upadli.
Którzy boicie się Pana, zawierzcie Mu,
a nie przepadnie wasza zapłata.
Którzy boicie się Pana, spodziewajcie się dobra,
wiecznego wesela i zmiłowania!”

(„Bojaźń Boża w doświadczeniach”, Syr 2, 1-9)

Open space w salonie

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

– Mamo, na co się przelicza ary?
– Jak to się czyta: climb trees?
– Mamo, a istnieje bocian zielony?
– Jak się pisze „dżdżownica”?
– Mamo, zawiesił mi się komputer, ****!
– Mamusiu, zgubiła mi się spinka…!
– Mamo, on mówi, że ja nic nie umiem!
– Wydrukujesz mi?
– Przez jakie „u” się to pisze?
– Wytłumaczysz mi?
– Ja tego nigdy nie zrobię!!!
– Gdzie to teraz wkleić?
– Mamo, pobawisz się ze mną?
– Mamo, wybierzesz mi tapetę na dżimejla ?
– Jakie tu jest hasło?
– Kiedy wróci tato?
– Mamo, a to jest dobry wynik?
– Nie lubię tego chleba z ziarnami, nie ma innego?!!
– Czy to jest moja myszka?
– Mamo, co z tą prezentacją, zupełnie nic nie słychać…
– Co dzisiaj jest na obiad?
– To jest to nowe zadanie?
– Nie otwiera się…
– Maaaamooo!
– A co to jest? No, to tutaj…
– To nie jest przecież mój Librus!
– Mogę tamte twoje zabawki, mamusiu? No, te garnki i talerze, mogęęęę?
– A z geografii mamy tu coś dziwnego…
– On mnie kopie, mamo!!!
– To on zaczął!
– Mamusiu, masz różową kredkę?
– O, nie! Ja mu dam!!!
– Schowałem tu te klocki, nie powiesz nikomu, mamusiuuu?
– Nie mam kapci i nie wiem gdzie są!
– Kiedy będzie Wielkanoc?
– Opera się nie otwiera!!!
– Mamo, mamy gdzieś czerwoną wstążkę?
– Mamo, kto był następcą tronu w roku…???
– Nie wiem, jak to rozwiązać…
– To jest ten skrót klawiaturowy?
– Dzisiaj jest moja kolej na tę łyżeczkę?
– Mamo, możemy obejrzeć ten śmieszny filmik o siedzeniu przy komputerze?
– Gdzie jest moja karta pracy!!!
– Mamo, skończyłem!
– Mamo, ale się zrobiło cicho… Oni wszyscy coś piszą, a my tylko kolorujemy!
– Coś mi się włączyło, aaa! Jak to wyłączyć?!!
– Psytulis mnie?
– Możemy mieć przerwę?
– A na dworze jest dzisiaj zimno?
– Mamo, ile to jest?
– To jest moje, mamo, powiedz mu!
– Dzisiaj jest piątek?
– Mamo, ile mam dzisiaj pompek, piętnaście czy już siedemnaście?
***
– Tak, słucham! Jak u nas? Żyjemy! Nie, nie dołączymy wieczorem na zoomie, o tej porze kładę spać maluchy. Aha, to super, ale nas nie będzie podczas transmisji. Tak, modlimy się razem, oczywiście, ale ciut wcześniej, przed pójściem spać naszych pociech. Rozumiem, ale nie.
***
– Tak, dziękuję, dotarła umowa, odeślę ją dzisiaj, podpisaną. Podoba mi się ta nowa wersja okładki, ale zupełnie gubi się w niej tytuł. Może udałoby się coś z tym zrobić? Tak, piszę. Kiedy? W tak zwanym międzyczasie, chociaż według językoznawców nie istnieje coś takiego…
***
– Dziękuję, rzeczywiście były bardzo śmieszne. Nie, nie mam na takie rzeczy czasu… Ale chętnie pożyczę psa, by legalnie wyjść z domu choć na krótki spacer. Wiem, wiem, rodziny mogą, nawet duże, tak. Ha, ha, ha! Nie, nie miałam na myśli, że ktoś do nas będzie strzelał, ale się uśmiałam! To już nie chcę tego psa, dzięki!
***
– Lepiej już? A jak samopoczucie? To cieszę się bardzo! Pamiętamy i przesyłamy uściski!
***
– Halo? Tylko tak króciutko, zapytać, jak się czujecie. Szkoda, że to tak daleko. Wiem, wiem… Ale nie warto we wszystko wierzyć, co podają, niektóre informacje okazują się nieprawdziwe. Tak, trzymajcie się!
***
– Dziękuję, twoje zdjęcia rozjaśniają mi każdy poranek, są cudne. Nie, twój mąż może i robi bardziej profesjonalne, ale na twoich przyroda jest jakby „prawdziwsza”. Serio, serio. Dzięki wielkie! A jak z kaszlem?
***
– Potrzebujecie czegoś? Ile jeszcze dni wam zostało tej domowej kwarantanny? Jesteście dzielni. Modlimy się!
***
– Wrócił już zza granicy? Uff… Ale gdzie odbywa kwarantannę, chyba nie z wami? O, to dobrze! Oby szybko ten czas minął…
***
– I, co jaki wynik testu? Dzięki Bogu! A gorączka?
***
– Dziękuję, to bardzo miło z pana strony! Tak, to nasza gromadka. Jeszcze raz: za starą budką w lewo, nad małym stawem po prawej. I tam jest pana pole, tak? Dobrze, weźmiemy jedną, góra dwie pietruszki, nie będziemy panu więcej zabierać. Tak, jakoś urwiemy, dziękuję! Bardzo miło mnie pan zaskoczył. Dziękuję raz jeszcze!
***
– „Błogosławię Pana w każdym czasie, Jego chwała jest zawsze na moich ustach!” (Ps 34,2) Amen!

Nadzieja

Tagi

, ,

Fot: Aneta Kot

Długie, niespieszne spacery z dala od zabudowań, nowe ścieżki edukacyjne odkryte dzięki podpowiedzi przyjaciół i ciepłe, prawie wiosenne słońce. Zapach ziemi, budząca się do życia zieleń. Delikatny powiew wiatru i odgłosy bawiących się w pobliżu naszych pociech. Korzystamy z zaleceń o dotlenianiu się poza dużymi (i małymi) skupiskami ludzkimi. Mijają nas z rzadka jakieś nieznane nam osoby, wymieniają z nami uśmiechy, dobre słowa.

Podczas jednej z wypraw spotykamy pana na traktorze. Zadaje zagadki naszym dzieciom, a potem macha nam na pożegnanie i odjeżdża swoim głośnym, prawie sześćdziesięcioletnim, pojazdem.

Spokój, jaki płynie z tych długich wędrówek, pomaga mi zachować równowagę podczas dni społecznej kwarantanny, gdy organizuję dla trójki dzieci nauczanie domowe (jak to z przymrużeniem oka nazywam) oraz dla dwójki młodszych domowe przedszkole, próbując jednocześnie pracować na komputerze.

Chłonę piękno przyrody i harmonię budzącej się wiosny. Unoszę głowę i patrzę w niebo. Smakuję spokój, jaki rozlewa się wewnątrz mnie. Uśmiecham się, myśląc o tym, że nic mnie nie odłączy od miłości Boga. I w życiu, i w śmierci należę do Niego (por. Rz 14, 7- 12).

Nie wybiegam myślami do przodu – wybiegam poza horyzont: wiem, że moje życie to coś więcej niż kilkadziesiąt lat (w zdrowiu lub chorobie). Jak najdłuższe życie tutaj nie jest moim celem – mam ambitniejszy plan: życie na zawsze! I mocno ufam Temu, który mi je obiecał (por. J11, 25-26).

Obejmuję modlitwą wszystkich zarażonych i tych, którzy ulegli panice. Myślę ciepło o bliskich, zwłaszcza tych znajdujących się w grupie ryzyka. Panika niczego nie naprawi, spokój natomiast może pomóc w zachowaniu zdrowego rozsądku.

Dostrzegam pączki na drzewach i żółte, maleńkie kwiaty wśród traw. Obłędny, jasnozielony kolor pól sprawia, że muszę na chwilę przystanąć. Jest tak pięknie!

Idę dalej i dostrzegam strumień i drewniany mostek. Przypominam sobie czasy, gdy byłam mała i chodziłam z moimi rodzicami na długie spacery za miasto. Była tam nad rzeczką metalowa kładka, którą z bratem nazywaliśmy „cymbałkiem”, być może dlatego, że wydawała ciekawe dźwięki, gdy po niej skakaliśmy : )

Choć trudno mi pogodzić się ze zmianami, jakich wymaga sytuacja, w jakiej wszyscy się znaleźliśmy, a nasz ścienny kalendarz nagle ma na sobie mnóstwo śladów po białym, taśmowym korektorze, to jednak nie tracę nadziei, nie tracę wewnętrznej radości i obdzielam nią innych. Korona mi z głowy nie spada, a może dzięki temu „koronę-wirus”, jak o pandemii mówi nasza córeczka, łatwiej będzie mnie i innym znieść.

Pogoda ducha połączona z rozwagą jeszcze nikomu nie zaszkodziła : ) Niezależnie więc od tego, jaki będzie rozwój wypadków, dziękuję za ten czas z bliskimi – pełen pokoju i nadziei.

 

Spokój

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

– Jeszcze tylko kilka stopni i już będziemy na dole – szepcze do ucha mojej małej, śpiącej córeczce, wtulonej w jego sweter.

Drewniane schody są bardzo strome i skrzypią przy każdym kroku. Zabytkowe  wnętrza oświetla tylko słabe światło, a na niektórych piętrach nawet i jego brak.

– Spokojnie, spokojnie – powtarza cicho, nie wiem, czy bardziej sobie, czy jednak trzymanej w ramionach dziewczynce.

Stawia ostrożnie kroki, czasem przystaje i mocniej przytrzymuje jej małe ciałko. Gdy na dole przekazuje mi śpiącą czterolatkę, ta otwiera oczy, mówi cichutko: „Cześć wujku”, i  z powrotem  wtula głowę, tym razem w moje ramiona.

Zasypia na samym początku, gdy modlimy się ze wspólnotą w sali na górze za chorych oraz za tych, którzy ulegli panice. Wstawiamy się – choć jest nas tym razem garstka – za wszystkimi, którzy potrzebują modlitewnego wsparcia w tych dniach.

Widać, że czuje się bezpiecznie wśród kojących dźwięków pieśni, widoku znanych twarzy i szmeru modlitw. Najpierw prosi, bym ją przytuliła, a potem układa się wygodnie na moich kolanach i zanim się spostrzegam – już śpi. Jej starszy brat, również kilkuletni, proponuje, bym ją postawiła na nogi, bo na pewno mała udaje. Jednak okazuje się, że jej sen jest tak twardy, że z trudem we dwójkę zakładamy jej zimową kurtkę. Wtedy podchodzi chrzestny naszego najstarszego syna i bierze ją z moich ramion. Chwytam synka za rękę i ostrożnie sprowadzam go w półmroku z poddasza na sam dół zabytkowego budynku.

Następnego dnia dowiaduję się, że nieco zmieni się teraz nasz mały świat: zdecydowano, że zostaniemy wszyscy w domu przez najbliższy czas. Docierają do mnie różne informacje i różne też ludzkie reakcje na nie. Jednak tym, co wciąż mi towarzyszy jest spokój i wspomnienie tego powolnego, mozolnego schodzenia po skrzypiących schodach kilka pięter w dół. I wyraz twarzy córeczki, wtulonej ufnie w nasze ramiona.

Myślę, że to metafora tego, co przede mną: mam zachować ostrożność, jak wtedy, w nieoświetlonym wnętrzu, ale przede wszystkim zachować spokój. Wiem, w czyich ramionach jestem, wiem, że niezależnie od wszystkiego jestem bezpieczna w Bożych dłoniach. Czy to w zdrowiu, czy to w chorobie – należę do Niego.

Zdanie, które usłyszałam na „Gorzkich Żalach”, wciąż do mnie powraca: „Ludzie boją się wirusa, ale nie obawiają się żyć w grzechu ciężkim.” Coś w tym jest. Zdrowie jest ważne, ale zbawienie najważniejsze… „Nothing but the blood of Jesus” – ta piękna pieśń towarzyszy mi w tych dniach. Tak, przez Twoją świętą Krew napełnij nas wszystkich wewnętrznym pokojem! Amen.

„W Nim mamy odkupienie przez Jego krew –
odpuszczenie występków,
według bogactwa Jego łaski.” (Ef 1, 7)

Listowy

Tagi

, ,

 

Fot: Adam Kamiński

– Dorosły domownik, tak… Pani jest?… Żona, tak… – mruczy stukając w ekran, a ja stoję z poleconym w wyciągniętej dłoni.
– Zaraz , zaraz, bo coś tu mi system odrzucił… – wpatruje się w ekran, a mnie robi sie już zimno, bo wyszłam na dwór bez wierzchniego okrycia na deszcz, licząc na szybki powrót do przerwanej pracy.
– A co się nie zgadza? – dopytuję zaciekawiona. – Mąż ma tylko jedną żonę, z tego co wiem: mnie.
Pan nerwowo się śmieje i wraca do stukania w ekran i po chwili oznajmia:
– Bez stresu, bez stresu! Już wszystko gra!
Uśmiecha się i podaje mi elektroniczne cudo z rysikiem, bym podpisała, że przyjęłam przesyłkę. Odbierając ode mnie urządzenie, dodaje trochę ciszej, jakby zawstydzony:
– Chociaż… listowi, niestety, dużo wiedzą…
Jestem w stanie to sobie wyobrazić, odpowiadam mu w duchu. Pewnie nie jedno widział i słyszał…
Pan wraca za moment, bo tym razem podpis nie został przyjęty przez system. Na szczęście nie muszę fałszować swojego własnego podpisu, wystarczy, że pan zapisze moje imię i nazwisko drukowanymi literami, a ja złożę parafkę. Może mój poprzedni był zbyt zamaszysty i wyszedł poza ramki przeznaczone dla podpisów? Albo padający deszcz coś utrudnił w tym elektronicznym przedstawieniu się? Już nie pytam. Pan wraca do samochodu, ja do swojej pracy.
Śmieję się w duchu z całej sytuacji, ale potem na chwilę poważnieję. Przypomina mi się rozmowa ze znajomymi ze studiów: „Zazdroszczę ci, że masz tak wszystko prosto, jasno poukładane”. Gdy na początku nie rozumiałam, o czym mówią, dopowiadali, każdy swoją, historię. Rzeczywiście, dla listonosza byłaby to nie lada łamigłowka. Nie tylko zresztą dla niego. Układy, w jakich czasem funkcjonujmy, nie przypominają tych prostych, jasnych…
Ale pozostawiając na boku rodzinne patchworkowe układanki czy zawiłości, relacje są tym, co z jednej strony jest dla nas najważniejsze, a z drugiej – bardzo często – tym, do czego nie chcemy przykładać zbyt wielkiej wagi, analizować, wchodzić w głąb, przyglądać temu, co może już przykrył kurz. „Dobrze jest, jak jest”, czasem można usłyszeć taką argumentację.
Najmłodszy z naszych synów jakiś czas temu przedstawił mi wyniki swoich własnych badań socjometrycznych, mówiąc żartobliwie, czyli swoich dziecięcych , ale wnikliwych obserwacji: „T. mnie nie lubi, a E. bardzo mnie kocha. N. czasami powinien sobie gdzieś pójść, ale i tak go lubimy, prawda? A ty kochasz wszystkich, a najbardziej tatę i nas.” Rozczulił mnie tymi wyznaniami…
Patrzę na jego ulubioną czapkę, w której ostatnio nawet chciał spać i przypomina mi się piękny fragment Słowa Bożego: „Znam cię po imieniu i jestem ci łaskawy” (Wj 33,12). Powtarzam go sobie raz po raz…
W erze niebieskiego światła ekranów, które wiedzą lepiej, kto jaki ma podpis i czyją jest żoną, warto czasem posłuchać, jak w prosty i nieskomplikowany sposób świat widzą dzieci… : )

Chmury

Tagi

, ,

Fot. Michał Kamiński

Dużo ostatnio się dzieje: we mnie i wokół mnie. W sytuacjach, które zdaje się, że mnie przerastają, z Bożą pomocą udaje się jednak zachować spokój ducha i nie tracić głowy… „Z dużej chmury mały deszcz”, mówi polskie porzekadło. Przypomniało mi się ono przy okazji jakiejś trudniejszej sytuacji, ale też kilka chwil później, gdy wracając któregoś dnia do domu obserwowaliśmy (starsi synowie i ja) chmury deszczowe.

Były przeróżne: ciemne, jasne, postrzępione i o wyraźnie zarysowanych konturach. W pewnym momencie nawet wydawało nam się, że jedna z nich jest… pionowa! Z jednych padał tego dnia deszcz, z innych grad, a w końcu spadł także śnieg. Najmłodsza nasza pociecha ogłosiła wtedy, że możemy już wyprawiać jej urodziny, bo w końcu jest zima, a urodziny ma przecież w zimie. Śnieg roztapiał się natychmiast, zanim zdążył porządnie dotknąć ziemi. Jego wielkie płaty zaintrygowały nasze młodsze dzieci, a córeczka próbowała nawet zjeść ich jak największą ilość, łapiąc je na język.

Pomyślałam wtedy o innej chmurze – nazywanej obłokiem – towarzyszącej Narodowi Wybranej w wędrówce z Egiptu do Ziemi Obiecanej(por. Wj 14, 19-20 oraz Wj 40, 34-37). I o obłoku chwały, który wypełnił świątynię, gdy została ona poświęcona (por. 1 Krl 8, 10-12).

Gdy podnoszę głowę, widzę chmury: delikatne, jasne obłoki lub ciężkie, ciemne chmurzyska. Jednak wszystkie one przypominają mi o tym, że Ktoś czuwa nad moim życiem, że Ktoś mi towarzyszy.

„Pan króluje (…)

Obłok i ciemność wokoło Niego.

Jego błyskawice świat rozświecają,
a ziemia patrzy i drży.

Niebiosa głoszą Jego sprawiedliwość,
a wszystkie ludy widzą Jego chwałę.”(Ps 97, 1a.2a.4.6)

Ten Ktoś strzeże mojego życia i wyrywa je z ręki tych, co do Niego nie należą (por. Ps 97,10). Ten Ktoś kocha także Ciebie…

 

Promienie

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

– W niebie jest życie! – wykrzykuje odkrywczo E. (lat 4) na wiadomość, że właśnie zmarł tato naszej dobrej znajomej. Modlimy się za niego, a nasze młodsze dzieci snują fantazje na temat tego, jak wygląda niebo. A.(chyba najbardziej relacyjny z całej naszej gromadki) w pewnym momencie zastyga w bezruchu, a  potem powoli zadaje pytanie i sam sobie na nie odpowiada:

– A czy Pan Bóg ma rodzinę? – przekrzywia głowę, a jego brązowe oczy lśnią. – Ma, i to ogromną! Te wszystkie owce!

Natychmiast myślami biegnę do obrazu znajdującego się u nas w kościele w kaplicy matki z dzieckiem.  Przed rozbudową zdobił nawę główną.  Nasza znajoma artystka plastyk nie wyraziła się pochlebnie o tym malowidle, gdy wiele lat temu rozmawialiśmy o nim w grupie znajomych. Powinniśmy wtedy zacytować porzekadło: „Nie to ładne, co ładne, ale to, co się komu podoba” : )

„To o tych owcach mówi A.!” –  uśmiecham się w duchu.

Uświadamiam sobie, jak wiele przypomina mi to malowidło. To właśnie przy nim rozmyślałam tyle razy o tym, co dla mnie najważniejsze i pytałam o moją życiową drogę. Wahałam się, decydowałam i wewnętrznie zmagałam. To z nim mam związane jedne z najpiękniejszych wspomnień.

Niedawno usłyszałam od zaprzyjaźnionej osoby, że również z tym właśnie obrazem wiąże ona swoje małżeństwo i dar macierzyństwa:

– Kłóciłam się z Bogiem patrząc na ten obraz – wspomina. – Dyskutowałam i pytałam. Aż w końcu, gdy któregoś razu znów tu przyjechałam, mogłam po prostu powiedzieć: DZIĘKUJĘ.

Bóg ma rodzinę i to ogromną, jak trafnie zauważył A.

Ty i ja w niej jesteśmy.

Ty i ja jesteśmy Jego owcami:

„Wiedzcie, że Pan jest Bogiem:
On sam nas stworzył, my Jego własnością,
jesteśmy Jego ludem, owcami Jego pastwiska.” (Ps 100, 3)

 

Gdy patrzę dziś na jasne niebo i promienie słoneczne przeszywające chmury, podobne do promieni przedstawianych na dziewiętnastowiecznych obrazach z postaciami świętych, tym mocniej przypominam sobie o tym, do Kogo należę.

I że jestem kochana i bezpieczna – w Nim.

Ciebie również zachęcam do podniesienia głowy. Kiedyś wierzono, że te promienie, odznaczające się równymi liniami na jasnych obłokach, to znak szczególnej Bożej łaskawości. Z takimi promieniami, białymi i czerwonymi, wychodzącymi z dłoni, namalowane zostało Miłosierdzie.

Oczywiście, to tylko symbol, znak, obraz.

Ale jak wiele mówiący i jaki piękny!

 

Przejdź do paska narzędzi