Złote

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

– Jakie słowa sprawiają, że stajecie się radośni, wysychają wasze łzy i chce się wam wstawać rano z łóżka? – pytam patrzących na mnie z zaciekawieniem pierwszoklasistów.

Każdy z nich mówi o swoim dziecięcym doświadczeniu mocy słowa. Pytam, jak się czują, gdy słyszą te piękne i dobre komunikaty od bliskich. Nieporadnie, ale  z zaangażowaniem mówią o emocjach, jakich doświadczają w związku z usłyszanym przez nich budującym przekazem.

W rękach trzymają złote koraliki, które wyciągnęłam przed chwilą z ozdobnej sakiewki. Wyobrażają sobie, że dobre słowo to skarb. Mogą go komuś ofiarować i mogą go od kogoś otrzymać. Część pierwszaków z wrażenia gubi te małe koraliki i szuka ich potem zawzięcie pod stołem. W końcu każdy już ma swój błyszczący skarb w piórniku. Mrugam do ich pani wychowawczyni prosząc, by zostawiły ten koralik dziś w domu w jakimś ważnym dla siebie miejscu i nie przynosiły go do szkoły. Jutro rano mogłoby być trudno prowadzić lekcje, gdyby wszystkie dzieci w jednej chwili pogubiłyby swoje turlające się świecidełka.

Co najczęściej odpowiadały? Że słowo „kocham” wypowiedziane przez mamę daje im najwięcej radości. Ktoś wymienił pochwałę, na którą bardzo czeka od rodziców, ktoś inny słowo „wybaczam” wśród tych, które przynoszą ulgę i ukojenie. Jedno dziecko powiedziało także, że lubi jak mama go budzi: woła go po imieniu i mówi, że czas już wstawać. To go wprawia w dobry nastrój. Jasnowłosa dziewczynka wyrecytowała zdanie „A Słowo ciałem się stało” jako ulubione do słuchania w kościele : )

Dzieci w końcu pytają, jakie jest słowo, które dla mnie wiele znaczy, jest takim skarbem, jak rozdane przed chwilą złote korale. „Jestem z tobą”- mówię, uśmiechając się. „To bardzo podobne do <kocham cię>” – dopowiadam.

Rzeczywiście,  gdy jest mi ciężko, to jedno zdanie potrafi podnieść  mnie na duchu. To jedno zdanie powtarzam w myślach od tylu już lat. Było pierwszym ważnym dla mnie zdaniem, gdy jako nastolatka zabrałam się za przeczytanie Pisma Świętego:

„A oto Ja jestem z wami po wszystkie dni, aż do skończenia świata.”  (Mt 28, 20)

Jego pierwszego nauczyłam się na pamięć i do teraz jest mi najbliższe.

„Jestem” zawiera dla mnie wszystko, również dlatego, że jest jednym z imion Boga („Jestem, który jestem” Wj 3, 14). Jest też inny powód: od małego nasze dzieci, budząc się w nocy – chore z gorączką lub zdrowe, ale z jakimś „złym snem” – słyszały właśnie to zdanie: „Jestem, jestem, kochanie!”, połączone z przytuleniem, przytrzymaniem za rękę, pogłaskaniem.

Jestem. Jestem z tobą. Nie gdzieś myślami w obłokach, a nosem w tablecie. Jestem przy tobie.

To zdanie ma jeszcze inne znaczenie: mój mąż zwykł je wypowiadać, gdy towarzyszył mi w trudnych doświadczeniach. Nie mógł zmniejszyć mojego bólu, rozwiać moich wątpliwości, usunąć przeszkód z mojej drogi, ale mógł być blisko i zapewniać, że mnie rozumie: „Jestem w tym z tobą” – mówił i nadal mówi.

To zdanie, to słowo jest bardzo ważne w naszej rodzinie. Zapewne nie tylko w naszej. Ono mówi więcej niż sto innych.

Czasem wystarczy po prostu być przy kimś. Nie trzeba od razu wielkich słow. Wystarczy to jedno, małe, a cenne jak… dla pierwszaków złoty koralik.

Oczy gołębicy

Tagi

, ,

Fot: pxhere.com

Cudowne słońce po wielu pochmurnych dniach i przekonanie o tym, że niemożliwe jest możliwe. Grad za oknem obserwowany uważnie przez dwójkę przedszkolaków. Emocje półkolonijne dwójki „szkolniaków”. Nudzenie się jednego nastolatka.  I piękna pieśń „Dove’s Eyes” w wykonaniu czarnoskórej wokalistki gospel…

Myślę nad słowami wyśpiewanej przez nią modlitwy:

„Nie chcę mówić o Tobie, jakby Ciebie tu nie było. Chcę patrzeć wprost na Ciebie i śpiewać, zwracając się bezpośrednio do Ciebie, bo wiem, że mnie słuchasz (…). Daj mi oczy gołębicy, daj mi niczym niezakłócone zawierzenie.”

Oczy gołębicy, przywołane również w biblijnej „Pieśni nad pieśniami” (por. Pnp 1, 15; 4, 1), przypominają mi historię naszego małżeństwa, ale też inne historie… Podobno gołębica patrząc na jakiś obiekt, ogniskuje na nim wzrok i niewiele poza nim widzi: to, co jest poza rozmywa się, jest nieostre. Gdy gołębica patrzy na kogoś, widzi tylko jego.

Tak jak w tej pięknej pieśni.

I tak jak chcę, by było w moim życiu. Niezależnie od tego, co robię, co jest wokół – by moje oczy serca były utkwione w Nim…

Tak wiele się dzieje, tak wiele może nas przerazić czy zmartwić, a jednak mając oczy gołębicy możemy nie stracić z oczu tego, co najważniejsze – Tego, Kto jest najważniejszy – i nie dać się zastraszyć ani zaniepokoić.

Mając oczy gołębicy, możemy w pięknie rozkwitających kwiatów widzieć nie tylko życzliwość osób, które nas nimi obdarowują, ale cichy znak od Umiłowanego:

„Niebiosa głoszą chwałę Boga,
dzieło rąk Jego nieboskłon obwieszcza.
Dzień dniowi głosi opowieść,
a noc nocy przekazuje wiadomość.
Nie jest to słowo, nie są to mowy,
których by dźwięku nie usłyszano;
ich głos się rozchodzi na całą ziemię
i aż po krańce świata ich mowy.” (Ps 19, 2-5)

Gałązka drzewa migdałowego

Tagi

, ,

Fot: pixabay.com

Podobno migdałowiec kwitnie jako jeden z pierwszych w Ziemi Świętej. (Gdy w kiedyś tam dotrzemy, nie omieszkam o to zapytać. Podróż tam, to niespełnione (jeszcze) marzenie mojego męża…)

Zainteresował mnie niedawno (mąż dawno temu, a migdałowiec kilka dni temu ;), gdy czytałam fragment z Księgi Jeremiasza:

„I skierował Pan następujące słowa do mnie: «Co widzisz, Jeremiaszu?» Odrzekłem: «Widzę gałązkę drzewa „czuwającego”».  Pan zaś rzekł do mnie: «Dobrze widzisz, bo czuwam nad moim słowem, by je wypełnić»” (Jr 1, 11-12).

Zamiast jednak szukać informacji na temat tego pięknie kwitnącego drzewa, pozwoliłam, by Słowo Boże przeniknęło mnie do głębi: by zapuściło korzenie i zakwitło w moim sercu. Ufam, że nie tylko nad Jeremiaszem Bóg czuwa, ale również nad Tobą i nade mną…

Co widzisz?

Tak moglibyśmy i my zapytać.

Co widzisz przed sobą?

Jeremiasz dostrzega gałązkę kwitnącego drzewa czuwającego (migdałowego).

A Ty, co widzisz?

A ja, co widzę?

Na pytanie: „co widzisz?” , odpowiadamy w zależności od tego, na co patrzymy.

Niektórzy może w ogóle nie zauważają zmian w przyrodzie, tak mocno sklejeni są z ekranem – takim czy innym.

A jednak, codziennie coś można dostrzec.

Nawet w środku zimy (albo w środku tego, co kiedyś bywało zimą ; ).

Jeremiasz, patrząc na tę gałązkę, przypomina sobie, że Bóg czuwa, by wypełnić swoje słowo.

A na co Ty, gdy patrzysz, przypominasz sobie, że Bóg jest wierny, że dotrzymuje obietnic, że nie łamie danego słowa?

Jakie Słowo dał Tobie, jaką obietnicą obdarzył?

Czy chwytasz Go za słowo i nie puszczasz? Czy wierzysz, że „On wiary dochowuje na wieki”? (Ps 146, 6)

Na co więc patrzysz i czy to pomaga Tobie rozniecić wiarę w wierność Boga?

Jestem przekonana, że jest to jedno z kluczowych pytań, bo choć wiara rodzi się ze słuchania (Rz 10, 17), to jednak w naszych czasach, chyba bardziej niż kiedykolwiek, również z tego, na co się patrzy… „Światłem ciała jest oko” (Mt 6, 22), może więc warto patrzeć na to, co sprawia, że światło rozbłyska, a serce zakwita jak gałązka drzewa czuwającego…

Co widzisz?

Widzę wokół  ślady Bożej dobroci i dziękuję, że nie przestaje nade mną czuwać.

Widzę wiosnę, choć jest pochmurno, deszczowo i zimno.

Widzę wiosnę Kościoła, choć jest w nim… czasem brzydko, mówiąc delikatnie.

Widzę, jak w tym wszystkim rozkwita gałązka drzewa czuwającego.

Ale patrzę… oczami wiary. To dzięki niej mam nadzieję. A nadzieja zawieść nie może! (Rz 5,5)

 

 

Niewidzialni

Tagi

, ,

Fot. Danuta Kamińska

„Wiemy też, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we WSZYSTKIM dla ich dobra.” (Rz 8, 28, podkreślenie moje)

Czy wspominałam już o aniołach? Tych bezcielesnych i tych w ludzkiej skórze? Jak Azariasz – Archanioł Rafał w Księdze Tobiasza, towarzyszący młodemu Tobiaszowi nie tylko w podróży, ale także w niełatwej drodze stawania się dojrzałym, odpowiedzialnym mężczyzną, jak aniołowie „przydzieleni” nam do opieki i jak uczynny sąsiad czy oddany współmałżonek?

Tak, jest wokół nas wielu życzliwych, dobrych ludzi, których Bóg posyła nam z pomocą, gdy tego najbardziej potrzebujemy(i jak powiedział pewien kapłan: „Bóg przychodzi z pomocą piętnaście minut za późno, a i tak zdąża na czas” ; ), ale jest też wokół nas wiele dobrych, anielskich duchów, które nie odstępują nas na krok:

„Swoim aniołom dał rozkaz o tobie,
aby cię strzegli na wszystkich twych drogach.” (Ps 91, 11)

Chcę jednak pójść dziś o krok dalej i opowiedzieć o osobach, przez które Bóg działa dla naszego dobra, choć my nie podejrzewalibyśmy je o to, że są boskimi narzędziami ani że w ogóle Bóg może na nie spojrzeć przychylnym okiem…

Biblijnym tego przykładem jest król Cyrus, perski władca, i jego brzemienny w skutkach dekret (Ezd 1, 1-11), na mocy którego Reszta z Narodu Wybranego mogła powrócić z niewoli babilońskiej i zacząć odbudowywać zniszczoną świątynię jerozolimską.

Innym przykładem, już nie biblijnym, są wydarzenia z mojego (a zapewne i również Twojego życia), w których ważną rolę odegrały osoby spoza Kościoła lub będące na jego obrzeżach.

Jedna z nich użyła metafory motyla wykluwającego się z kokonu, by przekonać mnie do cierpliwego oczekiwania zmian i nieprzyspieszania niczego. Druga podzieliła się ze mną obrazem, jaki jej towarzyszył, gdy o mnie myślała. Bardzo podniosły mnie przez to na duchu – miałam wtedy mnóstwo wątpliwości w kwestiach zawodowych.

Największy natomiast wpływ na mój duchowy rozwój, gdy byłam nastolatką, miała starsza o dwa lata koleżanka z liceum, protestantka z dziada pradziada. Podczas dojazdów do szkoły opowiadała mi o swojej osobistej więzi z Jezusem i wyjaśniała, na czym polega powierzenie Mu swojego życia. To ona pokazała mi żywą relację z Bogiem, ale nigdy nie nakłaniała do zmiany wyznania – wręcz przeciwnie: zachęcała, bym znalazła swoje miejsce w Kościele, w którym zostałam ochrzczona.

I jeszcze jeden przykład: Kobieta rozmawiająca z Jezusem przy studni (mająca sporo mężów i nie-mężow) była zapewne w oczach mieszkańców tego samarytańskiego miasteczka najmniej odpowiednią osobą do przekazania Dobrej Nowiny, a jednak to dzięki jej świadectwu przyszli, by spotkać Go osobiście i stwierdzić uroczyście: „na własne uszy usłyszeliśmy i jesteśmy przekonani, że On prawdziwie jest Zbawicielem świata” (J 4, 42).

Bóg działa jak chce i przez kogo chce. Czy nam się to podoba, czy nie.

Również poprzez niewierzących, wątpiących czy wrogo nastawionych. Nie wolno nam traktować ich z wyższością. Skoro kamienie mają wołać, gdy my przestajemy ogłaszać Jego wielkość (por. Łk 19, 40), to czemu nie ci, którzy są Jego pogubionymi dziećmi?

Ostatnio mam dużo styczności z ludźmi, którzy przez „prawowitych” są traktowani niemalże jak „nieczyści”. Ktoś nawet zdziwił się, jak mogę tam studiować (na uniwersytecie, dodam), skoro tyle jest tam ludzi myślących inaczej niż „my”. I dlaczego w ogóle z „nimi” rozmawiam. Hm… jakoś nie ciągnie mnie do budowania bunkrów.

Bóg, którego znam, mówi: „Idźcie i głoście”, a nie: „Chowajcie się przed nimi”. Ewangelia mnie w tym utwierdza. I papież Franciszek. Nie wiem, czy to są już obrzeża, ale tam właśnie nas posyła (por. Łk 14, 23) – nie do budowania obrazu oblężonej twierdzy…

 

Orchidee

Tagi

, ,

Fot. Michał Kamiński

Mój tato, składając życzenia, żartuje, że musiałam się na wszystko w życiu naczekać, ale że czekanie się opłaciło. Rzeczywiście, wiele z moich marzeń spełniało się jakby na ostatnią chwilę, gdy już myślałam, że czas minął, ale chyba przez to właśnie potrafię docenić, czym (i kim) zostałam obdarowana.

Widzieć przede wszystkim dary, a nie braki.

Takie podejście otwiera oczy na błogosławieństwo, jakie jest wylewane każdego dnia z Nieba.

I otwiera dłonie w ufności.

Dopóki są ściśnięte w żalu, że czegoś nadal nie ma, w smutku, bo ile można czekać lub w zazdrości, bo przecież inni mają… fajną pracę, udaną rodzinę, dobre zdrowie, bezproblemowe życie – czy takie w ogóle istnieje? – dopóty w naszym polu widzenia nie ma Tego, Który jest WSZYSTKIM, czego nam trzeba.

Często w rozmowach z braćmi i siostrami w wierze mówimy o tym, że Pan lubi działać za pięć dwunasta oraz że i ostatnia minuta ma sześćdziesiąt sekund (albo godzina sześćdziesiąt minut – nieważne  ; ) Mnie natomiast czasem się wydaje, że to jest nie za pięć dwunasta, ale już pięć po dwunastej. Tak bardzo lubię mieć wszystko zaplanowane i wcześniej przygotowane. Jakkolwiek w kwestii pakowania walizek na dłuższy wyjazd jest to całkiem zrozumiałe, to w innych – nie zawsze.

Czekanie i pozwalanie, by to On przejął inicjatywę przypomina mi słowa jednego z moich ulubionych psalmów:

„Panie, moje serce się nie pyszni
i oczy moje nie są wyniosłe.
Nie gonię za tym, co wielkie,
albo co przerasta moje siły.
Przeciwnie: wprowadziłem ład
i spokój do mojej duszy.
Jak niemowlę u swej matki,
jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza” (Ps 131, 1-2).

Wiem, że w czasie czekania warto nie skupiać się na tym, na co (na kogo) czekamy, ale ucieszyć się tym, co już JEST.

A mamy tak wiele, wystarczy na chwilę się zatrzymać i zacząć dziękować – trudno będzie skończyć!

To, co wydaje się tylko kupą kamieni, w Bożych rękach może stać się piękną budowlą.

To, co nie wygląda zachęcająco, z pomocą łaski może zalśnić i stać się znakiem Bożej dobroci.

Zwykły dzień, nawet ten męczący i „szary”, może być początkiem czegoś nowego i pełnego mocy.

A z nawet prawie uschniętego pędu może wyrosnąć cudny kwiat – tego nauczyłam się, obserwując storczyki stojące w naszym domu. Pamiętam, jak ktoś z mojej rodziny opowiadał, że wyrzucił ten kwiat, bo zbyt szybko mu usechł i zrobił się jakiś taki „brzydki”.

Uśmiechnęłam się wtedy – ile razy już myślałam, że nic z tego czy innego storczyka nie będzie. Zanim nauczyłam się je pielęgnować, lubiłam myśleć, że obrazują one moje życie – raz kwitnące, to znów uschnięte.

Teraz przyglądam się, jak zdobią nasz dom, jakie przybierają piękne barwy albo jak przez nieuwagę lub niecierpliwość nie pozwalam im rozkwitnąć, ale nie robię już porównań do życia, choć może powinnam nadal – przyroda jest też językiem, w którym mówi do nas Bóg.

I jak z pielęgnacją roślin, tak jest i z naszym życiem – potrzeba wiele, wiele cierpliwości…

Kilka lat temu pojawiły się u nas kwitnące na różowo orchidee.

Wielką donicę przyniósł do domu mój mąż, gdy lekarz, krótko przed urodzeniem się naszego najmłodszego dziecka, orzekł uroczyście, że to NA PEWNO dziewczynka.

Kilka miesięcy wcześniej dostałam od rodziny męża podobną orchideę, ale nieco mniejszą, też różową. Żartowaliśmy wtedy, że to chyba jakieś proroctwo, bo nie ma przecież w naszym domu nic różowego. Teraz jest tego koloru sporo : ) Nikogo nie dziwi, przywykliśmy do niego.

To już kolejny rok jak kwitną u nas różowe orchidee…

Wierzę, że i inne kwiaty zakwitną w moim życiu – mówiąc obrazowo – ale nie chcę zamartwiać się, pytając w kółko, kiedy to się wreszcie stanie. Cieszę się z orchidei. Z tego, co mam. Co mam dzięki ŁASCE.

 

 

 

Księżyc za mgłą

Tagi

, ,

Fot: pixabay.com

Oglądam z synem cudny wschód księżyca. Chmury wyglądają jak przezroczysta firanka. Światło przebijające przez nie jest, jak na tę porę, dość intensywne. Nad miastem unosi się delikatna łuna.

Śmiejemy się, opowiadając sobie, jak minął nam dzień. Wieziemy do domu zakupy i sporo wrażeń.

Kładąc się spać przypominam sobie zdanie, a właściwie dwa, przeczytane ostatnio w jednej z książek: „Jeśli staramy się tylko dlatego, że chcemy zdobyć miłość, zasłużyć na nią, to już odnieśliśmy porażkę.  Ale jeśli staramy się, bo kochamy – aniołowie niosą nas na rękach” (cytat z pamięci).

Jakie to piękne i prawdziwe, myślę.

Od razu przywołuję w pamięci sytuacje, w których bardzo starałam się, ale motywował mnie lęk oraz te, w których źródłem działania była miłość i towarzyszące jej zaufanie.  Bardzo różniły się one od siebie. Przede wszystkim inne było to, co działo się w moim wnętrzu.

Te pierwsze sytuacje były zazwyczaj niszczące dla mnie, drugie – rozwijające. Nie wszyscy musieli na zewnątrz zauważać tę różnicę. Wystarczy, że wiem, że jest Ktoś, komu bardzo zależy na tym, by moje starania wypływały z serca pełnego prostoty, a nie z lęku i próby „zapracowania” sobie na cokolwiek, zasłużenia na tak podstawowe sprawy  jak akceptacja i miłość.

Zamyślam się przez chwilę nad tym… I wtedy, nie wiedzieć czemu, wracam nagle pamięcią do momentu, gdy miałam kilka lat. Drugi raz w ciągu tego samego roku zachorowałam wtedy na zapalenie płuc. Przed oczami staje mi gabinet lekarski, jego białe wnętrze. Czuję  charakterystyczny zapach wypełniający takie pomieszczenia (przynajmniej w czasach mojego dzieciństwa) oraz to,  jak kiepsko się czuję. Słyszę znów słowa lekarza, jakie wypowiedział wtedy do mojej mamy. Przekonywał ją, bym w trakcie choroby była otoczona szczególną troską, otrzymywała dużo uwagi i zainteresowania, bym  dostawała moje ulubione potrawy i by zatroszczono się, bym dobrze się czuła.

Przypominam sobie, jak bardzo byłam wtedy zaskoczona tym, że – według  słów lekarza – to wszystko ma mi pozwolić szybciej wyzdrowieć. Do tej pory uważałam w moim dziecięcym rozumku, że to leki leczą (jak sama nazwa wskazuje). Teraz dowiedziałam się, że leki mogą nie wystarczyć.  Coś wewnątrz mnie cieszy się tym bardzo. Nagle chcę wyzdrowieć, chociaż chwilę wcześniej nic mnie nie cieszyło i zapalenie płuc, kolejne już, wydawało się, że pokona mnie bez trudu…

Dziś, prawie czterdzieści lat później,  rozmawiam z bliską mi, starszą osobą. Nie jestem jej córką, ale bardzo ją kocham. Bardzo chcę, by szybko wyzdrowiała.  Jest jednak poważna przeszkoda: ta osoba wmawia sobie, że czarny scenariusz w jej głowie to jedyny prawdziwy, a to, co mówią lekarze (że nie ma powodu do niepokoju), to – mówiąc jej słowami – bzdury…

Chęć życia to najważniejsze w zdrowieniu, mówi mi ktoś, kto pomaga jako wolontariusz w hospicjum. Jednak i od niego nie udaje mi się wydobyć jakiejś złotej reguły czy niezawodnej recepty, które pozwoliłyby mi dotrzeć do osób, które nie chcą już żyć, choć ich historia choroby nie przedstawia się wcale w ciemnych barwach…

Modlę się dziś za wszystkie te osoby, które ogarnął mrok.

Które przestały chcieć żyć.

Które nie śpią po nocach, udręczone wizją pogorszającego się stanu zdrowia, a w końcu – śmierci.

Dla których równie przerażające jest zmierzenie się z myślą o  śmierci, co zmierzenie się z własnym życiem.

Którym nie goją się rany, choć dawno powinny.

W których codzienności jest tylko nocne niebo, a na nim nie rozbłyska światło poranka. Od czasu  do czasu może zaskoczy ich mdłe światło księżyca, które tak nas z synem oczarowało niedawno, ale nie wzejdzie świt…

Które nie mają już w sobie światła nadziei.

“Pan podtrzymuje wszystkich, którzy upadają,
i podnosi wszystkich zgnębionych.”

(Ps 145, 15)

Wierzę  mocno, że w końcu wyjdzie słońce i te osoby znów zapragną żyć.

Że okalający je mur runie.

Skończy się noc i rozbłyśnie znów światło!

Niech tak się stanie!

 

Płatki śniegu

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Patrzę w okno, wypełnione szczelnie zielonymi gałązkami świerku i ciemnoniebieskim, zimowym niebem. Pogrążona w myślach, nie od razu zauważam, że coś się zmieniło.

Długo czekałam na ten widok i w końcu stało się: świat za oknem zawirował białym puchem. Nie są to drobiny, okruszki, ale wielkie płaty śniegu.

„Zaraz się roztopi”, szepcze mi do ucha mąż, ale ja nie martwię się tym zbytnio. Czuję się tak lekka i radosna, jakby nie o płatki śniegu chodziło, ale jakąś wielką obietnicę, która na moich oczach się spełnia.

Ziemia, na którą spada śnieg, jest gdzieś daleko, kilka pięter pode mną. Przez okno widzę tylko wirujące białe punkty, gnane porywistym wiatrem.  Zieleń gałązek uspakaja mnie.

Dookoła trwa modlitwa uwielbienia. Jesteśmy na rekolekcjach. Prawie setka osób, piękna muzyczna oprawa, głębokie, dotykające serca głoszenia. Świadectwa osób wiernie idących za Bogiem – rodzin, osób żyjących samotnie i konsekrowanych. A ja wciąż prowadzę bezgłośny dialog z Kimś, kto nie daje mi odpowiedzi na nurtujące mnie pytania.

„Jeśli nie rozumiesz, co się dzieje i nie widzisz, dokąd iść, to znaczy, że jest to czas słuchania, a nie widzenia”, słyszę w trakcie którejś z konferencji. Uśmiecham się w duchu. „Czyli nadal czas słuchania; dobrze, niech tak będzie”, mówię w końcu po cichu.

W przerwie idę na dłuższy spacer. Śnieg bieli się tylko miejscami na polach i łąkach. Wchodzę na pobliski cmentarz i tam widzę grób narzeczonych. Ściska mi się serce.

Czytam napis.

Tak, to prawda, że wszystko jest w Jego ręku.

Ja też.

I tylko On zna czas.

Tylko On zna drogę.

Pozwolę się poprowadzić.

Kolejny raz, nie mając dokładnej mapy, nie znając szczegółowego planu.

Pozwolę.

Poczekam, choć tak bardzo bym chciała JUŻ.

Iść, działać, wiedzieć i widzieć.

Ale jest to pewnie jeszcze czas słuchania.

Nie będę więc wybiegać przed szereg.

Ucieszę się z maleńkich rzeczy, jak te wirujące na wietrze płatki śniegu.

Przypomnę sobie, jak wielką radość sprawiało mi, gdy byłam dzieckiem, obserwowanie tych porywanych z powrotem w górę śnieżynek: jeszcze nie zdążyły spaść, a już były chwytane wiatrem z powrotem do nieba.

Jestem jak taki płatek…

„Ja zaś pokładam ufność w Tobie, Panie, mówię: «Ty jesteś moim Bogiem». W Twoim ręku są moje losy.” (Ps 31, 15-16a)

 

 

Zmierzch i świt

Tagi

, ,

Fot. Michał Kamiński

Stare i nowe. Coś się kończy i coś zaczyna. To nie tylko jeden rok odchodzi do przeszłości, a drugi właśnie się rozpoczyna. Tak naprawdę wciąż coś żegnamy i wciąż wychodzimy na spotkanie czemuś, czego nie znamy.
Niedawno przeczytałam zabawną opowieść o zmianach, zawierającą alegorię o serze, którego zabrakło i którego trzeba było szukać na nowo, co skwapliwe zrobiły dwie myszy. Pozostali bohaterowie historii jednak, biadoląc i irytując się, nie chcieli przyjąć do wiadomości konieczności ruszenia się z miejsca. Przez chwilę zastanawiałam się, do której z tych postaci jest mi bliżej…
Od pewnego czasu czuję przynaglenie, by bardziej ufać, bardziej pamiętać o tym, że nie wszystko jestem w stanie zrobić, choćbym się nie wiem jak starała. I że nie zawsze też dzieje się to, co tak skwapliwie przygotowuję i planuję. To Bóg jest Królem wieków, to On ma w swoim ręku czas i całe moje życie.
Wychodzę z łodzi, by chodzić po wodzie, jak to określił jakiś czas temu nasz znajomy. Rzeczy, które jeszcze tak niedawno wydawały się poza moim zasięgiem, nagle stają się możliwe do wykonania. Coś, co było dla mnie niemożliwe, teraz jest moją codziennością. To, co mnie przejmowało lękiem, teraz jest źródłem pokoju i wdzięczności.
Nie wiem, co jest za zakrętem, ani co przyniesie kolejny rok. Ale jednego jestem pewna: bardzo chcę, by był z nami Boży Syn. Tak jak u Świętej Rodziny – nie zawsze było pocztówkowo pięknie, ale zawsze był Boży Syn. I w Betlejem, i w Egipcie, i w Nazarecie. Za bardzo mi czasem zależy na tym pocztówkowym pięknie. Nie musi być pięknie. Byleby był z nami Boży Syn.
Ten kolejny rok chcę przeżyć z tą myślą i z wielką nadzieją.
Patrzę na zaróżowione niebo. Zachodzi słońce. Rano znów się zaróżowi, gdy słońce będzie wstawało. Chłonę spokój, jakim emanuje ten cudny widok. Wdycham głęboko powietrze. Lekki mróz delikatnie szczypie. Jest tak cicho i bezpiecznie. Chciałabym zatrzymać tę chwilę.
Wiem jednak, że niczego nie mogę zbyt mocno trzymać w dłoniach, bo uchodzi wtedy z tego życie. Również mojego „teraz”. Nauczył mnie tego tato, gdy byłam małą dziewczynką. Opowiedział mi wtedy, że jego ojczym miał młyn i wyjmował z niego małe ptaki, zaplatane w skrzydła wiatraka.
Ojczym dawał mu czasem do potrzymania w dłoniach małe wróbelki. Mój tato, jako kilkuletni chłopiec, pewnego razu zamiast wypuścić ptaszka, przytrzymał go zbyt długo w dłoniach, tak bardzo mu się spodobało to pierzaste stworzonko. Jakie było zdziwienie i jak wielki smutek, gdy odkrył, że wróbel w jego małych, dziecięcych dłoniach już się nie porusza…
Ani osób, ani rzeczy nie można trzymać zbyt kurczowo w dłoniach.
Moja mama natomiast opowiedziała mi kiedyś, też gdy byłam mała, o pewnej małpce, która, choć bardzo kochała swoje dziecko, tak mocno je przytulała i nie chciała wypuścić z objęć, że efekt był niestety opłakany. „Małpia miłość”, skomentowała mama, „trzeba wypuścić dziecko, by go nie zadusić.”
Dzisiaj chyba nie opowiada się takich historii dzieciom…
Nie zmienia to jednak faktu, że wszystko, co zbyt mocno ściskamy w dłoniach czy objęciach – umiera.
Niech to, co przechodzi przez nasze dłonie, będzie pobłogosławione, naznaczone czułością, spokojem, ciepłem i dobrem.
Niech nie zostanie przez nas zawłaszczone.
Ani rzeczy, ani ludzie nie należą do nas. Może to dziwne, ale tak właśnie jest. Zwłaszcza ludzie nie są naszą własnością.
Nawet nasze życie tak do końca nie jest tylko nasze:
„Nikt zaś z nas nie żyje dla siebie i nikt nie umiera dla siebie: jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana. I w życiu więc i w śmierci należymy do Pana.” (Rz 14, 7-8)
Łagodnie wypuszczać z dłoni, zamiast je zaciskać. Odpuszczać, zamiast zaciskać zęby.
Nadmiernie nie przywiązywać się do tego, co jest, by przez to „zasiedzenie” nie przeoczyć tego, co się właśnie staje, co się zmienia…
„Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (Ps 37,5)
Piękne życzenia noworoczne usłyszałam dziś pod koniec Mszy świętej: byśmy ochoczo szli za natchnieniami Bożymi i z pokorą przyjmowali, że nie wszystko od nas zależy.
Tego z serca życzę Tobie i sobie : )
Wszystkiego dobrego!

Zaśnieżone

Tagi

, ,

fot: Michał Kamiński

-I trochę tej szynki, bo nie wiadomo: może przyjadą, a może nie przyjadą – trochę do siebie, a trochę do sprzedawczyni mruczy starsza pani.

Pakując do wielkiej torby wigilijne pyszności, zastanawiam się, czy przyjechali. Za chwilę zawieziemy ten wonny pakunek moim rodzicom. Usiądziemy z nimi do stołu, połamiemy się opłatkiem…

Ale czy do tamtej starszej kobiety też ktoś bliski zajrzy?

Może teraz stoi w pustym mieszkaniu przy ciemnym oknie i wypatruje samotnie  pierwszej gwiazdki, a może uśmiecha się szeroko, witając w progu wnuki, całując w policzek dzieci i ich żony, mężów…

Przywołuję w pamięci tegoroczne życzenia. Dotarły do nas różnymi drogami: tradycyjną pocztą, elektroniczną, przez telefon, SMS, MMS, osobiście złożone – twarzą  w twarz.  Z życzeń od mojej koleżanki z klasy (z czasów szkoły średniej) zapamiętałam jedno zdanie: „Pomyśl, jaka to radość będzie, gdy nasze dzieci przyjadą kiedyś z wnukami”. Uśmiecham się w duchu. Wydaje mi się to takie odległe…

A jednak, gdy łamię się ze znajomymi opłatkiem w kościele zaraz po pasterce, widzę ich dorosłą córkę – latem wychodzi za mąż. „To tak szybko zleci?”, pytam samą siebie, patrząc na słodziutką trzylatkę, przysypiającą na moich rękach. „I ja będę niedługo na ślubie mojej małej córeczki?” E. mocniej obejmuje mnie swoimi małymi ramionkami. Poprawiam jej błyszczącą cekinami sukienkę i staram się nie myśleć o tym, że czas tak gna.

Później ( nadal w świąteczny czas), czekając na przyjazd kolejnych krewnych, opowiadamy z mężem, jak wyglądały Adwent i Boże Narodzenie, gdy byliśmy mali. Pochodzimy z różnych stron, ale jedno było wspólne (nawet jeśli potrawy wigilijne były zupełnie różne, a były) – śnieg. Opłatek i roraty też, oczywiście, ale śnieg musiał być. Dzieci pytają, kiedy będzie ten śnieg. Jedziemy  więc poszukać białego puchu.

Zatrzymujemy się w wynajętym mieszkaniu. Przypominają nam się od razu czasy dzieciństwa. Nawet wyposażenie jest z poprzedniej epoki. „Też mieliście to w domu?”, pytamy siebie z mężem raz po raz. „A co to jest?”, pytają natomiast co chwila nasze pociechy.

Chyba rzeczywiście cofnęliśmy się w czasie, bo śniegu są tu porządne zaspy. Przypominają mi się miłe chwile na mrozie, gdy z bratem pędziliśmy na sankach z górki na pazurki.  Albo gdy woziłam go po osiedlu, a on, połykając ze śmiechem wielkie płatki śniegu, z zamkniętymi oczami słuchał wymyślanych przeze mnie naprędce opowieści o Wodzu Latającej Skarpetce.

Patrzę na zaśnieżone drzewa i białe góry.

Nad śnieg wybieleje…

„Choćby wasze grzechy były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją; choćby czerwone jak purpura, staną się jak wełna.” (Iz 1, 18b)

Zakładam przeciwsłoneczne okulary, tak bardzo razi mnie biel śniegu, podkreślona przez ostre, zimowe słońce.

Tak, Panie, chce stać się bielsza niż śnieg – oczyść  moje serce!

Oddaję Tobie moją pamięć, moje wspomnienia, moją przyszłość i marzenia.

I moje dziś.

Zaśnieżone.

Cudowne.

Dziś.

Z Tobą i bliskimi.

Amen.

Czerwona gwiazda

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Chciałbym, żeby śwince wyrosły rogi – wyszeptał z przejęciem A., gdy karmiliśmy zwierzęta w zagrodzie przy stadninie koni. Wietnamska świnka wyraźnie przegrywała z wyposażonymi w rogi kozą i baranem. Niepokoiło to mocno A. i E., którzy pożegnawszy się z kucykiem Lulu, obserwowali jak trójka zwierzaków w błyskawicznym tempie pochłania skórki od owoców i chleba. „Nie tylko śwince przydałyby się rogi”, pomyślałam poprawiając czapkę A., który ze skupieniem przyglądał się czworonogom.
To jedno zdanie mojego synka wywołało lawinę skojarzeń i wciąż żywych wspomnień.
Obrazy przemykały przed moimi oczami z prędkością światła: nierówne szanse, niesprawiedliwość, cierpienie, okrucieństwo, niezrozumienie, milczenie, krzyk, pustka, niemożność zapobieżenia katastrofie, opuszczenie, odrzucenie, bezsilność…
I wtedy mój wzrok padł na wieniec świąteczny, zawieszony na bramie. Pomyślałam, że Bóg nie rozwiązał tych wszystkich palących problemów jednym „ciachnięciem”, jakby to powiedział A.
Zrobił coś innego.
Pojawił się tu.
Bez rogów.
Bez broni.
Bezbronny.
Zupełnie.
Nieprzygotowany na zderzenie z całą złością świata, z zimnem, głodem i niesprawiedliwością.
ZUPEŁNIE.
Na wieńcu czerwieniła się gwiazda.
Taka sama, tyle że nie sztuczna, a żywa, czerwieni się w naszym domu.
Dzieci pytają, dlaczego nazywamy ją gwiazdą, skoro ma inną, botaniczną nazwę. Same sobie po chwili odpowiadają – może pamiętają nasze wyjaśnienia z zeszłego roku, a może same do tego doszły?
Już niedługo święta.
Czy znajdę w sobie tyle miejsca, by przyjąć pokornego Boga? Czy nie będę chciała, by wyposażał wszystkich w rogi, by wyrównywał natychmiast rachunek krzywd, by odpowiadał błyskawicznie na wszystkie pytania?
„Zróbcie Mu miejsce, bo nadchodzi Król”, śpiewamy przy innej okazji, ale ja dziś powtarzam te słowa, modląc się, by to miejsce znalazło się w moim sercu. Dla Boga, który jest tak inny, niż czasami bym chciała. Dla Boga, którego tak bardzo kocham.
Niech w te święta rozbłyśnie jaśniej Gwiazda, za którą idę…
„Widzę go, lecz jeszcze nie teraz,
dostrzegam go, ale nie z bliska:
wschodzi Gwiazda z Jakuba,
a z Izraela podnosi się berło.” (Lb 24, 17 a)

Przejdź do paska narzędzi