Jemioła

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Parkuję samochód obok innych, w równym rządku (manewry to nie jest moja najmocniejsza strona, ale udaje mi się – tym razem bez zarzutu). Zadowolona wysiadam i poprawiam szal wokół szyi. Nieprzyjemny ziąb próbuje się wcisnąć każdą szparką. Ryneczek, mimo wczesnej pory, tętni życiem. Słychać gwar pogodnych rozmów, zachwalanie produktów pobliskiej olejarni i świst wiatru między straganami.

Wdaję się w pogawędkę z jedną ze starszych sprzedawczyń – mówi, że przypominam jej córkę. Spuszcza z ceny, gdy próbuję wyłuskać z portmonetki drobne i zaznacza, że za resztę mam sobie kupić czekoladkę na święta. Uśmiecham się w duchu, jeszcze nikt nie zatroszczył się o osłodzenie mi życia w tak miły sposób.

Przechodzę dalej. Witam się ze sprzedawcą wędlin. Nie mogę sobie przypomnieć nazwy jednego z produktów. Żartujemy, śmiejemy się, w końcu życzymy sobie wesołych świąt i obładowana wracam na parking.

Myślę o mężu i dzieciach śpiących jeszcze pod ciepłymi kołdrami. Już mam wsiadać, gdy zauważam gałązki jemioły. Wybieram tę, która ma na sobie białe kulki. Zastanawiam się jednocześnie, czy to rozsądny wybór, bo oczami wyobraźni już widzę, jak maluchy je podgryzają, sprawdzając smak „białych jagódek”.

Może jednak nie – uspakajam się w duchu. Otwieram drzwi samochodu i pakuję do środka zakupy. Wtedy staje przy mnie tamta starsza sprzedawczyni i z figlarnym błyskiem w oku zakłada do tyłu ręce. „Nie zapomniała nic pani?”, pyta mnie przekrzywiając lekko na bok głowę, tak samo jak ja, gdy zadaję zagadkę moim małym dzieciom. Wyciąga wreszcie zza siebie ręce i podaje mi zgubę. Śmiejemy się obie, ja dziękuję, a ona mówi jeszcze kilka dobrych słów i żegnamy się.

W domu przebieram się w nową sukienkę, w której czuję się sporo młodsza niż jestem, a jeden z naszych synów chwyta natychmiast gałązkę jemioły, umieszcza ją nad naszymi głowami (męża i moją) i znacząco zerka na swojego tatę, który od razu reaguje, skradając mi całusa. Najmłodsza córeczka śmieje się słodko i woła, ze też chce buziaka.

Wieczorem na dworze jest paskudnie, ni to jesień, ni to zima: szaro, dżdżyście i zimno. Ale wewnątrz jest ciepło i jasno. Kładę gałązkę jemioły przy wieńcu adwentowym i wołam dzieci, by zapaliły trzecią już świecę. Patrzę na ich rozjaśnione blaskiem twarze.

Zostawiam na boku męczące mnie myśli, wyzwania i niekończące się pytania. Zamykam na chwilę oczy. Przypominam sobie dobre rzeczy z ostatniego czasu. Pogodną atmosferę podczas minionego zjazdu na studiach. Dobre, reżyserowane przez Ducha Świętego rozmowy. Miłe spotkanie z przyjaciółmi. Pełne otuchy słowa nauczyciela. Mentalne wsparcie kobiety mierzącej się z tym samym wyzwaniem, co ja. Wyznanie nastoletniego syna, które rozgrzało od środka moje serce… Koślawego aniołka zrobionego dla mnie przez najmłodszą pociechę. Cudowny wschód słońca i szadź na drzewach.

I słowa rekolekcjonisty, że najpiękniejszy dzień życia jest jeszcze przede mną.

Jemioła, na razie cała, przypomina mi o tym, że czasem wystarczy niewiele, by wyzwolić wielkie dobro, drzemiące w każdym z nas.

Już niedługo święta.

Już niedługo koniec roku.

Już niedługo… NIEBO.

„Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie!  Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, skacząc i wykrzykując z uciechy. Chwałą Libanu ją obdarzono, ozdobą Karmelu i Saronu. Oni zobaczą chwałę Pana, wspaniałość naszego Boga.  

Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe!  Powiedzcie małodusznym: «Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto – pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by zbawić was».  

Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą.  Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie;  Odkupieni przez Pana powrócą, przybędą na Syjon z radosnym śpiewem, ze szczęściem wiecznym na twarzach: osiągną radość i szczęście, ustąpi smutek i wzdychanie.” (Iz 35, 1-6a.10)

 

Blask

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Biorę głęboki oddech i wchodzę z A. i E. do środka. Półmrok rozświetlony przez delikatne światło działa na mnie kojąco. Na chwilę zamykam oczy i czuję się tak, jakbym przeniosła się w czasie.

Wokół mnie siedzą małe dzieci, jestem otulona przez blask ich lampionów, które zmieniają płynnie swoje kolory. Przytrzymuję E., która, nie wiedzieć czemu, ześlizguje się ciągle. Obejmuję ją ramieniem, a ona pociera noskiem moją dłoń. Uśmiecham się do niej ciepło.

A. szepcze mi coś do ucha. Pokazuje na N., T. i J. stojących w śnieżnobiałych komżach przy ołtarzu. W pewniej chwili czuję, że pieką mnie policzki i to wcale nie z powodu mrozu. Jedno z wezwań modlitwy wiernych jest o mnie, dokładnie o mnie. Za niecierpliwych, by uznali że czas należy do Boga i z pokorą przyjmowali czekanie – chyba tak brzmi ta modlitwa, jeśli nic nie przekręciłam.

Schylam się więc do bucika E. i przez chwilę się nie prostuję. Potrzebuję odrobiny czasu, by rumieńce znikły. No tak, strzał w dziesiątkę, właśnie wtedy, gdy się tego najmniej spodziewałam.  Blask prawdy i delikatny blask świec i lampionów dociera do głębi, do środka mnie.

Rano pokazuję zaciekawionemu A. szron na trawie. Dziś T. ma z tego sprawdzian (i nie tylko z tego, oczywiście). Moje troski, kłopoty, pytania bez odpowiedzi i zmagania – to wszystko na moment odpływa. Stoimy skupieni przy kępce trawy, błyszczącej w grudniowym słońcu. E. pyta, kiedy spadnie śnieg, bo liczy, że wtedy będą jej urodziny (podobnie jak A., który pyta o Wielkanoc, bo w jej pobliżu jest data jego urodzin). Nie mogą się już doczekać.

Świąt.

Wigilii u dziadków.

Wyjazdu w góry.

Śniegu.

Kolejnych rorat…

Moja lista jest nieco dłuższa, ale gdy tylko przymykam oczy, widzę delikatny blask roratnich świec i przypominam sobie wezwanie modlitewne, które mnie tak zawstydziło i rozbawiło jednocześnie.

Adwent to czekanie.

Chcę moje czekanie przeżywać z Bogiem.

Wtedy ma ono sens i nie wyjaławia.

Tak bardzo mi zależy na tym, by wiele rzeczy zmieniło się JUŻ, ale wiem, że moja niecierpliwość niewiele pomoże.

„Czekam, o Panie, Twojej pomocy.” (Ps 119, 166)

Znoszę przykre komentarze dotyczące zachowania jednego z naszych dzieci, choć wiem, że wypowiadający je z reguły nie mają pojęcia jaki ogrom pracy kryje się za niewielkimi choćby, czasem niedostrzegalnymi nawet dla nich, zmianami. Ale one są. I są zwycięstwem. Tak, przykro mi, że zmiana nie jest ogromna. Ale cieszę się, że jest.

I ufam, że będzie coraz większa, choćby miała być odmierzana mrówczymi krokami.

Nie poddaję się.

W tym delikatnym blasku odnajduję siłę na kolejny dzień.

***

A w czym Ty oczekujesz Bożej pomocy, Bożego działania?

Na co z utęsknieniem czekasz?

„Miejcie w Panu nadzieję!
Wielu powiada: «Któż nam ukaże szczęście?»
Wznieś ponad nami, o Panie, światłość Twojego oblicza!
Wlałeś w moje serce więcej radości
niż w czasie obfitego plonu pszenicy i młodego wina.
Gdy się położę, zasypiam spokojnie,
bo Ty sam jeden, Panie,
pozwalasz mi mieszkać bezpiecznie.” (Psalm 4, 6b-9)

Światło

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

– Mamo, kiedy będzie najdłuższa noc? Wstanę wtedy cichutko i zrobię dla wszystkich śniadanie! – deklaruje siedmioletni J., ściskając w dłoniach pachnący świerkiem adwentowy wieniec.

-Mają kolor białej czekolady – dotyka ostrożnie świec.

Rzeczywiście, kolor jest przepiękny, mój ulubiony. Przypomina mi moją ślubną suknię.  Nie śnieżnobiałą, ale w mlecznym, ciepłym odcieniu bieli.

Na ambonie dostrzegamy niecodzienną dekorację. Dwadzieścia cztery ręcznie wykonane kolorowe kieszonki, z zadaniami na każdy dzień Adwentu w środku. J. po cichutku liczy, a  po chwili szepcze do mnie z uśmiechem: Jest sześć rządków, a w ostatnim jest przestawiona kolejność kolorów.

Dyskretnie go przytulam. Wychodzimy z opłatkiem w ręku na mroźny wiatr. Rano ciemno i wieczorem ciemno – przebiega mi przez myśl. Tęsknię za światłem, za promieniami słońca, ale i za wewnętrznym, duchowym rozświetleniem. Za światłem, które rozjaśnia co dzień moją drogę.

Za chwilę usiądziemy razem wokół dużego stołu w naszym domu, chwycimy się za ręce i w świetle adwentowego wieńca opowiemy o swoich postanowieniach. Potem dzieci będą wypytywać o wspomnienia z dzieciństwa i na chwilę przeniosę się w czasie. U podnóża gór było mi dużo zimniej niż teraz, na płaskim prawie terenie. Przez długi czas brakowało mi tej pofalowanej linii horyzontu, ale w końcu przywykłam do innego, niż znany z dzieciństwa, krajobrazu.

Z wielkiego pudła wyjmujemy roratnie lampiony. Jeden z nich nosi wyraźne ślady użytkowania, tak to eufemistycznie ujmę. E. dostała go od dziadków, gdy miała dziewięć miesięcy, na pierwsze w życiu imieniny. Dużo przeszedł w jej małych rączkach, ale nadal świeci.

Trzymając go w dłoniach, zamyślam się na chwilę. Czy nadal mam w sobie widoczne dla innych światło, na tyle jasne, by ich ogrzało i skłoniło do refleksji? Mam właśnie za sobą kolejne zderzenie z  inną, niż moja codzienna, rzeczywistością. Czy oprócz tego, że czuję spory dyskomfort, gdy odkrywam, że osoby, z którymi rozmawiam co jakiś czas w weekend, są uwikłane z praktyki okultystyczne oraz mniej lub bardziej niewinne romanse z ideologią sprzeczną z moimi wewnętrznym światem wartości – czy oprócz tego, jest we mnie Światło? Czy jest ono widoczne?

„Nosisz je w sobie, nie zgaśnie choćbyś chciał”, tę piosenki nuciłam, gdy byłam nieco młodsza. Teraz mogę zobaczyć, jak jej słowa się stają, jak żyją we mnie.

„W Nim było życie,
a życie było światłością ludzi,
a światłość w ciemności świeci
i ciemność jej nie ogarnęła.
Pojawił się człowiek posłany przez Boga –
Jan mu było na imię.
Przyszedł on na świadectwo,
aby zaświadczyć o światłości,
by wszyscy uwierzyli przez niego.
Nie był on światłością,
lecz [posłanym], aby zaświadczyć o światłości.
Była światłość prawdziwa,
która oświeca każdego człowieka,
gdy na świat przychodzi.” (J 1, 4-9)

Odkładam delikatnie lampion i myślę o zbliżającym się znów zjeździe. Potrzebuję tego światła, jak powietrza. Czasem mam wrażenie, że mam wewnątrz wbudowany radar, który ustawiony jest na szukanie tej jasności, która daje mi życie. Przypominają mi się słowa, które śpiewałam kiedyś z zapałem: „Powstań, świeć, oto tutaj twe światło” (por. Iz 60, 1).

Wiem jednak, i to bardzo boleśnie, że nie wszystkim ten blask odpowiada. Mają już swoje świecidełka i odpowiedzi na wszystkie pytania, rady na wszystkie okazje. Joga na bolący kręgosłup. Czerwona nitka na nadgarstku na odczynienie uroków.  Wizyta u wróżki na problemy ze snem. Na jesienne smutki – magia kolorów i lecznicza moc kamieni. Na depresję – rozwój duchowy (ale, ale – nie ten, który mam na myśli: nie istnieje przecież nic oprócz wszechmogącego „ja”!).  Od tego wszystkiego zaczyna mnie boleć głowa. Zastanawiam się, jakim językiem mam mówić, skoro nawet medytacja jest już teraz świecka. Używamy tych samych słów, ale nie znaczą one tego samego. Tu – medytacja Słowa Bożego, medytacja obrazu; tam – medytacja własnego „ja” i jego kolejnych stopni rozwoju lub wcieleń (!).

Nie umiem się z tym pogodzić. Tak bardzo chciałabym zapalić choć iskierkę w tych ciemnościach…

 

„Na świecie było [Słowo],
a świat stał się przez Nie,
lecz świat Go nie poznał.
Przyszło do swojej własności,
a swoi Go nie przyjęli.
Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli,
dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,
tym, którzy wierzą w imię Jego.” (J 1, 10-12)

Przypominam sobie coś, co niedawno przeczytałam i modlę się, by spełniło się już teraz:

„Przywołajmy (…) prorocze słowa z maja 1944 roku Bonhoeffera, więźnia zakładu w Tegel, na rok przed egzekucją. Miał on wizję przyszłej reformy Kościoła bardziej skoncentrowanego na przepowiadaniu Królestwa, przy pomocy odnowionego języka: <<Nie jest naszym celem wyznaczanie dnia – ale ten dzień nadejdzie – w którym ludzie będą na nowo wezwani do głoszenia słowa Bożego w taki sposób, że świat zostanie przez nie odmieniony i odnowiony. To będzie język nowy, być może zupełnie niereligijny, lecz zdolny do uwalniania i zbawiania tak, jak język Jezusa; ludzie będą nim przerażeni, ale i zdobyci przez jego moc; język nowej sprawiedliwości i nowej prawdy, język, który zwiastuje pokój Boga z ludźmi i bliskość Jego Królestwa… Aż dotąd sprawa chrześcijan będzie cicha i ukryta; ale będą ludzie, którzy będą się modlić, czynić to, co sprawiedliwe i oczekiwać czasu Bożego. Może ty będziesz pośród nich i pewnego dnia będzie można powiedzieć o tobie: „Ścieżka prawych – to światło poranne, wschodzi – wzrasta aż do południa (Prz 4,18)>>”

(Cytat za: „Wierzę w życie pozagrobowe”, Nicola Ciona, Wyd. WAM, Kraków 2004)

 

Żurawka

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Patrzę na rośliny w ogrodzie, które powoli szykują się już do zimy. Złote liście na ozdobnych wierzbach przed domem nie dają za wygraną i mocno trzymają się jeszcze na gałęziach, mimo chłodnych nocy. Żurawka, o pięknym, głębokim, bordowym odcieniu, wygląda jakby nie chciała przyjąć do wiadomości, że czas już odejść, zasnąć na zimę, upuścić na ziemię cudne liście… Patrząc na nią, a jeszcze bardziej na to, co pozostało z krzaczków pomidorów, przypominam sobie o końcu.

Końcu roku liturgicznego (już za chwilę Adwent, hurra!), końcu mojego życia (który nie wiem, kiedy nastąpi) i … końcu świata (który na pewno nastąpi, choć nie należy wierzyć tym, którzy „wiedzą”, kiedy ; )

„Lecz o dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec.” (Mt 24, 36)

Patrzę więc na tę piękną żurawkę (teraz chyba nawet piękniejszą niż latem, gdy ją kupowałam) i na uschnięte pomidory, a przez moją głowę przemykają myśli o końcu, jednak wcale nie nastrajają mnie one pesymistycznie. Wręcz przeciwnie.

Skoro coś się kończy, to coś się zaczyna. Wyczuwam to niewidzialne tchnienie, jak ukryty nurt rzeczny, we wszystkim, co mnie otacza. Wyczuwam pulsujące życie, również w tym, co się kończy.

Miłość nie umiera.

Tak, wiele tracimy, wiele opłakujemy.

Ale to, co jest z miłości jest niezniszczalne.

Przez łzy, przez ból, upadki, porażki, ale jednak dostrzegamy wieczność. Tam, ale zaczynającą się już tu. W mojej codzienności. Życie. Bez końca.

Pamiętam, jak duże wrażenie zrobił na  mnie wiersz Czesława Miłosza „Piosenka o końcu świata”, tak inny od tego, co do tej pory słyszałam o czasach ostatecznych. Miałam kilkanaście lat. Wpatrywałam się w strofy wiersza i  w obrazy literackie, jakie ożywały w mojej wyobraźni pod wpływem tego tekstu. W „Piosence” było coś urzekającego i pociągającego. Nie umiałam dokładnie tego nazwać, ale miałam głębokie przekonanie, że jest prawdziwa, że mówi o czymś, co się wydarzy, choć wielu tego być może wcale nie zauważy, podobnie jak zapowiada to  Ewangelia:

„A jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona.” (Mt 24, 37-41)

Z czasem odkryłam, że ten poetycki przekaz nie stoi w sprzeczności z nauczaniem Kościoła – wręcz przeciwnie, w obrazowy sposób ukazuje to, w co wszyscy wierzymy: TO SIĘ JUŻ DZIEJE. Żyjemy w czasach ostatecznych. Nie dlatego, że widzimy mrożące krew w żyłach katastrofy albo że ociepla się klimat. Ten etap dziejów zbawienia to po prostu czasy ostateczne – czasy, w których tęsknimy za OSTATECZNYM SPOTKANIEM, w których oczekujemy paruzji, „nowego nieba i nowej ziemi”, jak powie św. Piotr w jednym ze swoich listów:

„Oczekujemy jednak, według obietnicy, nowego nieba i nowej ziemi, w których będzie mieszkała sprawiedliwość. Dlatego, umiłowani, oczekując tego, starajcie się, aby [On] was zastał bez plamy i skazy – w pokoju,  a cierpliwość Pana naszego uważajcie za zbawienną (2 P 3, 13-15a).

Nie wiemy, jak będzie wyglądać uwielbione ciało (a w ciała zmartwychwstanie przecież wierzymy, wyznając co tydzień „Credo”) ani jakie będzie to nowe niebo i nowa ziemia, o których mówi Słowo Boże.

Wiemy jednak, że ŻYCIE dzieję się JUŻ TERAZ. Nie dopiero po naszej śmierci. Życie wieczne zaczyna się już TU.

Spotkanie i relacja z Tym, który jest MIŁOŚCIĄ, jest życiem: zachwyt nad Jego stworzeniem, odkrywanie Jego wielkości w tym, co nas otacza. I Jego obecności w tych, którzy są wokół nas, a nie tylko w tych, którzy nas „lajkują”…

Innego wyjścia nie ma.

To życie, którym teraz żyjemy, nie jest do wyrzucenia, jest do kontynuowania… w niebie!

Nie jest „padołem łez”, jak chciałaby jedna z ludowych pieśni, ale – w cierpieniu, zmaganiach, ciemnościach i wątpliwościach – Jego zwycięstwem, okrzykiem, który w pełni będzie słyszalny dopiero „po tamtej stronie”, ale już teraz się wznosi!

Spotykam raz po raz takich proroków, o jakich wspomina tekst „Piosenki o końcu świata”. Niepozorni, nierzucający się w oczy, żyją „stojąc mocno nogami na ziemi, ale głową są w niebie”, jak określa to Nicola Ciola w „Wierzę w życie pozagrobowe”.

Ty i ja umrzemy – NA PEWNO. Ty i ja mamy życie – na ZAWSZE.

***

„Nikt nie wierzy, że staje się już.

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.”

(Czesław Miłosz, Piosenka o końcu świata, tom „Ocalenie”, 1945)

Oddech

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

„Mądrość to odnajdywanie obecności Boga w świecie i we własnym życiu”, usłyszałam niedawno.
Wracają do mnie te słowa w „chwilach oddechu”, jak je nazywam.
Te chwile są dla mnie priorytetem. Choćby się waliło i paliło, jak to się potocznie mówi, nie rezygnuję z nich. Potrzebuję ciszy i wsłuchiwania się w wewnętrzny głos, w Boże prowadzenie.
Potrzebuję ich jak powietrza, jak oddechu…
Są lekarstwem na lęk, frustrację i przytłaczające poczucie niewiadomej. Są odtrutką na to, czego tak bardzo nie lubię. A tak bardzo nie lubię…
nie wiedzieć, nie umieć, nie znać odpowiedzi albo rozwiązania.
Ani sytuacji, w których nie wiadomo, czy plan się powiedzie, czy jest szansa na zwycięstwo, czy jest sens walczyć w jakiejś sprawie.
I piętrzących się pytań oraz wątpliwości.
Dużo tego ostatnio.
Ale wiem,
że i taki czas jest mi potrzebny, w którym kolejny raz odkrywam, że jestem krucha i omylna.
Że bardzo potrzebuję Bożej pomocy.
Że kończą się moje pomysły i możliwości na rozwiązanie takiej czy innej życiowej zagadki.
I że jest Ktoś, kto mnie niesie, jak anioł człowieka na tle tęczy na witrażu w kościele w Moguncji.
Że jest Ktoś, kto się nie zniechęca, nawet jeśli mnie już brakuje sił.
Kto mnie nie zostawi.
Kto pokaże drogę, znajdzie wyjście z najbardziej skomplikowanej sytuacji.
Biorę więc głęboki oddech i… UFAM:

„Ku Tobie, Panie, wznoszę moją duszę,
mój Boże,
Tobie ufam: niech nie doznam zawodu!
Pan przyjaźnie obcuje z tymi, którzy się Go boją,
i powierza im swoje przymierze.
Oddal uciski mojego serca,
wyrwij mnie z moich udręczeń!
Strzeż mojej duszy i wybaw mnie,
bym się nie zawiódł, gdy się uciekam do Ciebie.” (Ps 25, 1b-2.14. 17.20)

Krople rosy

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Zimne powietrze zaróżawia nam policzki. Wózek cicho popiskuje na nierównościach drogi. Wokół nas rozgrywa się cud poranka: budzi się nowy dzień. Zieleń pokryta jest delikatną warstewką srebra, a  słońce rozświetla krople rosy . Są jak diamenty ukryte w szronie.

„Nie wyczerpała się litość Pana,
miłość nie zgasła.
Odnawia się ona co rano.” (Lm 3, 22-23a)

Nowy dzień, nowy początek, nowa szansa.

I miłość, która się nie męczy i nie kończy.

Świeża i nowa.

Za mną noc, którą zwycięża światło poranka.  Za mną dylematy i wyzwania wczorajszego dnia, powracające jeszcze przez sen. „Poranek jest mądrzejszy od wieczora”, jak zwykł mawiać mój mąż. Ten poranek jest hymnem zwycięstwa, pieśnią radości, bo nie jestem sama, bo jest Ktoś, kto czuwa nade mną:

„Oto nie zdrzemnie się
ani nie zaśnie
Ten, który czuwa nad Izraelem.
Pan cię strzeże,
Pan twoim cieniem
przy twym boku prawym.
Za dnia nie porazi cię słońce
ni księżyc wśród nocy.
Pan cię uchroni od zła wszelkiego:
czuwa nad twoim życiem” (Ps 121, 4-7).

Moje życie jest w Jego rękach, On czuwa nade mną.

Wierzę, że aniołowie są blisko i wspierają mnie.

Wierzę, że wszyscy święci nie mają swojego święta raz do roku, ale każdego dnia świętują i dopingują nam z nieba, czekają na nas.

Wierzę, że moi bliscy, którzy są już tam, po drugiej stronie, w jakiś niepojęty sposób połączeni są z nami, tu. Wszyscy wierni zmarli. Wspominamy ich raz w roku, ale przecież ich obecność nie ogranicza się tylko do drugiego listopada.

Ich modlitwa dodaje mi odwagi.

Odwagi orła, jak pięknie ujął to jeden z moich braci w wierze.

Przeciwności i upadki nie zatrzymają mnie na tej drodze, nie podetną mi skrzydeł.

„Pan Obrońcą mego życia:
przed kim mam się trwożyć?” (Ps 27, 1b)

Nie jestem sama.

Nie jesteś sam.

„Odnawia się młodość twoja jak orła” (Ps 104, 5b)

Odwaga orła, nie tylko młodość : )

Dobrego dnia!

Skrzydła

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Jak co roku, nad głowami dzieci pojawiają się w mig aureole. Trudno rozpoznać sąsiadów i znajomych. Wszyscy są nagle kanonizowani, a niektórzy nawet anielscy. Podoba mi się ta tradycja.
Synek pyta mnie, dlaczego ruszamy dopiero, gdy robi się ciemno. Zastanawiam się przez chwilę nad odpowiedzią. Najpierw myślę, że to względy organizacyjne za tym przemawiają: nie wszyscy zdążą przed zachodem słońca wrócić z pracy, odrobić lekcje, załatwić to i owo. Ale potem patrzę na to z innej strony i odpowiadam szybko: „Chodzi o to, że idziemy po ciemku, niosąc światło przez te wszystkie nieoświetlone miejsca, aż dochodzimy do kościoła, gdzie jest całkiem jasno.” Ta odpowiedź, jak widzę, satysfakcjonuje naszego pierwszoklasistę, który z powagą kiwa głową.
Zostawiam go pod opieką jedenastoletniego brata oraz prawie już dorosłych córek znajomych i wracam do samochodu, gdzie siedzą moje podziębione maluszki – tym razem nie pójdą w korowodzie, ich przebrania czekają w domu. Zrobimy sobie świętowanie i tańce przy muzyce gospel i biszkoptach, które w wyobraźni córeczki i synka są kiełbaskami pieczonymi na ognisku.
Podskakujemy i pląsamy do słów chwytającej za serce pieśni „Niezrównana miłość” („Matchless Love”). Próbujemy je wyśpiewać, lekko fałszując momentami. Córeczce zgubiła się aureola, a synkowi zsunął piękny płaszcz świętego, ale to nam w niczym nie przeszkadza.
Na chwilę myślami przenoszę się do korowodu. Patrzę na zegarek: za chwilę mąż dołączy z dziewięcioletnim synem do dwójki chłopców, których powierzyłam św. Faustynie i św. Klarze, a gdy tańczące ze mną maluszki zasną, wszyscy pozostali święci wrócą do domu.
Ułożymy z powrotem w szafie piękne przebrania (ze szczególnym pietyzmem złożymy błyszczące skrzydła najmłodszej pociechy – prezent od babci) i obudzimy się jutro (daj Boże) we Wszystkich Świętych, już bez żadnej aureoli. Nawet bez cienia aureoli… Świętość zamknięta na klucz, poczeka rok na kolejny korowód.
Czyżby?
Przecież to nie bal przebierańców, nie wszystko odkładamy do szafy: tak, jesteśmy słabi, upadający, mylący się, ale przecież niesiemy światło Jego świętości!
To nie doskonałość sprawia, że jesteśmy święci, ale Łaska.
Tylko jeden jest Święty.
Tylko ON.
„Świętymi bądźcie, bo Ja jestem święty.” ( Kpł 11, 44)
Bez aureoli i skrzydeł.
Na co dzień.
Ty i ja.

Perły

Tagi

, ,

Źródło: pexels.com

Szum fal był dla niego zbyt głośny, przestraszył się – opowiada mi tato maleńkiego J. – Gdy dobrano w końcu odpowiedni implant, zaczął prawidłowo słyszeć, ale zostało mu to, że jest taki hałaśliwy.
Mężczyzna śmieje się, patrząc na synka, który podaje mi właśnie rękę na powitanie. Mały J. biegnie teraz do innych, by się przywitać.
– Nie doceniamy tego, że słyszymy – rzuca zamyślony jego ojciec. – Nie doceniamy zwykłych rzeczy…
Chcę coś odpowiedzieć, ale milknę, zamykam usta. Te zwykłe rzeczy dzieją się przecież cały czas. Te zwykłe cuda.
Wśród trosk, zmagań, wyzwań, błyskają czasem znienacka perły.
W każdym dziecku są.
I w tym przysparzającym najwięcej kłopotów, i w tym z wątłym zdrowiem, nagle coś rozbłyska. Byleby tego nie przegapić, byle nie zlekceważyć.
Moja znajoma lubi mawiać, że dzieci zawsze zaskakują – raz pozytywnie, raz negatywnie, ale ponieważ są dziećmi – zaskakują.
Zgadzam się z tym.
Myślę dziś szczególnie o jednym takim dziecku. Modlę się, by jego natchnione wizje („mały teolog”) i zamiłowanie do ekstremalnych przeżyć (wdrapywanie się na niebezpiecznie duże wysokości) spotkały się kiedyś ze sobą. By te skrajności (jedno jak balsam na serce, drugie – mrożące krew w żyłach) scaliły się kiedyś.
Doświadczać dzień po dniu tej mieszanki wybuchowej i zachować spokój, to chyba już mały cud, prawda? Lub zwykły cud, jak śpiewał kiedyś Mietek Szcześniak.
Uczę się dzień po dniu, jak oddzielać to, co mogę w kolejnej trudnej czy zaskakującej sytuacji zdziałać od tego, co nie jest możliwe dla mnie do wykonania. „Sprawy niemożliwe załatwiamy od ręki, na cuda trzeba nieco poczekać”, jak głosił żartobliwy napis w jednym z lokali usługowych dawno, dawno temu. Ani niemożliwych, ani cudów nie mam w swoim CV, za to doskonale wiem, Kto je ma.
Jeszcze zanim otworzę oczy, jeszcze zanim niebo się rozjaśni cudnymi zorzami, już o tym sobie przypominam. Dlatego serce jednak mi nie wyskakuje. Siedzi na miejscu i ciężko, ale za to bardzo spokojnie, pracuje. Póki pamiętam, że jest Ktoś nade mną, Kto czuwa ,wie i potrafi więcej, dopóty żyję. I widzę perły w moim życiu, a nie tylko błoto.
Ktoś kiedyś oddał wszystko, co miał, nawet ubranie, nawet własne życie, własną krew. I odnalazł mnie. Odtąd wszędzie widzę perły. Czasem przez łzy, czasem oczami wiary, a czasem jak na dłoni.

***
„Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca, poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją.” (Mt 13, 45-46)

Platany

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Lubię to miejsce.

Na sąsiednim osiedlu, pośród bloków, ukryty jest piękny skwer.  Lubię  tam siadać  na ławce przy rozłożystym drzewie. Patrzę na złote i zielone liście, jasne pnie drzew i odzyskuję siły. Promienie słońca rozświetlają jesienne kolory platanów rosnących wokół.

To na tej ławce porządkuję myśli, gdy codziennych trosk, dylematów i chorób bliskich jest już stanowczo za dużo jak na moje możliwości.

To tam przypominam sobie, że jest jeszcze Ktoś ponad tym, co widzę wokół. Ktoś, kto jest Panem tego wszystkiego.

To na tej ławce przeprowadzam wiele  ważnych rozmów i … słucham ciszy.

Dziś platany toną w deszczu. Po rozjaśnionych słońcem barwach nie został nawet kolorowy cień.  Ale wiem, że w końcu słońce przebije się przez ołowiane chmury.

Tak jak w życiu – czas strapienia przeplata się wciąż z czasem pocieszenia, jakby powiedział św. Ignacy z Loyoli.

Słucham ostatnio pięknej pieśni „Zwycięstwo należy do Jezusa” (oryginał: „Victory belongs to Jesus”) i ufam, i widzę jak się to zwycięstwo dokonuje: w drobnych, ale ważnych dla mnie sprawach. Dzięki Ci, Boże!

Zaraz pod powiekami mam obraz jaśniejących w słońcu platanów. Żaden deszcz i szaruga mi tego nie zabiorą.

Zaraz pod różnymi emocjami, myślami, pytaniami, niewiadomymi, mam miejsce, do którego  nie docierają burze, gdzie panuje pokój:

„Jak niemowlę u swej matki, jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.” (Ps 131, 2)

Pokój jak rzeka przepływa na dnie mojego serca.

„Dusza moja spoczywa tylko w Bogu, od Niego przychodzi moje zbawienie.” (Ps 62,2)

Patrzę, jak przedszkolaki zbierają liście, jak szurają nóżkami po wielobarwnym kobiercu, i przypominam sobie niedawno usłyszane kazanie: „To my, staruchy, wszystko komplikujemy, dziecko po prostu ufa”. Coś w tym jest… Nie czuję się oczywiście „staruchem”, ale jest we mnie wielkie pragnienie ufnej, dziecięcej wiary.

Platany kojarzą mi się z odpoczynkiem, wytchnieniem…  Szelest ich liści przypomina mi szept recytowanych wersetów psalmu:

„Szukaj pokoju, idź za nim!” (Ps 34, 15)

Jakie miejsce jest dla Ciebie takim schronieniem i przypomnieniem o Bożej obecności w Twojej, pewnie też nie zawsze łatwej, codzienności? Czy odnajdujesz dla siebie takie miejsce  tylko w budynkach (sakralnych lub prywatnych), czy może również w pięknie stworzenia? Ważne, by je mieć, by mieć gdzieś takie miejsce. A jeszcze ważniejsze, by szukać wewnętrznego pokoju i zachować go w sercu, czego Tobie i sobie życzę : )

Łuk na obłokach

Tagi

, ,

fot: Michał Kamiński

Wracałam w zimny, deszczowy dzień, pogrążona w myślach. Wycieraczki miarowo sunęły po przedniej szybie samochodu. Nagle zauważyłam w otaczającej mnie szarości coś pięknego: to była tęcza – barwny łuk rozpięty na niebie, dokładnie nad naszym domem. (No, dobrze, zahaczał też o dom sąsiadów ; )

Córeczka do razu zapytała mnie, czy jest tam też różowy kolor, na co jej starszy brat skwapliwie odpowiedział twierdząco. Uśmiechnęłam się do siebie i natychmiast przywołałam w pamięci ten cudowny moment, gdy staliśmy przed zabytkowym kościołem w dzień naszego ślubu i przyjmowaliśmy życzenia. Nasza znajoma, nie bacząc na konwenanse, podbiegła nagle do nas z końca weselnej kolejki i zaczęła głośno wołać: „Tęcza, tęcza! Widzieliście? To dla was, to dla was!” Rzeczywiście, dokładnie nad nami rozbłysła na niebie wielobarwna wstęga!

Tego dnia było wszystko: piękne słońce i rzęsisty deszcz. Śmiech i łzy. Jak w życiu.

Ale była też tęcza, którą odczytaliśmy jako potwierdzenie Bożej obietnicy:

„Oto Ja jestem z wami po wszystkie dni.” (Mt 28, 20)

Dzisiaj, kilkanaście lat później, mogę powiedzieć to samo: jest wszystko. I trudności, i błogosławieństwo. I radość, i gorycz, i nadzieja. Jest tęcza. Jest Boża obietnica, której się niezmiennie trzymamy.

Tego dnia, gdy wracałam do domu przygnębiona wieściami o zdrowiu moich rodziców, rozbłysła znowu.

Wiem, że wtedy, gdy moje siły się kończą, Ktoś nie ustaje. Gdy ja już nie mam pomysłu, Ktoś ma już doskonały plan.

Ufam.

W tak piękny dzień jak dziś, gdy lato się zaplątało w październikowe słoty, i w dni, gdy nic prócz ciemności i błota nie udaje się dostrzec – ufam!

Przecież i pośród ciemniejszych barw może nagle pojawić się ta wstęga – znak przymierza, by przypomnieć, że „Bóg wierności dochowuje na wieki” (Ps 146,6).

Przymierze NA ZAWSZE.

„Jeśli my odmawiamy wiernościBóg wiary dochowuje, bo nie może się zaprzeć samego siebie” (2 Tm 2,13).

Jest wierny.

ZAWSZE!

Przejdź do paska narzędzi