Czego nie widać

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Natknęłam się niedawno na prace pewnego, dość znanego podobno, fotografa. Jedna z nich przedstawia baranka, którego odbiciem w wodzie jest lew. Pomyślałam, że często… nie od razu widać to przepiękne odbicie, pełne majestatu.

A przecież łagodność (Paschalnego Baranka) i moc (Lwa Judy) to dwa imiona tej samej Osoby, to charakter Tego, Który Jest.

To, co widzę na zewnątrz, często mnie nie zachwyca, jest jak ten mały, szary baranek, do złudzenia przypominający wielkanocną dekorację, stawianą co roku na stole. Jednak, gdy spojrzę w głąb, ukazuje się widok zapierający dech w piersiach: pełen majestatu, ogromny lew.

Tak właśnie jest w  moim życiu.

Pada deszcz, jest pochmurno, a nawet, jak mówi siedzący obok mnie A. – „ciemno”. Został dziś w domu, bo w nocy się pochorował. Niedobrze się czuję, chyba się od niego zaraziłam. Nie za ciekawie, prawda?

Ale, gdy spojrzę głębiej, widzę światło, łaskę, szansę, dobro. I jeszcze coś, co trudno oddać słowami…

Jestem przekonana, że Bóg patrzy inaczej niż człowiek: widzi piękno i wielkość we mnie i w Tobie, niezależnie od tego, jak w tym momencie się czujemy, czy co mówią o nas inni.

„Nie tak bowiem człowiek widzi <jak widzi Bóg>, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce” (1Sm 16, 7b).

W tym, co niepozorne, kryje się moc. W tym, co słabe – siła.

Kiedyś bardzo poruszył mnie obraz łupiny orzecha. Jest twarda i nie za piękna. Jednak w jej wnętrzu kryje się słodki (zwłaszcza przed ususzeniem) i smaczny orzech. (A jak smaczny, przypomnieliśmy sobie całkiem niedawno, łuskając z rodziną męża orzechy przyniesione prosto z ogrodu.)

Tyle rzeczy wygląda niezachęcająco z zewnątrz, a dopiero gdy dotrzemy do sedna, ukazuje swoje zachwycające piękno, swoją prawdziwą wartość.

Niektóre wydarzenia są z pozoru błahe albo – zdawałoby się – zupełnie niepotrzebne. Jednak po czasie okazuje się, że miały dla nas kluczowe znaczenie i że wywarły na nas ogromny wpływ.

Nie potrzeba szczególnych okazji, by żyć w PEŁNI.

Niekorzystny splot okoliczności nie musi nas ograbiać z wewnętrznej WOLNOŚCI.

***

W naszej spiżarni w domu leży miska pełna orzechów – świeżutkich, niedawno zerwanych.

Obok mnie i Ciebie leży sporo „orzechów” – niezrozumiałych sytuacji, mijanych ludzi, rozpoczętych rozmów, pytań, na które nie znamy jeszcze odpowiedzi.

W środku, pod twardą i nieatrakcyjną skorupą jest coś cennego i pożywnego.

I czeka.

SMACZNEGO!

***

Dymki

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Pora zasypiania. E.(lat trzy i pół):
– Mamo, dlaczego Pan Bóg umarł?
– Nie umarł, tylko wrócił do Taty! – wpada jej w słowo J.(lat siedem).
– Do Taty? – dziwi się A. (lat pięć). – To jest ktoś większy od Boga? Ten Jego Tata, tak?
„O nie, tylko nie to!”, jęczę w myślach. „Tylko nie o Trójcy…”
– Chcecie, żebym wam na dobranoc opowiedziała o Panu Bogu?
***
Po wizycie u fryzjera, N. (lat jedenaście), z zachwytem w głosie:
– Mamo, masz białe włosy z połyskiem!
Mam ochotę krzyczeć: „To nie jest biały kolooor!!!”
Udusić, czy podziękować za wątpliwy komplement?
Zamiast tego mówię:
– Miło, że zauważyłeś, skarbie, że mam nową fryzurę.
***
T.(lat dziewięć) podchodzi do mnie, gdy pracuję nad jakimś tekstem. Układa usta w dzióbek i składa błagalnie ręce, jak do modlitwy:
– Mamo, urodzisz nam jeszcze jakiegoś dzidziusia? Proszę, proszę!
„Nieeee!!!!”, odpowiadam mu w myślach, a na głos mówię:
– A chciałbyś? Opiekowałbyś się siostrzyczką albo braciszkiem?
***
Siedzę z książką w salonie. A.(pięciolatek od Trójcy)podchodzi do mnie i „czyta” laurkę przygotowaną dla mnie bez okazji:
– I że jesteś kochana i najlepsza na świecie kucharka moja…
„Ratunku!!! Nie jestem kucharką!!!”, mam ochotę przewrócić oczami, ale zamiast tego przytulam A. i mówię:
– Dziękuję ci, kochanie!
***
Mam siedem lat, jest uroczystość z okazji Dnia Matki. Recytuję wierszyki, bardzo przejęta, z wielkimi kokardami we włosach. Moja mama trzyma na kolanach serwetkę, którą dla niej wyhaftowałam na lekcjach (pracy techniki? ZPT? Już nie pamiętam, jak się wtedy nazywały). Mama ma nietęgą minę. Siedząca obok niej kobieta, mama mojej koleżanki, pochyla się do niej i coś szepcze. Po latach dowiaduję się, że życzliwie sugeruje, by moja mama obróciła serwetkę, bo to pewnie jest lewa strona. Mama powoli kręci przecząco głową i dalej słucha wierszyków. Nie wiem, co myśli, ale z perspektywy czasu cieszę się, że życie to nie komiks i że nie widać nad nami dymków z myślami.
***

Czasem jednak żałuję, że nie można przesłać komuś myśli. Choć używam tego określenia („przesyłam Ci dużo dobrych myśli”), gdy piszę do bliskich mi osób, to jednak wiem, że choć jest to szczere zapewnienie o życzliwości i wsparciu w trudnych sytuacjach życiowych, to jednak nikt poza mną nie zna moich myśli.

„Pan zna myśli ludzi” (Ps 94, 11)

Jaka ulga.
Zna wszystkie „dymki”, również te, których – z rożnych względów – nie moglibyśmy upublicznić.
Wie wszystko i nie przestaje kochać. Co za ulga!

„Przenikasz i znasz mnie, Panie.” (Ps 139,1)

Wiesz o mnie wszystko.
Jesteś ze mną we wszystkich „dymkach”, przenikasz mnie…
Nie przewracasz oczami, nie krzyczysz, nie czynisz wyrzutów.
BŁOGOSŁAWISZ.

Torujący drogę…

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Ściana pokrzyw, dalej zarośla, a przede mną zwinięty asfalt. Wdrapuję się na górkę, mam na sobie jasną tunikę, na nogach „baleriny”, jak mówi moja teściowa, na ramieniu płócienną torbę, a w niej prezent dla mojej mamy – bardzo kruchy, pociągnięty srebrną farbą wazon.
„Zachciało mi się drogi na skróty”, mówię sama do siebie, bo w pobliżu nie ma przecież nikogo. Przezornie omijam przeznaczony do rozbiórki dom i kieruję się tam, gdzie kończył się szlak spycharko-koparki, której operator zmierzył mnie przed chwilą zdziwionym wzrokiem.
„Gdzie jest ta droga, którą jeszcze kilka lat temu spacerowaliśmy całą rodziną?”, myślę gorączkowo. Tę trasę nazywaliśmy „ruiny”, w odróżnieniu od trasy „na bele”, naszej ulubionej.
W każdym razie po wydeptanej ścieżce nie ma ani śladu. Cóż, trudno, muszę wejść w te zarośla, osty i pokrzywy. Nasz dom jest przecież niedaleko.
Stają mi przed oczami sceny z filmów, w których ktoś woła „This way!”, co tłumaczone jest zazwyczaj jako „Tędy!”, choć dosłownie przecież znaczy „ta droga”. A co, jeśli nie ma żadnej drogi, tak jak teraz? Co powinnam sobie zakrzyknąć na zachętę? „To bezdroże”? „Te krzaczyska”?
Przedzieram się w końcu przez gęste zarośla – cały czas majaczy się w dali moje osiedle, więc wiem, że idę w dobrym kierunku.
Otrzepuję jasne buty, zdejmuję z siebie pajęczyny, rozcieram białe bąble po pokrzywach i jestem z siebie bardzo dumna – dotarłam do domu cała i zdrowa, wazon też nie ucierpiał. Ostrożnie go wyciągam z torby. „Jakie to dziwne”, myślę sobie. „Nie ma tej drogi, a przecież dokładnie ją znałam. Teraz po prostu jej nie ma, całkiem zarosła …”
Wtedy przypomina mi się mój ulubiony fragment o drodze:
„Wystąpi przewodnik przed nimi,
przebiją i przejdą bramę, i wyjdą przez nią;
ich król pójdzie przed nimi,
Pan na ich czele.” (Mi 2, 13)
A w innym tłumaczeniu (Biblia Jerozolimska): „Wystąpi torujący drogę…”
Tak właśnie to sobie wyobrażam. On jest tym, który toruje mi drogę, przebija się – nie tylko przez zarośla, ale także przez skalne bloki, przez przeszkody próbujące zatrzymać mnie w drodze do DOMU.
Moja ulubiona pieśń w ostatnim czasie to właśnie „Torujący drogę” (w oryginale: „Way Maker”) czarnoskórej wokalistki gospel. Nasze dzieci nazywają ten utwór „Hałysion” (ze względu na specyficzną wymowę wykonawczyni) i bardzo, bardzo go lubią. Gdy mąż jest w delegacji, budzę ich tą muzyką i słyszę wtedy pełne zadowolenia okrzyki: „Hałysion! Hałysion!”
Nie wiem, jak w Twoim życiu, ale w moim są potężne skały zagradzające mi drogę i gęste zarośla, które sprawiają, że tracę orientację, w którą stronę mam pójść.
Jednak w tym wszystkim mam pokój w sercu, bo wiem, że ON toruje mi drogę. Nawet jeśli nie mam pojęcia, gdzie jest ta droga i nawet jeśli żaden anioł nie woła do mnie zza rogu: „This way!”, ani: „Tędy!”

Torujący drogę.
Czyniący cuda.
Dotrzymujący obietnic.
Światło w ciemności.
Taki właśnie JEST.

W ogrodzie

Tagi

, ,

Fot: Michał Kamiński

Słońce przypomina nam wakacyjne dni, choć już tak mocno nie praży. Zieleń trawy jest nadal intensywna, a iglaki w ogóle nie przejmują się zbliżającą się jesienią.
Kot sąsiadów przechadza się niespiesznie po naszym ogrodzie. Jak zwykle robi obchód „swojego” kawałka ziemi – co dzień ten sam rytuał.
„To tylko nasze dzieci rosną i przybywa im lat, my jesteśmy nadal piękne i młode!” – śmieje się szwagierka. Patrzymy na nasze pociechy. Już dawno wyrosły ze śpioszków, mają teraz takie długie nogi!
Rozmawiamy o tym, jak to było, gdy pojawiły się na świecie. Dokładnie pamiętamy najmniejsze szczegóły, gdy były malusieńkie. A teraz się okazuje, że nagle zrobiły się takie… już całkiem duże!
Podobnie jak rodzina wpatruje się z uwagą w rocznego szkraba, który stawia pierwsze kroki – tak wierzę, że całe NIEBO kibicuje nam, z uwagą śledząc każdy krok, z radością witając choćby najmniejszy postęp w duchowym rozwoju.

Ty i ja jesteśmy kochani i oczekiwani.

Niezależnie od tego, jak to wyglądało w przypadku naszych biologicznych rodziców, jest Ktoś, kto bardzo nas chciał. Kto – próbując przebić się przez krzykliwe reklamy i nieznoszące sprzeciwu polecenia służbowe – szepcze w twoim sercu: „Ukochałem cię odwieczną miłością!” (Jer 31, 3).
Świadomość tego pomaga mi w zmaganiach, jakich pełna jest moja codzienność.
Pamięć o tym, że choćby cały świat był przeciw, On jest ZA, dodaje mi skrzydeł.
Jestem kochana.
Jesteś kochany.
Ten głos, choć cichy i nienarzucający się, jest silniejszy niż wszystkie inne, którymi atakowana jest nasza głowa, łącznie z tymi, które próbują nas przekonać, że to zbyt piękne, by mogło być możliwe.
Jest możliwe. Bo jest ON.
Nie dlatego, że jesteś idealny, bo nikt taki nie jest.
Nie dlatego, że jesteś sprawiedliwy, bo nikt taki nie jest (Rz 3, 10).
Jest
ON.
I kocha.
I cieszy się ze mnie i z ciebie.
W ogrodzie twojego serca cały czas słychać ten głos.
Amen.
PS Dostałam właśnie – bez okazji – liściki miłosne od naszych pociech. Serduszka, buziaki i wyznania miłości. Patrzę, jak bawią się w ogrodzie… I jak rosną. Jak rośnie MIŁOŚĆ.

 

Pielęgnując…

Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

Wielka orkiestra garnkowa wyrywa mnie z zamyślenia. Pika mój telefon. Czytam zaskoczona komunikat: „Pielęgnacja urządzenia”. Pielęgnacja?! Chyba raczej konserwacja, naprawa, serwis, ale nie pielęgnacja! Przecież elektroniki się nie pielęgnuje… Pielęgnuje się niemowlę, ogród, relację z kimś … Coś, co żyje!

Chwilę później widzę na ekranie cieniutki paseczek, a na nim takie oto pytanie: „A co, jeśli utracisz swój telefon?”

„Mam go pielęgnować, by go nie utracić?”, myślę coraz bardziej zdziwiona. „Czy to nie jest absurdalne?” Może się czepiam, ale… utracić można zdolność do pracy, posiadłość, posadę… Ale telefon?

Przypomina mi się rozmowa sprzed lat z serwisantem pralki, który próbował wpędzić mnie w poczucie winy. Ponieważ przyjechał w ramach serwisu gwarancyjnego, nie byłam zobowiązana do żadnych opłat. On jednak był innego zdania. Uważał, że za dużo piorę. I dlatego pralka szwankuje.

– Piorę tyle, ile potrzeba – odparłam. – Przecież pralka jest po to, żeby w niej prać, prawda?

-Nie, proszę pani – stwierdził zdenerwowany. – O  sprzęt trzeba dbać…

-Mam na nią patrzeć, a prać w rękach? – wpadłam mu w słowo. – Mam piątkę małych dzieci…

– Współczuję! – tym razem to on mi przerwał.

-Nie ma czego – sprostowałam go szybko. – Spełniło się nasze marzenie. To nie powód do smutku, tylko do radości.

– Pralce współczuję – mruknął.

Odniosłam wrażenie, że mówi o żywej istocie, którą ja, niegodna, okrutnie traktuję. Pokręciłam głową. Może powinnam urodzić się w innej epoce? Albo w innej bajce?

Oczywiście docierali do nas przez te wszystkie lata także inni, bardziej życzliwi i ludzcy serwisanci. Jeden z nich, widząc że trzymam na rękach maleńkie niemowlę, a drugie, niespełna dwuletnie trzyma się mojej tuniki, położył palec na ustach i szepnął:

– Niech pani ich ulula, a ja się wszystkim zajmę…

I podreptał na górę.

Gdy położyłam w końcu szkraby, zajrzałam do niego.

– Trochę narozrabiałem, ale już wszystko posprzątane… – uśmiechnął się.

Rozejrzałam się: podłoga w całej łazience była świeżo umyta.

Na moje gorące podziękowania tylko delikatnie pokręcił głową i uniósł w górę obie ręce.

– E, nie trzeba, my też mieliśmy kiedyś małe dzieci – uśmiechnął się szeroko. – To tak szybko ucieka, proszę pani, ten czas, jak dzieci są małe…

To, czego nie chcę UTRACIĆ i co bardzo chcę PIELĘGNOWAĆ, to bliski kontakt z ludźmi. To on sprawia, że chce mi się żyć, że nie tracę apetytu na życie.

Nie zamierzam wyrzucać do kosza wszelkich urządzeń, ale nie zgadzam się na traktowanie ich jako koniecznych do zbawienia (albo mówiąc innym językiem – „must have”).

I chcę pielęgnować MIŁOŚĆ.

Również tę małżeńską…

Jak ogród.

Codziennie, wytrwale, nie zniechęcając się…

„Przecież nigdy nikt nie odnosił się z nienawiścią do własnego ciała, lecz [każdy] je żywi i PIELĘGNUJE, jak i Chrystus – Kościół, bo jesteśmy członkami Jego Ciała.

Dlatego opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem. Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i do Kościoła.”

(Ef 5, 29, 32)

Piękno

Tagi

, ,

Fot. Michał Kamiński

„Myrtwa! Myrtwa!”, woła zaśmiewając się staruszka, a jej psina rzeczywiście udaje martwą. Co chwilę jednak zerka, czy jej pani ma zamiar ten popis przed nieznajomymi nagrodzić psim przysmakiem trzymanym w dłoni.

Trafiliśmy tu przypadkiem (choć przecież nie ma przypadków!), wspinając się na strome zbocze.

Stoimy na ganku, w promieniach zachodzącego słońca, a dookoła, jak okiem sięgnąć, rozciąga się cudny widok górskich szczytów. Kobieta wymienia nam nazwy ich wszystkich, ale nawet nie potrafilibyśmy ich powtórzyć, a co dopiero zapamiętać.

Znika na moment w domu, by pojawić się z górą ciastek dla naszych dzieci. Przynosi też zdjęcie jej, zmarłego w młodym wieku, syna. Opowiada o swoich wnukach i prawnukach. Wypytuje o imiona naszych pociech. Okazuje się, że najmłodsza pociecha nosi takie samo jak ona imię.

Chce nam jeszcze tyle opowiedzieć, ale musimy już iść, by nie zastała nas tu noc. Nie przeszkadza jej wcale, że się nie znamy i że – przede wszystkim – nie znamy jej języka. Ma w sobie tyle radości!

Gdy pokazuje na palcach, ile ma lat, nie potrafimy uwierzyć. Wygląda na dwadzieścia mniej. Jej zaraźliwy śmiech zapamiętam na długo. Na koniec pokazuje nam jeszcze krótszą drogę powrotną wśród obłędnie zielonych winnic.

Tego wieczoru nasza mała córeczka zasypiając, pyta nas cichutko: „Wiecie dlaczego Pan Bóg robi tylko samą dobrość? Bo kocha wszystkich, wszystkich ludzi!” Nawet nie poprawiamy tej „dobrości”, tak nas wzrusza jej piękna konkluzja kończącego się właśnie dnia.

***

Jesteśmy już z powrotem, słoneczniki przed domem powoli przekwitają, wracamy do „logistyki naszej powszedniej”.

Ale…

Wstaje nowy dzień.

Zaczyna się nowy miesiąc, nowy rok.

Żyję nowym życiem.

Czuję, że to jeszcze nie koniec niespodzianek, że jeszcze wiele piękna jest przede mną do odkrycia.

Bóg czyni tylko DOBRO.

I współdziała z nami we wszystkim dla naszego dobra! (por. Rz 8, 28)

Amen!

Owocnie

Tagi

, ,

Fot. Michał Kamiński

Cykady dają głośny koncert. W upalnym powietrzu wydawane przez nie dźwięki wydają się prawie tańczyć. Schodzimy z Góry św. Wita i zauważamy, że niedaleko naszego szlaku znajduje się przydomowa winiarnia. Jedną ze ścian domu zdobi duży, zabytkowy krzyż. W kącie wisi drewniana trąbka, na innej ścianie – malowidło, zapewne bardzo stare. Winne grona są dosłownie wszędzie, obrastają nawet garażową wiatę.

Mężczyzna uśmiecha się i znika w głębi budynku. Za chwilę pojawia się ze szklankami w dłoniach: przyniósł sok dla naszych dzieci. Nie znamy słoweńskiego, ale wydaje nam się, że rozumiemy każde jego słowo.  Pokazuje nam swoje winnice. Są urzekające.

Obok starszego pana pojawia się chłopiec. (Obstawiamy, że to dziadek i jego wnuk). Wita się z nami i przedstawia. (Jego imię brzmi jak nasz Mikołaj, choć do końca nie jesteśmy tego pewni.) Podaje rękę dzieciom, a one również mówią głośno swoje imiona, które chłopiec, nie bez trudu, powtarza. Ma jasne włosy i piękny uśmiech.

Obaj machają nam na pożegnanie, a chwilę wcześniej pokazują zapierający dech w  piersiach widok, rozciągający się  z najwyższego punktu ich posesji.

Dwa dni później, gdy zwiedzamy stolicę, docieram na owocowy targ. Szukam jabłek, których jest tu zdecydowanie mniej niż rzadszych u nas nektarynek, moreli i ogromnych, słodkich brzoskwiń. Stoiska zdają się ciągnąć w nieskończoność. Pomidory nie przypominają tych z naszego ogródka, są karbowane i wielobarwne. Podobnie marchewki – w przeważającej mierze są jaśniutkie. To pewnie jakaś inna odmiana, tłumaczę sobie, przechodząc przez ten kolorowy ryneczek.

Niektórych warzyw nie potrafię rozszyfrować, a drewniane tabliczki z ręcznie wypisanymi nazwami niewiele mi w tym pomagają. W końcu przystaję przy jednym ze straganów. Sprzedawca pomaga mi się zapakować i życzy miłego dnia. Nie przypomina w żadnym stopniu hałaśliwej przekupki. Jest skupiony, wewnętrznie wyciszony i zarażający spokojem. Ma błękitne oczy i zaciekawiony wyraz twarzy.

Pod koniec dnia prosto na ulicy kupujemy ogromne naleśniki. „Siedem?”, pyta po angielsku zaskoczony sprzedawca. Odpowiadam mu, w tym samym języku, że to dla całej naszej rodziny. Wybiega zostawiając pod naszą pieczą stoisko i wraca uśmiechnięty z bananami, które za chwilę zawija w naleśnikowe ciasto. Przygląda nam się przez chwilę, a później tłumaczy powoli, że jedną porcję policzy gratis, bo jesteśmy dużą rodziną. „God bless you!”, wołam na pożegnanie i rzeczywiście w duchu go błogosławię. Mężczyzna uśmiecha się szeroko i macha do nas.

„Wszczepieni w ten sam winny krzew”, przemknęło mi przez myśl, gdy weszliśmy do zabytkowego kościoła mieszczącego się na największym w tych stronach klifie. W ulotkach pozostawionych w kruchcie zauważyłam materiały ewangelizacyjne. Były tak piękne, że mimo różnic językowych, postanowiłam zabrać jeden egzemplarz do domu.

„Ljubi v dejanijh” – miłość w działaniu, tłumaczę sobie na polski, choć może raczej powinno to brzmieć „kochaj w działaniu”, „kochaj aktywnie”. W każdym razie jest to wezwanie „po Lukovem evangeliju”, czyli pod fragmentem z Ewangelii św. Łukasza.

Taki właśnie mam plan!

Czas…

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Maleńka dziewczynka z kwiatami w rękach, obok niewiele starszy od niej chłopiec. Ich mama, z przejęciem rozprawiająca o ich narodzinach, o przeprowadzce, wypytująca mnie o maleństwo słodko śpiące w prowadzonym przeze mnie wózku.
To maleństwo ma dziś lat naście, a tamten chłopczyk jest już dorosły (dziewczynka pewnie też). Zauważyłam go, gdy nagle zamyślony przemknął koło mnie na rowerze. Zatrzymałam się zaskoczona: buzia maleńkiego chłopca po zastosowaniu aplikacji FaceApp…
„To nie było wczoraj?”, spytałam samą siebie. Tak dokładnie pamiętam kolory kwiatów, które trzymała wtedy w rękach jego maleńka siostra. To niemożliwe, że minęło aż tyle czasu…
Bardzo mi się wtedy wszystko dłużyło. Doba miała chyba więcej godzin. Teraz natomiast wystarczy, że mrugnę powiekami, a już jest następny dzień.
Jak to jest z tym czasem?
„Niech zaś dla was, umiłowani, nie będzie tajne to jedno, że jeden dzień u Pana jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień.” (2P3,8)
„Bo tysiąc lat w Twoich oczach
jest jak wczorajszy dzień, który minął,
niby straż nocna.” (Ps 90, 4)
Czy pod koniec życia nie będzie nam się wydawało, że to tylko jeden dzień minął?
Czy nie wydaje nam się czasami, że tylko godziny dzielą nas od spotkania tam, po drugiej stronie życia?
Często mam taki wrażenie. Nie mogę się tego doczekać…
Czas to pieniądz, mówią niektórzy. Nie wierzę w to.
Czas to MIŁOŚĆ.
Ufam, że zdążę zapełnić nią każdą kolejną minutę mojego (nie wiem, jak jeszcze długiego?) życia.
Zabawne, że gdy pierwszy raz usłyszałam często używany (nie tylko w korporacjach), termin „deadline”, pomyślałam, że oznacza on koniec życia, czyli termin śmierci (zamiast „dead” wydawało mi się, że jest tam „death”, czyli śmierć).
Wiem, że niektórzy tak właśnie traktują nieprzekraczalne terminy oddania projektu, jakby po ich przekroczeniu miała rzeczywiście nastąpić śmierć. Chyba nie warto mylić pracy ze spawami życia i śmierci, prawda? W każdym razie nikt nam nie dał informacji o nieprzekraczalnej dacie zakończenia naszego projektu pod tytułem „życie”. Trzeba więc liczyć się z tym, że może ono nastąpić (zakończenie pierwszej części tego projektu) w każdej chwili.
Mnie to mobilizuje, a Ciebie?

Wrażliwość

Tagi

, ,

fot. Tymoteusz

Gdy byłam nastolatką „skórka pomarańczy” nie była marketingową nazwą cellulitu, jak dziś. Dlatego dla mnie ma ona do teraz zupełnie inne znaczenie.

Mając naście lat, trafiłam na artykuł w miesięczniku „Być Sobą” (bardzo krótko się ukazywał, ale dużo z niego skorzystałam), o tym, że czasami możemy się czuć jak pomarańcza, z której zdjęto skórkę i w związku z tym wszystko odbieramy intensywniej, niż gdybyśmy mieli na sobie warstwę ochronną w postaci tej właśnie skórki.

Choć już dawno temu przestałam być nastolatką, wciąż – od czasu do czasu – przypominają mi się te słowa, wyczytane na początku mojej przygody z rozpoznawaniem i nazywaniem emocji. Rzeczywiście, nadal zdarza mi się czuć jak pomarańcza bez warstwy chroniącej jej delikatne wnętrze.

Na szczęście są to tylko chwile, ale wyobrażam sobie, jak wielkim wyzwaniem może być życie non stop bez tej „skórki”, bez tego naturalnego zabezpieczenia.

Z drugiej strony obserwuję inne zjawisko – obrastanie w „grubą skórę”. Nie od dziś mówi się, że ktoś jest gruboskórny. Mam jednak na myśli co innego.

Myślę raczej o osobach, które nie radzą sobie ze swoją wrażliwością i przykrywają ją metalową blachą. W ostatniej klasie liceum ktoś z moich znajomych podsunął mi wiersz anonimowego autora o chowaniu się w zbroi. Zapamiętałam jego zakończenie:

„Dźwięczą na niej głuche uderzenia/ A ludzie słuchając, stwierdzają/ W środku jest pusto / Na pewno nikogo nie ma / I tylko czasami uchylam przyłbicę/ Bo mi duszno w środku/ A wtedy widzą na mej twarzy krew/ Histeryk/ mówią/ Pomalował się”

Znam kilka takich osób. Skrywają swoje emocje pod maską obojętności. Ale – jak podpowiadają słowa poetyckiego tekstu – kiedyś w końcu uchylają przyłbicę, by się nie zadusić w środku.

Jedną z nich jest pewna kobieta, która wiedząc, że może się wzruszyć, odwraca głowę, wychodzi, patrzy w inne miejsce. Nie może sobie pozwolić na chwilę „słabości”. (Jak często dajemy wiarę temu, że okazywanie emocji to okazywanie słabości!)

Nie mówi „proszę” ani „przepraszam”. Buduje swój wizerunek: osoby twardej i silnej.

Ale widzę, jak bardzo pod tym pancerzem jest krucha, rozbita i osłabiona ciągłą koniecznością odgrywania nie swojej roli.

Dane mi było być przy niej, gdy uchylała przyłbicę. Te krótkie momenty, gdy mogłam zobaczyć, jaka jest naprawdę, za każdym razem były dla mnie wstrząsające, bo była ona wtedy jak leżący na drodze, pobity człowiek, który jest „na wpół umarły” (por. Łk 10, 30-37, Przypowieści o miłosiernym Samarytaninie).

Tak wiele jest jej podobnych osób. Często są świetnie ubrane i na zewnątrz bardzo pewne siebie. Ale przychodzi moment, gdy maska spada, gdy „metalowa twarz” uwiera. A pod spodem jest jedna wielka rana…

O sile człowieka (wewnętrznej sile, nie sile mięśni) możemy przekonać się, widząc jak przyznaje się on do błędu, jak prosi o przebaczenie, okazuje wzruszenie i wdzięczność, jak akceptuje siebie jako osobę niedoskonałą.

O jego wewnętrznej spójności nie świadczy noszenie grubej zbroi ani zaciskanie zębów. (Ortodonci mają i bez tego masę pracy, a zbroje wyszły z mody wieki temu! : )

 

Kamienie

Tagi

, ,

fot. Katarzyna Socha

– Przydałby się jakiś porządny reflektor, a jest tylko maleńkie światełko w tunelu – zażartowałam, opowiadając przyjaciołom o moich najbliższych planach.
Jednak te światełka w tunelu są bezcenne! Wolę ciche natchnienia, dyskretne podpowiedzi i wewnętrzne poruszenia, niż potężne trąby jerychońskie. Te pierwsze oczywiście trudniej dosłyszeć i rozpoznać, ale w końcu udaje się nam przecież pójść za Bożym Duchem, wystawić twarz na Jego powiew…
Po drodze jednak kaleczymy stopy o kamienie i zderzamy się z własną słabością. A gdy codzienność wydaje się przerastać nasze siły, wołamy z głębi serca:
„Wprowadź mnie na skałę zbyt wysoką dla mnie!” (Ps 61, 3).
I w końcu słyszymy odpowiedź, a „pomoc przychodzi z góry” (por. Ps 121).
Kiedy za jakiś czas nie wiadomo znów, jaką drogą pójść, bo wokół gęstnieje mgła, wypatrujemy światła, nasłuchujemy w sercu tego cichego głosu…
I tak dzień po dniu.
Niezależnie od tego, ile mamy lat, bo SŁUCHANIA można się nauczyć w każdym wieku.
Oczywiście lepiej wcześniej niż później. I lepiej późno niż wcale. : )
Przywołuję w pamięci widok, jaki pozostał mi z dzieciństwa: kamieni usypanych w małe kopczyki na skraju pól, którymi spacerowaliśmy z rodziną. Świerszcze z moich wspomnień zaczynają głośno cykać i czuję na mojej skórze palący żar upalnego dnia. Chce mi się pić, otwieram oczy i widzę tylko góry kamieni. Przezornie nie dotykam ich – jest tak gorąco, że na pewno zdążyły się nagrzać na słońcu.
Dalej jest brzozowy zagajnik, nazywany przeze mnie „liścianym domkiem”, w którym za wszystkie zabawki wystarczały mi gałązki i liście.
Gdy się przeprowadziliśmy, więcej już nie widziałam podobnego miejsca. Nie wiem, czy tamto, z moich wspomnień, nadal istnieje.
Jednak wracam moimi myślami do tamtych kamieni.
Gdy trochę podrosłam, zaczęłam zbierać je na półce. Były takie piękne! A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. W mojej kolekcji oprócz polnych były też półszlachetne – prezenty od znajomych. Gdzie to wszystko teraz jest?
W dorosłości na długo zapomniałam o kamieniach – raz tylko uśmiechnęłam się w myślach, gdy wychodząc za mąż, uświadomiłam sobie, że będą mi towarzyszyć już do końca życia, z racji nazwiska, jakie przyjmuję w dniu ślubu.
Całkiem niedawno jednak wróciły do mnie bardzo realnie i nieco zabawnie (a może lekko irytująco?), w pralce, w kieszeniach spodni naszego siedmioletniego syna. Było ich mnóstwo. Okazało się, że on też, tak jak ja w jego wieku, je zbiera. Ma je pochowane w pokoju i pod schodami: ogromne, polne „kamloty” i maleńkie, kolorowe kamyczki… Nazwisko zobowiązuje, a tradycje rodzinne tym bardziej! : )
Na duchowej drodze są wszędzie. Najczęściej nie możemy ich bezpośrednio dotknąć, a na pewno nie chcemy ich kolekcjonować. To choroba, rozczarowanie, przeciwności, nasze ograniczenia, wewnętrzne zmagania, wątpliwości, osamotnienie…
Warto jednak (od czasu do czasu chociaż) podnieść wzrok i zobaczyć, jak zapierająca dech w piersiach jest droga i nie skupiać się wyłącznie na kamieniach.
Mam przeczucie, że po drugiej stronie zamienią się one wszystkie w KLEJNOTY.

Przejdź do paska narzędzi