Zwykłe

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

A. wyciągnęła coś drobnego, ciemnozielonego z płóciennej siatki.„Chcecie cukinię? Mówiłaś ostatnio, że lubisz… To może jeszcze jedną?” Uśmiechnęła się i tym razem wyjęła gigantyczne warzywo.

W naszym przydomowym ogródku mieliśmy już sporo różnych roślinek, ale cukinii jeszcze nie próbowaliśmy uprawiać.

Odwdzięczyliśmy się A. świeżymi, rwanymi prosto z krzaczka, pomidorami.

Wiele, wiele lat temu inna kobieta zadała mi podobne pytanie. W jej ogródku obrodziły cukinie. Zachodziła w głowę, co z nimi zrobić, przyniosła więc całą ich siatkę do pracy.

Nie mogła wiedzieć, że tego właśnie ranka modliłam się o jakąś, choćby maleńką, pomoc z nieba. „Możesz z niej zrobić zupę. Albo usmażyć z jajkiem. Możesz ją upiec z farszem w środku. Albo obtoczyć w tartej bułce, jak schabowy…”, wyliczała,  a ja stałam obok niej z otwartą buzią (i pewnie niezbyt mądrą miną).

Nie mogła wiedzieć, że siatka jej cukinii dosłownie spadła mi z nieba…

Dwa lata temu siedziałam w kuchni i obierałam ziemniaki. W głowie kłębiły mi się przygnębiające myśli z rodzaju tych, które potrafią – jeśli nad nimi w porę nie zapanujemy – najpiękniejszy poranek zamienić w bezgwiezdną noc.

Sięgnęłam do wiaderka i bezwiednie spojrzałam na kształt bulwy. Spojrzałam jeszcze raz. „Takie rzeczy zdarzają się tylko w  bajkach”, pomyślałam.

Ziemniak miał kształt serca.

Przestałam mocować się z przykrymi myślami i  sfotografowałam go. Wysłałam mężowi, który zaskoczony stwierdził, że jeszcze nigdy nikt nie wyznał mu uczucia w tak nietypowy sposób.

Obok nas dzieją się maleńkie cuda: wstaje słońce, rodzi się nowe życie, spada śnieg, ktoś komuś wreszcie przebacza, ktoś inny otwiera rękę, dzieląc się z innymi.

Cukinie i ziemniaki to tylko warzywa. Zgoda. Ale czasem dzięki zwykłym rzeczom można zobaczyć to, co jest NIEZWYKŁE.

„Jak liczne są dzieła Twoje, Panie! Ty wszystko mądrze uczyniłeś, ziemia jest pełna Twych stworzeń.” (Ps 104, 24)

 

Przestrzeń

Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

Posługiwaliśmy właśnie wraz ze wspólnotą modlitwą wstawienniczą w pięknym, starym kościele, gdy moją uwagę przykuł nadruk na koszuli jednej z osób, stojących blisko mnie. Była to otwarta klatka na ptaki i kanarek siedzący przed nią. Pod spodem znajdował się napis: „Miłość daje wolność”.

Przez głowę przebiegło mi nagle mnóstwo myśli.

Między innymi opowieść moich teściów o pięknej kobiecie, której mąż zabronił wychodzić z domu, tak bardzo się bał, że spodoba się ona komuś innemu. Nie pozwalał jej też podjąć żadnej pracy, bo chciał mieć ją „na oku”, jak to określał. Obiecywał jej w zamian złote góry i obsypywał błyskotkami. „Złota klatka”, pomyślałam.

Potem jednak przypomniały mi się inne, bardzo poruszające historie.

O rodzinie, która wypuściła przed świętami żywego karpia do zbiornika wodnego, choć pływał już dwa dni w ich wannie. O kobiecie, która nie sprzeciwiła się swojej córce, gdy ta wybrała za małżonka mężczyznę, który nie spotkał się z przychylnym przyjęciem (pozostałych członków rodziny), i która wspierała ich do końca swoich dni.

Pomyślałam też o sercach tych wszystkich ludzi, nad którymi dane mi było się modlić, z którymi mogłam porozmawiać. O tych, którzy opowiedzieli mi swoje życie.

Zamknęłam oczy i zobaczyłam w wyobraźni te wszystkie momenty, gdy dzięki łasce przebaczenia otwierali kraty wewnętrznych więzień.

Gdy światło i powiew Ducha docierały wreszcie do miejsc, gdzie do tej pory panowały tylko uraza i nieprzebaczenie.

„Wolna jak ptak”, określiła niedawno siebie jednak z kobiet, rozpoczynających z nami kurs biblijny.

Miłość daje wolność.

Tak.

Również dzieciom, które rosną i niedługo wyfruną z gniazda.

Również przyjacielowi, który w czymś się z nami nie zgadza.

Żonie/mężowi, która/który z wiekiem się zmienia.

Człowiekowi, który ma inne od nas poglądy.

Miłość daje wolność.

Nie potępia i nie odrzuca, ale daje przestrzeń.

„Gdzie Duch Pański, tam jest wolność” (2 Kor 3, 17).

I również MNIE uwalnia.

Alleluja!

Drewniana noga

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Statek piracki podpłynął do brzegu, a plażowicze otoczyli go tłumnie. Aktorzy, w imponujących, starodawnych strojach, zapraszali do wejścia na pokład. „Mamo, ten pan ma drewnianą nogę!”, wykrzyknął nagle synek. „Nie, skarbie”, uspokoiłam go. „To tylko przebranie.”

Za niedługi czas usłyszeliśmy sygnał do odwrotu i barwne postaci na statku stały się tylko niewielkimi plamkami na horyzoncie.

Dzieci zawzięcie machały oddalającym się piratom, a ja przypomniałam sobie historię innej drewnianej nogi, o której kiedyś czytałam:

„Zatańcz ze mną, proszę!”, szepnęła śliczna panna młoda. „Nie mogę”, syknął zniecierpliwiony pan młody, „przecież mam drewnianą nogę!” „To może nalejesz mi chociaż trochę wina do kieliszka…”, poprosiła smutno. „Nie mogę…”, odparł znowu, patrząc jak inni wirują w tańcu, a jego twarz zastygła w grymasie niezadowolenia.

Odtąd, o cokolwiek go prosiła, zawsze słyszała tę samą, zamykającą usta, odpowiedź. Nie mogli odwiedzić przyjaciół ani zaprosić gości, bo zawsze przeszkodą i świetną wymówką była jego drewniana noga. „Czego ty ode mnie wymagasz?!”, denerwował się, gdy prosiła, by porozmawiali szczerze. „Zapomniałaś, że ja mam …?!”, nawet po jakimś czasie nie kończył już zdania, działającego od dawna jak zaklęcie.

Ty i ja możemy funkcjonować w życiu jak ten nieszczęśliwy i unieszczęśliwiający innych pan młody. „Wychowywałem się bez ojca”, Miałem trudne dzieciństwo”, „Jestem z rozbitej rodziny”, „U nas zawsze była bieda”, „Moja rodzina decydowała i nadal decyduje za mnie”, „Nigdy nie miałem przyjaciół”, „Gdybym miał w życiu więcej szczęścia”, „Gdybym była taka ładna jak ona, to może by mi się w życiu ułożyło” , „Gdyby nie tamten wypadek…”, „Nie wiem, nie umiem, zapomniałem”.

Jak nazywa się Twoja drewniana noga?

To zazwyczaj są rzeczy bardzo realne, jak drewniana proteza, w którą właściciel pod koniec życia już tylko głucho stukał, gdy ktoś sugerował, by choć na chwilę wyszedł z domu.

Co powstrzymuje Cię od tego, by zacząć coś od nowa, by zerwać krępujące więzy, by podejmować wolne i odpowiedzialne decyzje, by cieszyć się swoim życiem?

„Gdyby mnie bardziej w dzieciństwie kochali rodzice, gdyby w moim życiu nie wydarzyło się to czy tamto, gdyby mój mąż był bardziej czuły/ żona bardziej troskliwa, gdyby moje dzieci były grzeczniejsze, sąsiedzi życzliwsi, a szef wyrozumialszy, gdyby nie moi teściowie, ksiądz proboszcz, siostra przełożona, parafianie, klienci, koledzy w pracy…”

Wiele lat temu przestaliśmy być dziećmi.  Dopóki jednak winę za wszystko, co nam nie wyszło, czy nadal nie wychodzi, zrzucamy na innych, dopóki nie bierzemy za nasze życie odpowiedzialności – nie jesteśmy dojrzali (mimo posiadania dowodu osobistego, a może i zdania egzaminu dojrzałości oraz uzyskania kilku literek przed nazwiskiem).

Przecież możemy zmienić bieg naszej historii, zamiast kręcić się w kółko i powtarzać: „Tego już nic nie zmieni!”

Zmieni, pewnie, że zmieni!

Tylko, czy ja tego chcę? Czy nie jest mi wygodniej pokazywać wszystkim moją drewnianą nogę? Przecież każdy ją ma – taką czy inną: dolegliwości fizyczne lub psychiczne, trudności w relacjach, problem z utrzymaniem pracy, nawracające grzechy, błędne decyzje,  sprawy, które kiedyś zaważyły na naszym życiu. Ale poza tą drewnianą nogą jest jeszcze ŻYCIE, to co w nas ŻYWE! Ona tego nie przekreśla. Nie ma takiej mocy!

Czy rzeczywiście jednak chcemy żyć? Żyć PEŁNIĄ życia? (por. J 10, 10)

W miniony weekend spędziłam z moimi najbliższymi kilka godzin nad jeziorem. Tym razem nie było żadnego pirackiego statku. Była za to krzepiąca rozmowa ze starszym mężczyzną, który od lat jest dla mnie wzorem, jak z życiem brać się za bary. Nawet krótkie z nim spotkanie dodaje mi sił i motywuje do przeżywania życia tak, jakby było tańcem, nawet jeśli w tym tańcu utykam.

Niedoskonałość

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Wpatruję się w róże. Nawet zwiędłe, nadal są piękne. I w pąku, i w rozkwicie, i w więdnącym płatku – wszędzie jest piękno, które mnie zachwyca. Przenoszę wzrok na moje dłonie i myślę o tym, że ciało od czasu do czasu wysyła mi informacje o tym, że od dawna nie jest już ciasno zwiniętym pączkiem róży, jakim było krótko po moich narodzinach.  Ale nadal jestem za nie tak bardzo wdzięczna Bogu!

„Pan podtrzymuje całe moje życie” (Ps 54,6), powtarzam cicho, idąc ulicami mojej miejscowości.

Przypominam sobie na nowo, do kogo należy moje życie. Komu je oddałam i kto obiecał się o nie troszczyć. Kto przekonał mnie, że jestem dla Niego jak źrenica oka (por. Pwt 32, 10). Kto zna mój każdy krok. Kto zna również to, co jest za zakrętem, a czego ja nie umiem sobie nawet wyobrazić (a tak bardzo bym chciała!).

Tak, moje życie nie jest przecież tak do końca moje. To dobrze.

Nie jestem sama z decyzjami o drodze, jaką mam iść. Jakie to kojące!

Na chwilę zamykam oczy i wyobrażam sobie, że przede mną idzie Ktoś potężniejszy, kto toruje mi drogę. Jak wtedy na pustyni, jak wtedy – przez morze. Najchętniej bym uklękła, ale chyba nie wstawałabym wtedy już wcale, bo przecież ON JEST wszędzie, choć przysłonięty…  W oczach niemowlęcia, w sylwetce biegnącego nastolatka, w twarzy starszej, schorowanej osoby– wszędzie widzę to samo światło!

Stoję więc, by nie było ze mną jak w anegdocie o artyście, który obraz Pana Jezusa malował na klęczkach. W nocy przyśnił mu się Pan i powiedział: „Ty mnie nie maluj na klęcząco, ty mnie maluj dobrze!”

Cieszę się więc z tego, co jest niedoskonałe, ale w głębszej warstwie DOBRE.

Nie prostuję synka, który tłumaczy mi, że jaskółki ściągają deszcz, a czasem burzę; nie biegnę od razu z gąbką, gdy córeczka zostawi ślad rączki na szybie czy lustrze. Przez tę chwilę przecież może tak być, prawda?

Błogosławiona niedoskonałość!

 

60 sekund

Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

Wczoraj, gdy jechałam samochodem z naszym pięcioletnim synkiem, usłyszałam  od niego coś pięknego i zupełnie niespodzianego:

„Mamusiu, ja już wiem, dlaczego Pan Jezus chciał zmartwychwstać. Żeby nas przywitać w niebie! Tam będzie fajnie, wiesz?… I Pan Jezus nas tam przywita, bo zmartwychwstał i znowu  żyje!”

Wyobraziłam sobie tę scenę i uśmiechnęłam się, łapiąc na tym, że chcę już tam być!

Kilka dni wcześniej dzieci poprosiły, bym zaśpiewała im przed snem standard gospel „Zniż się rydwanie mój”. Śpiewały ze mną: „Anieli w bieli od niebios bram jadą, aby zabrać mnie stąd”. Próbowały mi wtórować, jak umiały.

***

Dziś rano dowiedziałam się o niespodziewanej śmierci pewnego mężczyzny. Modliłam się za jego operację kilka dni temu. Operacja się udała. Miał wyjść niebawem ze szpitala. Ale nagle tej nocy zatrzymało się jego serce i przestało bić.

Czy zdążył?

Rodzina mówi, że – gdy kiedyś poruszali z nim ten temat przy jakieś okazji – nie życzył sobie księdza na pogrzebie.

Co zadziało się w tej ostatniej chwili, gdy był sam na sam ze świadomością tego, że to już ostatni oddech, ostatnie uderzenie serca…

Czy zdążył?

I ostatnia minuta ma sześćdziesiąt sekund…

Czy zdążył?

To wie tylko Bóg.

Czy zdążył?

Ufam, że tak.

Choć nie wiem tego na pewno.

***

Słucham, co mówi święty Paweł:

„Zalecam więc przede wszystkim, by prośby, modlitwy, wspólne błagania, dziękczynienia odprawiane były za WSZYSTKICH ludzi. Jest to bowiem rzecz dobra i miła w oczach Zbawiciela naszego, Boga, który pragnie, by WSZYSCY ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy.” (1 Tm 2, 1.3-4, podkreślenie moje)

I mocno wierzę, że Bóg ma swoje sposoby, by dotrzeć do KAŻDEGO człowieka.

Helikopter

Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

fot. Michał Kamiński

Kilka dni temu prowadziliśmy jeden z biblijnych kursów. Zachwycam się nadal tym, jak Bóg działa w sercach osób, które przyjechały, by przeżyć spotkanie z Nim.

Osobiste rozmowy, nierzadko łzy, ale i też serdeczny śmiech, dzielenie się bardzo trudnymi czasem sprawami… Bogu niech będą dzięki!

Po powrocie odbyłam też inną rozmowę, z kimś mocno zirytowanym – nie na mnie co prawda, ale jednak zirytowanym… Mój rozmówca mimochodem wspomniał o wypowiedzi pewnego aktora, wspierającego osoby chore na raka. „Przecież człowiek nie ma żadnej siły – denerwował się. – Co to za brednie!”

Słuchałam uważnie. Nie podjęłam tematu. Jeszcze nie teraz. Czasem warto, by uleciało powietrze z balonika, by emocje się trochę uciszyły – wtedy łatwiej stworzyć warunki do dialogu, do szczerego spojrzenia w głąb siebie.

Gdybym jednak mogła coś powiedzieć, to z całą siłą potwierdziłabym to, co powiedział tamten aktor w swoim świadectwie zwycięskiego przejścia przez ciężką chorobę.

Tak, głęboko w to wierzę, że rozwiązaniem nie jest popadanie w przygnębienie i czekanie na nie wiadomo co, ale odszukanie w sobie wewnętrznej siły.

W Tobie i we mnie jest Pan.

„O Ty, co mieszkasz sam, w moim sercu na dnie”, śpiewamy w jednej z pieśni.

To właśnie tam, na dnie serca mam szukać siły, by nie stracić nadziei, by w najtrudniejszych nawet okolicznościach – i w życiu, i w śmierci– nadal należeć do Pana (por. Rz 14, 8).

„Wznoszę swe oczy ku górom:
Skądże nadejdzie mi pomoc?
Pomoc mi przyjdzie od Pana,
co stworzył niebo i ziemię.” (Ps 121, 1-2)

Często powtarzam słowa tego psalmu. Mam wrażenie, że wręcz krążą w moich żyłach. Pomoc przychodzi od Pana, to święta prawda! I za każdym razem przychodzi ona inaczej. Poprzez ręce i serce innej osoby…

Gdy pierwszy raz usłyszałam anegdotę o helikopterze, bardzo mnie rozbawiła. Później przypominałam ją sobie wielokrotnie, by nie przegapić Bożego działania w mojej codzienności. Opowiem ją, choć myślę, że jest bardzo znana.

Woda podeszła prawie pod dach, tak wielka była to powódź. Na dachu znajdował się mężczyzna, który żarliwie modlił się do Boga o pomoc. Gdy wojsko, zaangażowane do ratowania mieszkańców, posłało po niego ponton, stanowczo odmówił opuszczenia dachu. Podobnie, gdy nad sobą usłyszał warkot śmigłowca. Za każdym razem krzyczał: „Odejdźcie! Mnie uratuje Bóg!”

W końcu woda zatopiła jego dom, a on sam dostał się w zaświaty. Pełen złości i żalu stanął przed Najwyższym i rzekł: Tak bardzo wierzyłem, że mi pomożesz, a Ty nic nie zrobiłeś, Boże! Pozwoliłeś, by zatopiły mnie powodziowe fale!

Wtedy usłyszał pełen mocy, ale i łagodności, głos: Robiłem wszystko, by cię uratować! Wysłałem nawet najlepszy helikopter!

Co dzień Bóg wysyła do mnie i do Ciebie najlepsze helikoptery. Mnóstwo osób zaangażowanych jest w Jego tajemniczy plan. Ale czy potrafimy przyjmować tę pomoc? Czy patrząc na te „zwykłe” starania, nie przekreślamy ich z wyższością albo i nawet pogardą? Może czekamy na trzęsienie ziemi, rydwany ognia i zastępy anielskie? Może odrzucamy łaskę codzienności, nie za bardzo wiedząc, co miałaby dobrego zdziałać w naszym życiu?

Czy to nam się podoba, czy nie – Bóg działa przez drugiego człowieka. Nie tylko przez ochrzczonych, wierzących i praktykujących. Również przez tych, o których my byśmy w życiu nie pomyśleli.

A może warto, byśmy o nich pomyśleli?

Kruchość

Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

Stoję na szczycie góry (właściwie to siedzę, bo moje nogi mają już dość) i zachwycam się, patrząc wokół. Tutaj właśnie, wśród tych cudnych widoków, doświadczam własnej kruchości. (Nie, nie łamią mi się kości, na szczęście!) Poznaję lepiej moje ograniczenia.

We wszystkim tym widzę ŁASKĘ. Tak, w  moich niedomaganiach również. Przyjmuję je pogodnie. I jestem wdzięczna. Uczę się widzieć w tej kruchości dobro. Przecież gdyby nie istniał głód – nie doceniłabym smaku potraw. Gdybym nie odczuwała pragnienia, nie wiedziałabym, co znaczy łyk krystalicznie czystej wody w skwarny dzień. Gdyby nie moje osłabione ciało, nie wiedziałabym, co znaczy fizyczne wsparcie kochającej mnie osoby. Gdyby nie gorsze samopoczucie, nie odkryłabym, ile dla mnie znaczy dobre słowo i zwykła ludzka życzliwość.

Zamykam na chwilę oczy.

Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12, 8), powtarzam bezgłośnie tę piękną obietnicę…

Im bardziej doświadczam słabości i kruchości, tym bardziej dostrzegam to, co nie jest widoczne na pierwszy rzut oka: człowieka od dawna tęskniącego za Jezusem w Komunii, dziecko, które czeka, aż z okładek książki wyjdą żywi bohaterowie, kobietę szukającą odpowiedzi na ważne, życiowe pytania, mężczyznę z kilofem w ręku, który z błyszczącymi oczami opowiada o swoim marzeniu… Mam ich zaraz pod powiekami. Dopiero co widzieliśmy się, rozmawialiśmy…

Otwieram oczy i powoli wstaję. Chłonę piękno gór: zapachy, odgłosy, barwy…

Tak, to normalna, ludzka rzecz: niedoskonałość. A jednak mam wrażenie, że zakazana w dzisiejszym świecie. O tym się raczej głośno nie mówi, do tego raczej nie powinno się przyznawać. Ma być pięknie, gładko, sprawnie i wielowątkowo. A jak nie, to retusz albo przemilczenie. Jakiegoś rodzaju kłamstwo.  Ale prawda jest inna: kruchość jest w nas wpisana.

Idąc w dół po kamieniach, powtarzam sobie w duchu:

„Jego pouczenia wyczekują wyspy” (Iz 42,4).

Nie tylko wyspy!

(Choć na pewno przydałoby się, by posłuchały Jego pouczeń, myślę, gdy przypominam sobie nagle o tym, co sąd niedawno nakazał „na wyspach” niepełnosprawnej kobiecie spodziewającej się dziecka…)

Nie tylko wyspy, również ja wyczekuję. Pewnie Ty także…

„(On) nie złamie trzciny nadłamanej, nie zagasi knotka o nikłym płomyku.
Nie zniechęci się ani nie załamie.” (Iz 42, 3a. 4a)

Ponad szum wód…

Tagi

, ,

fot. Michał Kamiński

Otwieram tarasowe okno i już jestem w moim małym ogrodzie Eden. Ptaki przekrzykują się, brzęczą pszczoły, a ja wyobrażam sobie, jak to było, gdy „mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru.” ( Rdz 3, 8)

Po chwili patrzę na przesłane mi piękne zdjęcie zachodzącego nad morzem słońca i myślami biegnę do moich starszych synów, którzy wyjechali na obóz. Bezwiednie zaczynam nucić: „Mocniejszy jest Pan nad potężne fale morskie, mocniejszy jest Pan na wysokościach – Pan jest Królem!”. To muzyczna parafraza psalmu:

„Ponad szum wód rozległych,
ponad potęgę morskiej kipieli
potężny jest Pan na wysokościach.” (Ps 93, 4)

To jest dobry czas, by zanurzyć się w cudowniej przyrodzie, zachwycić jej pięknem.  Odkleić od ekranów (różnego rodzaju) i chłonąć ciszę, szum morza albo widok ze szczytów gór. Nie trzeba nawet wyjeżdżać daleko (ani w ogóle wyjeżdżać, bo czasem jest to po prostu niemożliwe), wystarczy poszukać skrawka przyrody najbliżej nas.

Z roku na rok widzę, jak kurczy się ten przyjazny, cudny świat. „Laudato Si” papieża Franciszka jeszcze mocniej mi to uświadamia…

Widziałam dziś w wiejskim sklepie maleńkie opakowanie z napisem „zsiadłe mleko” i rozmarzyłam się. To był mój ulubiony napój w dzieciństwie. Najprostszy do przyrządzenia. I kapitalny na upał.

Najbardziej lubiłam to „niezabełtane”, jak mawiali wtedy starsi ludzie. A potem na wiele lat zniknęło. Tak jak smak prawdziwego mleka, które trzeba było zagotować w teflonowym garnku zanim się je wypiło. Gdy pojawiły się kartoniki i plastikowe opakowania, nie było już „prawdziwego” mleka i tym bardziej „prawdziwego” zsiadłego mleka…

Nie mam na myśli modnego teraz trendu BIO i EKO, nie chodzi mi o sprzedawane za krocie puste szklane butelki na wodę. Myślę raczej o tym, że obcowanie z przyrodą jest ZA DARMO, że jest dla każdego i że nie jest niestety na zawsze…

Może warto tego lata zatrzymać się na chwilę i podziękować Bogu za to piękno, które nie wiadomo jak długo jeszcze będzie naszym udziałem? Może warto zdążyć zachwycić się choćby zwykłą trawą, zanim zostanie zamieniona na beton…

„Pochwalony bądź, mój Panie, przez siostrę naszą, matkę ziemię, która nas żywi i chowa, wydaje różne owoce z barwnymi kwiatami i trawami.” (św. Franciszek, „Pieśń słoneczna”)

Codzienność

Tagi

, ,

fot. Aneta Kot

Trzymany w ognioodpornej, metalowej skrzynce. Zamykany na klucz. W grubych murach z wieloma pancernymi zamkami. Raz do roku wychodzi „widzieć jak się dzieciom Jego powodzi”.

Robimy wszystko, by trzymać Go z daleka od naszych spraw. Tworzymy sztuczny język, którym o Nim mówimy – jak najdalszy od tego, o czym na co dzień rozmawiamy. Prowadzimy Go wśród zapachu kadzidła i dźwięku dzwonów, w asyście ubranych na biało mężczyzn w długich szatach i dziewczynek z koszyczkami pełnymi kwiatów.

A potem „Bóg zapłać Panu Bogu za piękną pogodę i panom ze straży pożarnej” i można na rok odetchnąć. Nie wyjdzie, zamknięty na trzy spusty.

Tymczasem przemierza tę drogę nie raz, a tysiąc razy na dzień. Bez szczególnych śpiewów i malowanej na zielono trawy. Idzie tam, gdzie śmierdzi, gdzie jest paskudnie. Gdzie nikt by Go z własnej woli nie zaprowadził. Dociera do miejsc, gdzie jest śmierć, cierpienie i przemoc. Gdzie nikt Go nie zaprasza. Gdzie może już nikt o Nim nie myśli, nikt za Nim nie tęskni.

Litość Twoja zabiegła im drogę.  (Mdr 16, 10 b)

W nieustannym ruchu, a nie – zasypiający na baśniowym tronie.

Pełen pasji. Walczący do ostatniej kropli krwi. Zaangażowany.

Takiego Go znam.

Jak to dobrze, że możemy z Nim iść w te wszystkie miejsca, gdzie toczy się nasze codzienne życie. I że choć raz w roku w widoczny, oficjalny sposób przechadza się po naszych ulicach. Przecież nie wszędzie na świecie wolno pójść z Bogiem na spacer! (Za posiadanie przy sobie Jego Słowa można w wielu miejscach trafić do więzienia albo – w skrajnym przypadku – stracić życie.)

Ale zamiast cieszyć się z tego i wypatrywać Jego obecności w naszej codzienności, zbyt często myślimy: „Czy to możliwe, by w tym wszystkim był ze mną Bóg? Pewnie jest z tymi, którzy są bardziej skupieni, pobożni i rozmodleni. W moim zwykłym, szarym, niedoskonałym życiu na pewno nie byłoby Mu wygodnie. Przecież zazwyczaj otoczony jest złotem, mirrą i kadzidłem. Albo anielskimi chórami.”

Codzienność jest święta. Bo jest w niej Bóg. Jedyny Święty.

Upał serca

Tagi

, ,

Fot: Danuta Kamińska

Gdy otwieram oczy, zaczynam ją nucić i gdy kładę się spać, powtarzam jej biblijne słowa. Nie tylko dlatego, że jest upał i bardziej niż zazwyczaj potrzebuję wody… Ta pieśń chodzi za mną od kilku dni:

Nędzni i biedni szukają wody, a język ich wysechł z pragnienia.
Lecz Ja, Pan, wysłucham ich, nie opuszczę ich Ja, Bóg Izraela.
Każę wytrysnąć rwącym strumieniom na nagich, stromych wzgórzach
I źródłom wód pośrodku nizin, by pustynię zamienić w pojezierze. (por. Iz 4, 17-18)

Kilka miesięcy temu chodziła za mną jeszcze inna pieśń, właściwie jej krótki fragment: „Upał serca mego chłodzę, gdy w przepaść męki Twej wchodzę…”
Nie tylko ten na zewnątrz może być nieznośny i męczący (a czasami nawet śmiertelny), również „upał serca” potrzebuje ostudzenia i wielkiej ilości żywej wody (por. J 4, 10 -26).
Tak jak woda pitna w upalne dni dostępna jest bez ograniczeń na przykład w miejscu pracy, a jej zapewnienie przez pracodawcę regulowane jest przez przepisy prawne, tak woda żywa dostępna jest dla każdego, bo tak mówi prawo Boże. Nie ma tam żadnych warunków wstępnych.
Szef nie pyta, jaki masz obrót w tym miesiącu i czy wyrobiłeś się w terminie z projektem. Woda jest zarówno dla „przodowników pracy”, jak i dla „nygusów”. Dla wszystkich. Nie trzeba pisać podania z uzasadnieniem prośby. Po prostu podchodzisz do dystrybutora i nalewasz do kubka zimnej wody. Nikt nie patrzy na ciebie krzywo, gdy podchodzisz znowu i pijesz dużo – naprawdę dużo – chłodnej, mineralnej wody.
Podobnie jest z żywą wodą, choć nie wszyscy o tym wiedzą. Spotykam wiele osób, które przypuszczają, że aby napić się tej wody, należy najpierw jakoś zasłużyć się Szefowi. Może przynieść na spotkanie z Nim listę życiowych dokonań? Albo sprawozdanie z działalności za ostatnie półrocze? Bilans plusów i minusów, z naciskiem na plusy? Zaświadczenie o niekaralności? Dobrą opinię od innych? A może wyniki badań communicantes i dominicantes?
„Jeśli kto jest spragniony…” – mówi Słowo Boże, a nie: jeśli ktoś jest pobożny, zasłużony, nie grzeszy (nie ma takich, z tego co wiem)…
Czy jesteś spragniony? Czy pragniesz Boga? Czy twoje serce przypomina czasami spękaną ziemię i wysuszone rośliny, czekające na deszcz?
A może skrzętnie chowasz te obszary swojego wnętrza, które już uschły i przykrywasz je – z zapałem godnym lepszej sprawy – sztuczną trawą? Plastikową, nieprzyjemną w dotyku, ale za to bardzo zieloną. Może wysuszone tereny powiększają się z czasem, a ty stajesz na rzęsach, by – jak zbyt krótką kołdrą – przykryć ten piach plastikiem …

Znam najlepszego Specjalistę od zakładania i pielęgnowania ogrodów. Architekta zieleni. Wiernego Ogrodnika.
Pracuje bardzo sumiennie i wytrwale, nie poddaje się nawet na gruntach skalistych.
Pracuje za darmo. Znalazłam to czarno na białym:
O, wszyscy spragnieni, przyjdźcie do wody,
przyjdźcie, choć nie macie pieniędzy!
Kupujcie i spożywajcie, <dalejże, kupujcie> bez pieniędzy
i bez płacenia (…)! (Iz 51, 1)

Przyjdź!

Jeśli PRAGNIESZ…
Strumienie wody żywej popłyną z wnętrza tego, kto jest spragniony – tego, kto przyjdzie i się napije (por. J 7, 37-39).

Przejdź do paska narzędzi