
Fot. Danuta Kamińska
Błogosławiony czas, gdy widzimy więcej, sięgamy głębiej, gdy pragniemy mocniej…
Najważniejszy tydzień w roku. Niech będzie dla nas szansą zanurzenia się w łasce. Niech to będzie pełne zanurzenie. Tego nam wszystkim życzę.
24 niedziela mar 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Błogosławiony czas, gdy widzimy więcej, sięgamy głębiej, gdy pragniemy mocniej…
Najważniejszy tydzień w roku. Niech będzie dla nas szansą zanurzenia się w łasce. Niech to będzie pełne zanurzenie. Tego nam wszystkim życzę.
08 piątek mar 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #słowoboże, #wdzięczność, #wielkanoc, #WielkiPost, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Zastanawiało mnie, gdy byłam dzieckiem, jak to jest, że przez cały Wielki Post śpiewamy smutne pieśni, odmawiamy sobie słodyczy, kazania są jeszcze bardziej niż zazwyczaj „krzyczące” (wtedy w dobrym tonie było podnosić głos podczas głoszenia homilii), a potem – z dnia na dzień – wszystko się zmienia: mamy być na zawołanie radośni, a miny, które wcześniej miały być „programowo” grobowe, zwłaszcza podczas nabożeństw pasyjnych (jako maluch chodziłam na wszystkie możliwe), nagle mają być teraz, natychmiast, rozpromienione i wyrażające pełnię szczęścia. Trąciło mi to trochę przedstawieniem. Nie umiałam tego w swojej małej głowie poukładać.
Gdy byłam nastolatką, łzy ronione podczas słuchania rozważań (pełnych drastycznych szczegółów), zastąpiła WDZIĘCZNOŚĆ. Wiedziałam już, że najważniejszy jest w tym wszystkim cel: moje zbawienie oraz to, że Jezus umarł za mnie (i zamiast mnie), że zmartwychwstał i żyje. Jest obok mnie. To zmieniło moją perspektywę.
Zastanawiam się jednak, dlaczego tyle dziecięcych lat upłynęło mi bez tej paschalnej perspektywy – takie były czasy? Bo ważniejsze było, żeby pobożnie odprawić to czy inne nabożeństwo niż to, by mieć żywą relację z Tym, który umarł i zmartwychwstał? Nie wiem. Na pewno retoryka się zmieniła. Na pewno na pierwszy plan nie wybijają się drastyczne szczegóły, ale SENS tej zbawczej ofiary.
Jednak niedawno, gdy byłam z moją córeczką na takim nabożeństwie, zobaczyłam strach w jej oczach. Rozważania czytane były z pożółkłej książeczki. Przeznaczone były dla dzieci. Nabożeństwo też. Córa przytuliła się do mnie i powiedziała, że było „za strasznie”.
Nigdy nie byłam fanką naturalistycznych opisów, stroniłam od wstrząsających obrazów czy wywołujących szok informacji w mediach. Rozumiem więc jej reakcję. Ale też rozumiem reakcję większości zgromadzonych w kościele na tym nabożeństwie, jak na tamtych, w czasach mojego dzieciństwa – przypuszczam, że nie wstrząsnęły większością zebranych. Zapewne więc jesteśmy w mniejszości, ale to nie oznacza, że nas nie ma, albo że nasz głos się nie liczy.
Mamy różną wrażliwość, różny też poziom skupienia. Niektórzy pewnie wyjdą, nie pamiętając „o czym było”, a innym będzie się śniło po nocach.
Ale nie zmienia to faktu, że warto mówiąc, zastanawiać się, jaki jest cel wypowiedzi.
Czy ma ona wzbudzić wyrzuty sumienia („Pan Jezus umarł, strasznie cierpiąc, bo nie chciało mi się rano szybko wstać z łóżka i marudziłam przy obiedzie” – myślę, że absurdalności tego zdania nie trzeba tłumaczyć), czy – nie pomijając kwestii cierpienia – obudzić WIARĘ i zaprowadzić do NAWRÓCENIA. A to ostatnie nie opiera się przecież na lęku przed karą czy strachu przed „wbiciem gwoździa Panu Jezusowi” (kto w ogóle wymyśla takie ćwiczenia duchowe dla małych dzieci?), ale wypływa z miłości.
Nie wystarczy unikać grzechu, to bardzo spłycające podejście do chrześcijaństwa. To miłość motywuje do działania, a nie neurotyczny lęk przed przekroczeniem jakiegoś zakazu, nawet nieumyślnie.
Kochać to znaczy powstawać. Kochać to nie znaczy nigdy nie upadać.
Dopiero jako nastolatka to odkryłam. Ale te momenty, gdy byłam przekonana, że moje – niecelowe nawet – pomyłki i słabości były torturowaniem żywego człowieka i to przez duże „C”, a do tego Bożego Syna… Myślę, że jest jeszcze wielu dorosłych, którym nikt nie pokazał innej perspektywy: nie samozbawienie (które jest zresztą herezją), ale przyjęcie darmowego zbawienia, które miało niesłychaną cenę: cierpienie i śmierć Jezusa Chrystusa.
Wracając jednak do tytułowej walki postu z karnawałem, jako dziecko ani cieszyć się na zawołanie nie chciałam, ani smucić, „bo tak wypada”. Budziło to we mnie wewnętrzny sprzeciw. Oczywiście, robiłam, co mi kazano, ale pozostawałam ze stawianym sobie bezgłośnie pytaniem, o co w tym wszystkim chodzi. Przecież nie o zmianę koloru w prezbiterium – z fioletowego na biały czy złoty. Przecież nie o zmianę repertuaru organisty. Przecież nie o zmianę mojej miny.
Cieszę się, że będąc nastolatką, odkryłam to, co kryje się pod tymi zewnętrznymi znakami. I nie tylko to – również prawdę o tym, że jestem URATOWANA, dzięki tej krwi. Ona nie jest oskarżeniem mnie, ona jest USPRAWIEDLIWIENIEM mnie. Amen.
PS Oczywiście tytułowa walka miała miejsce co roku przed rozpoczęciem okresu pokutnego, a nie po nim i nie przed Wielką Nocą. Prostuję, gdyby opacznie zostało zrozumiane to, co wyżej napisałam.
Zresztą, walka postu z karnawałem nie odbywa się już dzisiaj – a szkoda. Wszystko nam się – w tym wydaniu ogólnym, w głównym nurcie, w tym co się na ogół słyszy i widzi – pomieszało. Ani mówienia o grzechu nie ma, ani mówienia o zbawieniu, ani o łasce, ani o pokucie, ani o świętowaniu. Jest kupowanie i jedzenie. Oczywiście nie wszędzie. Ale, gdy zapytamy o przygotowania do Wielkanocy, pewnie usłyszymy właśnie o tym: o kupowaniu i jedzeniu. Karnawał więc wcale nie odpuszcza. Wczoraj na przykład usłyszałam o tym, że dancingi w sanatorium to nie zabawy huczne i można w nich bez wyrzutów sumienia uczestniczyć. Aż się boję pomyśleć, co będzie ogłoszone, gdy będę na etapie odwiedzania sanatoriów! Pozostaje mi tylko liczyć, że nie dożyję wieku emerytalnego ;)
04 poniedziałek mar 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#biblia, #chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #relacje, #rodzina, #słowoboże, #zdrowiepsychiczne

Fot .Michał Kamiński
Klękamy razem. Najmłodsza pociecha próbuje płynnie czytać fragment psalmu. Starszy brat podchodzi, by ją dyskretnie w tym wspierać.
Słowo ma moc. Boże Słowo tym bardziej. Czy odczytywane przez małą dziewczynkę, czy przez starszego, konsekrowanego mężczyznę – to jest to samo Słowo, Odwieczne Słowo Ojca.
Czy jest głoszone przez naszego ulubionego rekolekcjonistę, czy przez nieznanego lub niebudzącego sympatii – ma moc skruszyć ludzkie serca i wnieść w nie ożywczy powiew Ducha.
Jezus – Słowo jest z nami. Gdy klękamy z dziećmi do modlitwy, gdy uczestniczymy w liturgii w kościele i gdy jesteśmy przy naszych codziennych sprawach.
Jest.
Niebo i ziemia przeminą, ale Boże Słowo trwa na wieki.
Niech nas przemieni, niech nas dotknie – Jezus, Odwieczne Słowo Ojca.
24 sobota lut 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#biblia, #chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #ewangelizacja, #krzyż, #przyroda, #relacje, #rodzina, #WielkiPost, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
W ferie odwiedziliśmy dobrą znajomą. W jej domu zwrócił moją uwagę nietypowy krzyż, zawieszony nad wejściowymi drzwiami.
Zrobiłam od razu (za jej pozwoleniem) jego zdjęcie i przesłałam znajomym, którzy mają trochę podobny w swoim domu. Mówię na takie krzyże „zmartwychwstałe”, choć z teologicznego i językowego punktu widzenia nie jest to określenie poprawne ;)
Koleżanka przywiozła ten swój z jakichś rekolekcji. Zwrócił on też uwagę naszych młodszych dzieci. Wyjaśniłam im, że Pan Jezus żyje, że nie pozostał na krzyżu ani w grobie. Ale czcimy Go ukrzyżowanego, zwłaszcza w Wielkim Poście, dziękując Mu za to, co dla nas zrobił, umierając za nasze grzechy, i szukając u Niego ratunku, w Jego ranach i najdroższej Krwi.
Kilka dni później, mój tato, nie wiedząc o naszej rozmowie, przesłał mi krótki film, który obejrzeliśmy z mężem i młodszymi dziećmi – piękny, poruszający, akurat na Wielki Post, o starszym człowieku, który miał pełną miłości relację z Ukrzyżowanym.
Nad drzwiami w naszym domu wisi tradycyjny krzyż. Dostaliśmy go z mężem w prezencie, w dniu naszego ślubu. Jedna z babć (już świętej pamięci) mojego męża obruszyła się na to, mówiąc, że będziemy mieć przez to „krzyż Pański” w życiu, bo ona też otrzymała w prezencie ślubnym pasyjkę i życie małżeńskie jej się nie ułożyło.
Oczywiście nie przejęłam się jej słowami, bo nie jesteśmy przecież zabobonni, bardziej przejęłam się tym, co ta kobieta w życiu przeżyła, a jeszcze bardziej tym, że połączyła to – w niewłaściwy sposób – z Ukrzyżowanym…
Krzyż, który otrzymaliśmy w prezencie ślubnym i który wisi w naszym domu, był dla mnie przez te wszystkie lata przypomnieniem, że Jezus jest ze mną, także w tym, co trudne, również w tym, co mnie boli: fizycznie, psychicznie, duchowo. Był dla mnie umocnieniem. I jest nadal.
Pamiętam, jak na niego zerkałam, gdy do moich oczy napływały łzy: dzieci były malutkie, chorowały, mąż wyjeżdżał, mnie trapiły różne problemy i dylematy. Adorowałam go w ciszy, bez słów. Właściwie często też w hałasie, a nie w ciszy, bo nasza „ferajna” do cichych nie należała :) Jednak, gdy na zewnątrz było głośno, w moim sercu była przestrzeń pełna ciszy, w której, choć na moment, mogłam się zatrzymać przed Ukrzyżowanym.
W pracy, w moim pokoju w redakcji wisi krzyż. Siedząc codziennie przez kilka godzin przy biurku, podnoszę co jakiś czas głowę i patrzę na ten krzyż. Jest dla mnie umocnieniem, jego widok dodaje mi otuchy.
Wiem jednak, że nie o sam materialny przedmiot tu chodzi. Gdy byłam mała i trwał stan wojenny, śpiewaliśmy piękną pieśń, której wtedy nie rozumiałam. Jedna z jej zwrotek zaczynała się słowami: „Nie zdejmę krzyża z mego serca…”. I to wydaje mi się najważniejsze.
19 poniedziałek lut 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #droga, #przyroda, #relacje, #rodzina, #WielkiPost, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Jadę do moich rodziców. Jest jasny, pogodny dzień, zielenią się pola i łąki. Drzewa iglaste po obu stronach drogi również nie dają się prześcignąć w „zieloności”. Jednak pozostała część drogi jest nadal szarobrunatna, jak to zwykle bywa o tej porze roku.
Rozkoszuję się błogą ciszą i widokami za oknem. Ponieważ prowadzę samochód, nie daję się jednak ponieść wyobraźni i skupiam się na trasie. Co nie przeszkadza mi się cieszyć z tego, że moja, zazwyczaj bardzo rozmowna, gromadka zamilkła na dłuższą chwilę: starsze dzieci czytają książki, młodsze składają z tekturki otrzymaną przed chwilą wielkopostną dekorację (byliśmy na Mszy dziecięcej).
Myślę o Wielkim Poście. O tym, że jestem ciekawa, co w nim dla mnie Bóg przygotował. Już na samym początku tego wyjątkowego czasu czekała na mnie niespodzianka, za którą jestem bardzo wdzięczna. Wiem, że to nie koniec Bożego działania.
Patrzę na zielone pola i łąki i jestem pewna, że tak ma zazielenić się moje życie – z Bożą pomocą.
11 niedziela lut 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Dzieci cichutko śpią obok, ja staram się ich nie obudzić moim krzątaniem. Pakuję nas w powrotną drogę.
Zabieramy ze sobą miłe wspomnienia i wiosnę, która niespodziewanie zawitała na Podkarpacie.
Zwiedzaliśmy, dużo rozmawialiśmy z K., która nas u siebie gości, wdychaliśmy zapach budzącej się po zimie przyrody, słuchaliśmy śpiewu ptaków i jedliśmy lokalne przysmaki.
Czas wracać.
Przed nami długa droga. Poprzednio spotkaliśmy w pociągu kobietę z naszych stron, a do tego mamę pięciorga dzieci, wspólnych tematów było więc sporo, zwłaszcza że anegdotami sypała jak z rękawa, więc śmiałyśmy się sporo w naszym przedziale. Właściwie nie było przedziałów w naszym wagonie, ale mieliśmy miejsca przy stoliku, więc była okazja, by na siebie spojrzeć i zamienić słowo – bardzo krzepiące, jak się okazało.
Kogo spotkamy tym razem? Nie wiem. Ale na tym polega życie, że jest pełne niespodzianek. W tamtą stronę z powodu blokady dróg musiałam na dworzec dotrzeć… pociągiem (wsiadłam na węźle przesiadkowym – samochód by utknął wśród ciągników). Potem czekałam wraz z dziećmi aż wsiądą kibice (opóźnienie zwiększyło się do około pół godziny). Ale to też jest życie. Nie wszystko dzieje się w nim zgodnie z rozkładem jazdy i z ułożonym przez nas misternym planem.
To dobrze. Ilu ludzi bym nie spotkała, gdyby wszystko toczyło się ustalonym torem! Ile dobrych rzeczy by się nie wydarzyło, gdybym poruszała się tylko utartym szlakiem!
Jak mawia mój kolega z pracy: czasami warto chociaż zmienić trasę powrotu do domu z zakupów, by zauważyć, jak pięknie jest na świecie.
04 niedziela lut 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #nowaewangelizacja, #przyroda, #relacje, #rodzina, #SESA, #słowoboże, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Niedługo zaczynają się u nas ferie. Dla mnie nie oznacza to jakiejś wielkiej zmiany – w pracy nie mamy przerwy ani urlopu. Za to dzieci na pewno odetchną. Jadę z nimi na weekend do znajomej – już nie mogą się doczekać, zwłaszcza że wybieramy się tam pociągiem.
Dla mnie natomiast luty – mimo ferii – zapowiada się bardzo intensywnie. Nie dlatego, że wzięłam sobie na głowę tyle spraw. One pojawiły się „po drodze”. Ale i takie miesiące się zdarzają przecież.
Jak na ironię, kalendarz w moim pokoju w pracy prezentuje w lutym błogi widok łąki i dwóch motyli. Patrząc na to zdjęcie na ścianie, przenoszę się na chwilę do czasów, w których jako mała dziewczynka chodziłam z rodzicami na długie spacery. To była nasza forma spędzania wolnego czasu. Czytanie książek i długie wyprawy. Do lasu, na łąkę i w góry, u podnóża których wtedy mieszkaliśmy. Rodzice uczyli mnie nazw i właściwości roślin, które po drodze napotykaliśmy, obserwowania zwierząt – rozróżniania ich śladów w lesie, słuchania ptasich śpiewów, zauważania owadów na łące i przyglądania się motylom. Zachwytu nad przyrodą.
Wieczorami natomiast brali nas na balkon i uczyli – mnie i moje rodzeństwo – odnajdywania gwiazd i planet na niebie. Spektakl nad naszymi głowami wciągał nas na tyle, że uczyliśmy się nazw tych ciał niebieskich, mimo że nikt nie wymagał od nas tego w szkole. O zawrót głowy przyprawiała wtedy myśl, że jesteśmy maleńkim punkcikiem we wszechświecie i że – mimo tego, co widać gołym okiem – ziemia krąży jednak wokół słońca, a ono jednak wcale nie wschodzi i nie zachodzi.
W moim dziecięcym świecie było miejsce na mrówki, które wchodziły uparcie na grządkę, którą uprawiałam w ogródku naszych sąsiadów i na krowę, która zawędrowała kiedyś, nie wiedzieć czemu, na nasze osiedle z pobliskich łąk, i na konia, który pod nasz blok przywiózł wiejskim wozem płytki ceramiczne, które potem mój tato dzielnie kładł w naszej łazience i kuchni. Było miejsce na psy, błąkające się po okolicy, i na rybki w szkolnym akwarium, które w ferie przychodziliśmy co dzień karmić, mimo że nie było przecież wtedy lekcji.
Ferie były po prostu bieganiem od rana do wieczora po podwórku, zjeżdżaniem na sankach, jeżdżeniem na łyżwach i wpadaniem do państwa M. na herbatę i chleb z serem, gdy się już trochę zmarzło. Teraz ferie wyglądają zupełnie inaczej – i dla mnie, i dla moich dzieci. Nie lepiej, nie gorzej – po prostu zupełnie inaczej.
To, co przed nami, jest niezapisaną kartą. Lubię myśleć o tym, że „najpiękniejsze jest jeszcze przed nami”, jak mawiamy często na kursach prowadzonych przez naszą wspólnotę. To Bóg trzyma w rękach nasze życie. Okoliczności się zmieniają, na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale wierzę, że nie jesteśmy bezwolnym przedmiotem, miotanym wiatrem to tu, to tam.
Bardzo lubię słowa pieśni, napisanej przez Grahama Kendricka: „Chcę zmienić bieg historii świata, chcę nowe karty w niej zapisać./ Pragnę być piórem w Twojej dłoni, pragnę być wierny aż do końca.” Wiem, że nie chodzi o wywracanie porządku świata do góry nogami, ale o małe zmiany w swoim otoczeniu. O zmiany w swoim życiu. O bycie „piórem w Bożej dłoni”. Właśnie teraz. W lutym. W te ferie.
29 poniedziałek sty 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #dobreslowo, #ewangelizacja, #przyroda, #relacje, #rodzina, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Wczoraj rano byłam świadkiem rozmowy moich dwóch najstarszych synów. Jeden próbował za wszelką cenę zmienić charakter drugiego (drugi natomiast pierwszego nie, o tyle dobrze!). Wyjaśniłam pierwszemu, że to niewiele da, gdy będzie się na drugiego tak złościł, próbując go upodobnić do siebie.
Obaj są dobrzy i wartościowi, ale bardzo się od siebie różnią – to normalne. (Pierwszy uważa, że to nienormalne ;) )
W trakcie podróży do moich rodziców, patrząc na zieleń za oknem (w tamtych stronach wiosna zazwyczaj przychodzi szybciej niż w naszych), myślałam o porannej wymianie zdań.
To bardzo powszechne, że chcemy kogoś zmieniać (zazwyczaj na własną modłę), ale też bardzo powszechne jest to, że z własnej woli dobieramy się na zasadzie przeciwieństw z naszymi małżonkami czy przyjaciółmi. Nikt nas nie zmusza przecież, by pobrać się czy przyjaźnić z osobą tak bardzo różną od nas, a jednak zazwyczaj jest to ktoś daleki od tego, jacy my jesteśmy.
To oczywiście wielkie bogactwo: rozwijamy się wewnętrznie, spotykając osoby o innej niż nasza wrażliwości, gustach, upodobaniach. To na pewno czyni nasze życie bardziej barwnym.
Ale ten medal ma dwie strony: po pewnym czasie zaczyna nas uwierać ta „inność”, przejawiająca się w drobiazgach. Dopóki nie rujnuje naszego związku, nie rozbija naszej relacji, warto uznać, że jest czymś pozytywnym, mimo że momentami bywa też czymś bardzo niewygodnym.
Co jednak w momencie, gdy różnica irytuje nas tak bardzo, że przysłania nam tę – kochaną przecież przez nas – osobę?
Przedwczoraj byliśmy na koncercie w ramach naszej małżeńskiej randki. Bardzo się cieszę z tego wspólnego wyjścia, ale muszę się przyznać, że uroniłam łzę, słuchając jednego z utworów. Mocniej chwyciłam za rękę mojego męża: „Mijamy bezgłośnie na paluszkach tak(…) / Westchnienia na moście, śpiew i rozmów gwar. / I śmiech, i płacz zamienia się w ciszę”.
Pewnie zależnie od tego, jaką perspektywę przyjmiemy, tak zniesiemy (i przyjmiemy) inność Drugiego. Mając świadomość tego, że nasze życie tutaj, na ziemi, nie trwa wiecznie, chyba łatwiej uśmiechnąć się i otworzyć ramiona: „Choć tyle tych nut, chcę wierzyć, że cud wydarzył się tu(…). / Czy w pędzie tym chcesz zatrzymać dziś mnie, / Bym zdążyła Ci wszystko wyśpiewać?”
23 wtorek sty 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #miłość, #przyroda, #relacje, #rodzina, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Feeria barw mnie zachwyca. Jadąc do pracy, otwieram oczy coraz szerzej i to nie dlatego, że jestem niewyspana i powieki same mi się zamykają – patrzę właśnie na rozgrywający się na niebie spektakl. Czerń i granat przeszyte intensywną czerwienią, fioletem i delikatnym różem. Mam wrażenie, jakby starły się dwa żywioły, a ja byłabym jedynym świadkiem tego wielkiego wydarzenia.
W rzeczywistości nie dzieje się nic wielkiego. To zimowy brzask. Cudowny, pełen energii widok, który kontemplowałabym z chęcią znacznie dłużej, gdyby nie to, że prowadzę właśnie samochód na ruchliwej drodze.
Każdy taki mały cud natury zachwyca mnie i odsyła do jego Boskiego Autora . Oczywiście, miliony ludzi widzą w tej chwili ten sam wschód słońca, ale dla mnie jest on czymś wyjątkowym. Jestem tak wdzięczna, jakby był to wielkiej wartości obraz, malowany specjalnie dla mnie i to na moich oczach! Jego piękno zapiera mi dech w piersiach i odbiera mowę. Bezgłośne uwielbienie płynie z mojego serca. Nie spodziewałam się zastać na mojej codziennej trasie takiego widowiska!
Myślę teraz, gdy już dotarłam na miejsce, o moim synu, u którego specjalista kilka dni temu wykrył brak prawidłowego rozróżniania barw, co wiąże się z niemożnością wybrania wymarzonej przez niego szkoły. Wszyscy, którzy go kochają, a więc rodzina i przyjaciele, wraz z nim to na swój sposób „odżałowują”. Jako mama nie najlepiej to znoszę. Ale ufam, że „kiedy Bóg zamyka drzwi, wtedy otwiera okno”. Wyglądam więc tego lufcika, licząc, że z czasem urośnie do wielkości okna tarasowego! Na pewno pędzle Wielkiego Artysty już malują – tym razem nie wschód słońca, ale drogę dla mojego dziecka. Ufam, że tak właśnie jest, choć na razie widzę tylko odwrócone sztalugi. Prace „na wysokości” trwają – na pewno!
16 wtorek sty 2024
Posted in Codzienność, Ewangelizacja, Zdrowie psychiczne
Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #DanutaKaminska, #dobreslowo, #relacje, #rodzina, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Paraliż komunikacyjny. Dwie i pół godziny wracam do domu z pracy. Śnieżyca, lód na obwodnicy, korek na wiele kilometrów, tir tarasujący zjazd i jakiś czujnik w samochodzie, który ma awarię i cały czas piszczy. W naszych stronach mówi się, że można od tego dostać na głowę, czyli oszaleć w takich warunkach. Jestem bliska tego, ale chwila w ciszy, gdy leżę bez ruchu na kanapie w salonie, wystarcza, by układ nerwowy się trochę uspokoił.
Najważniejsze, że zdążyłam odebrać dzieci i że bezpiecznie dotarliśmy do domu. Dzięki Bogu.
W osiedlowym sklepie, w kolejce do kasy, zagaduje mnie pan w roboczym ubraniu. Opowiada o dzieciach, o żonie. Nie znam go, ale poznaję właśnie pół jego życia. W domu sprawdzam, czy nie mam na czole napisane: „słuchanie za darmo”, ale oprócz zmarszczek nic nowego mi tam nie przybyło.
Przybył mi za to nowy rok życia. Bardzo się z niego cieszę, a jeszcze bardziej z tego, co przede mną.
Moja córka – pierwszoklasistka – powiedziała mi kilka dni temu (w kontekście tego, że obie mamy w styczniu swoje urodziny), że nie chciałaby wracać do tego, co było. Lubiła być mała (nie prostowałam, że nadal do dużych nie należy: subiektywnie czuje się dużą i ma do tego prawo), ale bardziej podoba jej się, jak jest teraz.
Doskonale ją rozumiem. Zdarza mi się wracać pamięcią do dzieciństwa czy czasu studiów, ale zawsze najmilej mi jest w tym, co jest teraz.
Nawet w wielokilometrowym korku. Bo „teraz” jest jedynym momentem, w którym jestem. Przeszłość minęła, przyszłość jeszcze nie nadeszła. Tylko w „teraz” istnieję.
Kiedyś przejdę, jak ufam i wierzę, w tryb „zawsze”. Nie wiem, ile mi jeszcze zostało do przejścia, ale dziś, jadąc do pracy, dziękuję Bogu za dzień urodzin i za moje życie. Za to, że pozwolił mi przejść różne sytuacje, które przypominały ten wczorajszy paraliż komunikacyjny, gdy musiałam czekać lub gdy nie było widać końca trudnego położenia. Gdy ból włączał się jak tamten wczorajszy zepsuty czujnik, dokuczliwie piszczący.
W tym wszystkim zawsze jest ze mną – jak mówią słowa pięknej pieśni gospel: jest ktoś jeszcze w tym ogniu. To parafraza Księgi Daniela i opowieści o piecu ognistym, bardzo trafna.
Tak, przeprowadza przez ogień i przez wodę, jak mówi Izajasz, i w tym wszystkim zawsze jest ze mną. W moim „teraz”.