W tę stronę

Tagi

, , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Chyba zapatrzył się na żurawie – koleżanka pół żartem pól serio komentuje swoje niedawne przeżycia.  – Czasem mam po prostu wrażenie, że patrzy w inną stronę, nie na nas…

Słucham jej uważnie, nie przerywam.

Ufam, że ma dla niej przygotowaną niespodziankę – taką, o jakiej może nawet już nie marzy: jakiś drobiazg, który jasnym promieniem rozświetli jej trudną codzienność.

Kolejnego dnia otrzymuję od niej wiadomość. Opisuje mi wzruszona, co ją spotkało. Tym razem jest przekonana, że o niej nie zapomniał, że nie odwrócił wzroku, że nie jest odległy, że patrzy dokładnie na nią i jej nieuleczalnie chore dziecko.

***

Siostra zakonna uśmiecha się szeroko i przejmuje od mojego męża karton z naklejonym na wierzchu wielkanocnym obrazkiem, wykonanym przez naszą córeczkę. Spod uchylonego wieczka unosi się słodki zapach. Wolontariusze za chwilę pokroją te pyszności.

***

Do upadającego podchodzi znajoma z sąsiedniego osiedla i chwytając za ramię, pomaga wstać.  Trudno mi powstrzymać łzy. Nigdy dotąd nie widziałam mojego męża w sytuacji, w której nie mógłby się ruszyć.

Córeczka odwraca się nagle i pyta przejęta, czy tatuś wróci.

Znajoma ma na sobie długą spódnicę w paski i białą bluzkę. Nie wypowiada żadnego słowa i nie przypomina swoim wyglądem  tradycyjnego wizerunku Maryi,  jednak szybko orientujemy, jaką gra rolę.

– Tak – odpowiadam spokojnie.  – Będzie zmartwychwstanie, zobaczysz!

***

W nocy budzi mnie krzyk młodszego synka. Ma bardzo wysoką gorączkę. Czuję, jak jego ciałko przechodzą dreszcze.

W poranek wielkanocny mam oczy na zapałki.

Ale i tak wiem, że On patrzy w tę stronę.

Żyje i jest przy mnie. Jest przy nas.

***

Synek dziś rano przybiega pytając, czy będzie mógł zjeść choć odrobinę urodzinowego tortu. Już czuje się lepiej, ale nie jest jeszcze zdrowy. W każdym razie wygląda o niebo lepiej niż wczoraj – jak dzień do nocy.

***

Wchodzę do jasnego wnętrza. Jest pustawo. Mogę sobie wybrać miejsce, spośród tych oznaczonych specjalną karteczką. Siadam w ławce i biorę głęboki oddech. Zmartwychwstanie się dzieje. Tak, dokonało się już, ale jednocześnie się cały czas dzieje.  Aż się stanie w nas.

A teraz wciąż jest Pascha.

Jezus już zwyciężył. Zrobił już dla nas wszystko. Ale to wciąż trwa, wciąż się dzieje. To nie historia, którą wspominamy.

To życie.  To przejście.

Przez ból, przeciwności, niepewność.

Nie drogą na skróty, ale zaliczając wszystkie punkty pośrednie.

Krok po kroku.

Stawiając kroki wiary.

***

„Teraz jednak dla tych, którzy są w Chrystusie Jezusie, nie ma już potępienia. (…)

Sądzę bowiem, że cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić.  Bo stworzenie z upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych. Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia.
Lecz nie tylko ono, ale i my sami, którzy już posiadamy pierwsze dary Ducha, i my również całą istotą swoją wzdychamy, oczekując- odkupienia naszego ciała.

W nadziei bowiem już jesteśmy zbawieni.

Nadzieja zaś, której [spełnienie już się] ogląda, nie jest nadzieją, bo jak można się jeszcze spodziewać tego, co się już ogląda? Jeżeli jednak, nie oglądając, spodziewamy się czegoś, to z wytrwałością tego oczekujemy.”

(Rz 8, 1.18-19. 23-25)

 

Na progu

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Co było dalej? – pyta przejęty mąż. Pojutrze, w specjalnie uszytym na tę okazję stroju, odegra w naszej parafii rolę w misterium (transmitowanym na żywo). Syn zerka do scenariusza.  Jest jego suflerem. My pewnie zostaniemy w domu i obejrzymy wszystko online.

Tyle, że czym innym jest misterium, które zobaczymy, a czym innym to, które mam na myśli, a którego tak do końca zobaczyć się nie da. Pierwsze to przedstawienie, drugie to tajemnica paschalna. W tym drugim lepiej nie uczestniczyć na zasadzie widza, lepiej być w jego wnętrzu, pozwilić się pochłonąć tej tajemnicy. Nawet jeśli zabraknie dla nas miejsca wewnątrz – dosłownie wewnątrz – to możemy być w samym środku misterium: przez wiarę.

Misterium jednak to nie zagadka, to nie rebus do rozwiązania. To nie coś, co możemy zmierzyć, zważyć i o garnąć rozumem. Nie my mamy coś ogarniać, ale to nas ma ogarnąć misterium, to nas ma przeniknąć i przemienić ta boska tajemnica.  Dopóki wszystko wiemy, wszystko rozumiemy i nie mamy żadnych wątpliwości czy znaków zapytania, nie jest to jeszcze wiara. Może jest to akceptacja pewnych prawd wiary, może wewnętrzne przyzwolenie i zgoda na to, że takie sprawy po prostu istnieją. Ale to jeszcze nie to.

Podobno najdłuższa droga na świecie liczy sobie około czterdziestu centymetrów długości. To odległość z głowy,  z rozumu, do serca.  To odległość między „wiem”, a „doświadczam”, między „w tym wyrosłem”, a „to wybieram”. Świadomie, żarliwie, na zawsze, a nie od niechcenia, a nie dopóki mi się nie odwidzi. Między „spełniam powinność”, a „mam głęboką relację”.

RELACJA to moim zdaniem klucz do wejścia w te dni Wielkiego Tygodnia, mojego ulubionego tygodnia w roku. Drugi raz tak nietypowego, bo przeżywanego w czasie pandemii.

Rok temu, jadąc z mojej miejscowości do położonego nieopodal dużego miasta, miałam serce w gardle. Już na miejscu, na każdym większym skrzyżowaniu słyszałam ten sam, powtarzany do znudzenia, płynący z głośników ustawionych na policyjnych samochodach, komunikat: zostań w domu! Umówiona byłam wtedy z kierownikiem duchowym na spowiedź i rozmowę. Przeżyłam ją bardzo mocno. Wracając, nie czułam już lęku, który mi wcześniej towarzyszył.

W poprzednie święta przede wszystkim chciałam, by to wszystko, co związane z covidem, jak najszybciej się skończyło, rozpłynęło jak zły sen. Myślami byłam w przyszłości – normalnej, czyli takiej jak przed pandemią. Cieszyłam się oczywiście z tego, że jesteśmy razem, że w tak maleńkim gronie (siedmioosobowym) celebrujemy Paschę, ale żyłam wyobrażeniami o tym, co stanie się, jak myślałam, już za chwilę, gdy skończą się te wszystkie mrożące krew w żyłach doniesienia medialne, gdy przestaną obowiązywać te wszystkie krępujące ruchy obostrzenia (najbardziej przykre okazały się dla mnie te dotyczące zakazu wstępu do lasów…).

W tym roku jednak inaczej podchodzę do tego świętego czasu. Jestem TU i TERAZ. Bez wybiegania w przyszłość, bez rozpamiętywania czy wywlekania przeszłości.

Wierzę, że Boży Baranek jest ze mną. W pandemii, w chorobie, w trudnościach zawodowych czy finansowych. Jest tutaj. Tak przeżywam ten Wielki Tydzień. Nie boję się tego, że nie wiem, co dalej. Nie boję się tego, że nawet nie umiem sobie wyobrazić tego, co dalej.

Jestem uratowana.

Dzięki Jego krwi.

Dla mnie to coś tak oczywistego, jak to, że oddycham.

To nie znaczy, że nic mnie nie boli.

To nie znaczy, że nie przeżywam trudności i zmęczenia.

To nie znaczy, że nie wiem, czym jest przewlekły stres.

Ale wiem, że nie jestem w tym sama.

I wiem, że ostatecznie – cokolwiek by się nie działo – jestem w Nim bezpieczna.

On jest.

Jest ze mną.

I z Tobą.

Stoję na progu i już nie mogę się doczekać.

***

„I ujrzałem potężnego anioła, obwieszczającego głosem donośnym:
«Kto godzien jest otworzyć księgę i złamać jej pieczęcie?»
A nie mógł nikt –
na niebie ani na ziemi, ani pod ziemią –
otworzyć księgi ani na nią patrzeć.
A ja bardzo płakałem,
że nikt nie znalazł się godzien, by księgę otworzyć ani na nią patrzeć.
 I mówi do mnie jeden ze Starców:
«Przestań płakać:
Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy,
Odrośl Dawida,
tak że otworzy księgę i siedem jej pieczęci».
 I ujrzałem między tronem z czworgiem Zwierząt
a kręgiem Starców
stojącego Baranka jakby zabitego,
a miał siedem rogów i siedmioro oczu,
którymi jest siedem Duchów Boga wysłanych na całą ziemię.
On poszedł,
i z prawicy Zasiadającego na tronie wziął księgę.
A kiedy wziął księgę,
czworo Zwierząt i dwudziestu czterech Starców upadło przed Barankiem,
każdy mając harfę i złote czasze pełne kadzideł,
którymi są modlitwy świętych.
I taką nową pieśń śpiewają:
«Godzien jesteś wziąć księgę i jej pieczęcie otworzyć,
bo zostałeś zabity
i nabyłeś Bogu krwią twoją [ludzi] z każdego pokolenia, języka, ludu i narodu,
 i uczyniłeś ich Bogu naszemu królestwem i kapłanami,
a będą królować na ziemi».
 I ujrzałem,
i usłyszałem głos wielu aniołów
dokoła tronu i Zwierząt, i Starców,
a liczba ich była miriady miriad i tysiące tysięcy,
mówiących głosem donośnym:
«Baranek zabity jest godzien
wziąć potęgę i bogactwo, i mądrość, i moc, i cześć, i chwałę, i błogosławieństwo».
A wszelkie stworzenie, które jest w niebie
i na ziemi, i pod ziemią, i na morzu,
i wszystko, co w nich przebywa,
usłyszałem, jak mówiło:
«Zasiadającemu na tronie
i Barankowi
błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc, na wieki wieków!»
 A czworo Zwierząt mówiło: «Amen».
Starcy zaś upadli i oddali pokłon.” (Ap 5, 2-14)

 

Coś się kończy

Tagi

, , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wróciłam właśnie z pogrzebu wujka. Jego odejście to dla nas wielka strata. Nie tylko dla rodziny. Ci, którzy przemawiali na pogrzebie, pozwolili nam usłyszeć, jak wiele dobra dokonało się dzięki niemu. Byli tam współpracownicy z uniwersytetu, koledzy, przyjaciele i my – rodzina. Zanim dołączyłam do żałobników, przeszłam w ciszy alejką w zabytkowej części cmentarza. Tam natrafiłam na nagrobek, który mnie zafrapował. „Kto żyje z wiarą w Boga i Jego miłość, żyć będzie wiecznie”, głosił dziewiętnastowieczny napis wyryty w jasnym piaskowcu.

Pomyślałam o tym, jak wiele rzeczy w ostatnim czasie się kończy w moim życiu (i życiu bliskich mi osób – znajomych, przyjaciół, rodziny). Zawodowo, relacyjnie, zdrowotnie. Coś w nas umiera. Kończy się powoli Wielki Post, ale jego końcówka obfituje w trudne wieści. Przeżywając ten czas, wzięłam sobie mocno do serca zdanie z parafialnego kościoła (z baneru umieszczonego w prezbiterium) – „Pragnę, abyś był ze mną”.

Myślę, że ono jest prawdziwe w „obie strony”: ja pragnę, by Jezus był ze mną – w tych wszystkich doświadczeniach, ale i On pragnie, bym była blisko, by nie odciągały mnie od Niego moje troski, a nawet przeciwnie – by one mnie do Niego przybliżały.

Żyć z wiarą w Bożą miłość – to wyciągam dla siebie z tego dnia!

***

„Lecz Ty, Panie, mój Panie,
ujmij się za mną przez wzgląd na Twoje imię;
wybaw mnie, bo łaskawa jest Twoja dobroć.
Bo jestem nędzny i nieszczęśliwy,
a serce jest we mnie zranione.

Dopomóż mi, Panie, mój Boże;
ocal mnie w swej łaskawości.” (Ps 109, 21-22.26)

Próba

Tagi

, , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Dopiero co rozmawialiśmy na stypie starszego wujka. Zamyślony, przysłuchiwał się rozmowie, uśmiechał delikatnie. Na koniec podszedł się pożegnać, podziękował, że przyjechałam z tak daleka.  Wspominaliśmy czasy, gdy bawiłam się z jego synami. Poznał mnie, mimo maseczki. Mówił miłe słowa – jedno z nich bardzo mnie ujęło.

A teraz dowiaduję się , że zmarł. Niespodziewanie.

Dlaczego myślałam, że jeszcze zdążymy się zobaczyć? Dlaczego myślałam, że jeszcze będzie okazja, by porozmawiać przy stole(niekoniecznie na kolejnej stypie, ale po prostu w domu, przy stole)? Dlaczego zakładałam, że znów się spotkamy, tym razem całą rodziną?

Zaskoczyło mnie jego odejście. Nie mogę się z tym pogodzić. Wiadomość o jego śmierci spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Najpierw traktowałam ją jak pomyłkę. Potem byłam  poirytowana, nie potrafiąc się pogodzić z tym, że jest ona faktem. Po drodze pojawiło się niedowierzanie (jak to w ogóle możliwe?), a na koniec smutek i żal, że już go nie uściskam, że już z nim nie porozmawiam…

Latem zmarł jeden wujek, teraz – pod koniec zimy – drugi.  Między jednym a drugim pogrzebem żegnaliśmy znajomego księdza i rodziców mojej koleżanki.  Przed chwilą, podczas lekcji online jednego z synów, pani wspomniała, że zmarła dziś jej koleżanka, również nauczycielka, młoda kobieta. Kolejna osoba.

Ale…

Śmierć nie ma ostatniego słowa. To tylko złudzenie, że ona wszystko kończy. Zakrywa całunem, zamyka oczy. To tylko tutaj, z tej perspektywy, wydaje się, że to już koniec. Jednak za horyzontem czekają na nas nasi zmarli. Cali w świetle, bez chorób, łez i bólu.

Jeszcze tego nie widzimy. Jeszcze nie możemy tego zobaczyć. Nadzieja stroi już swoje instrumenty, zaczyna cicho nucić. W końcu wybuchnie głośnym śpiewem, w końcu zabrzmi „Alleluja” rozpisane na orkiestrę.

Tak jak w filharmonii przed koncertem każdy z muzyków ćwiczy swoją partię, dostraja instrument, co daje wrażenie zamieszania i kakofonii, tak teraz, gdy patrzymy na to, co się dzieje, możemy doświadczać zamieszania, chaosu, zaniepokojenia czy zagubienia. Jednak próba trwa, a harmonia w końcu się pojawi.

Zza kurtyny dochodzą nas spokojne słowa dyrygenta. Jeszcze nic nie widzimy (albo bardzo niejasno, jak w zwierciadle), ale już słyszymy niektóre dźwięki. Czy to motyw z „Mesjasza” Haendla? A może to jednak Bach? Beethoven? Mozart? Co to za anielskie głosy?

Nasz smutek miesza się z tymi wielkimi przygotowaniami. Żałoba spotyka się z pąkami kwiatów na gałęziach i zaczyna pachnieć budzącą się do życia ziemią. Łzy wsiąkają w świeżą, jasnozieloną trawę. Ból nie ustępuje na razie, ale nie jesteśmy w nim pozostawieni sami sobie. Ta Jego niewidzialna obecność daje nam siłę. Jeszcze tylko trochę, jeszcze kilka kroków. Kto wytrwa do końca…

***

„Synu, wylewaj łzy nad zmarłym
i jako bardzo cierpiący zacznij lament,
według tego, co mu przystoi, pochowaj ciało
i nie lekceważ jego pogrzebu!

«Pamiętaj o moim losie, który będzie też twoim:
mnie wczoraj, tobie dzisiaj».” (Syr 38, 16.22)

„Dlatego się cieszy moje serce, dusza się raduje,
a ciało moje będzie spoczywać z ufnością,
bo nie pozostawisz mojej duszy w Szeolu
i nie dozwolisz, by wierny Tobie zaznał grobu.” (Ps 16, 9)

Między nami

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Pomóżcie mi, pomóżcie!” – wołam przejęta, gdy na ekranie pojawia się komunikat w języku angielskim, wzywający mnie do potwierdzenia, że nie jestem robotem. Osoby siedzące najbliżej mnie pochylają się nad laptopem. Wspólnie odnajdujemy hydranty, łodzie, sygnalizację świetlną.  Tyle prób i ciągle ten sam „wyskakujący” komunikat. „Jestem jednak cyborgiem”, oświadczam z udawanym smutkiem, a wszyscy wokół wybuchają śmiechem.  Tylko jedna osoba przygląda mi się badawczo. A to dlatego, że jesteśmy na kursie online i każdy nasz najmniejszy nawet grymas twarzy widzą uczestnicy (a co dopiero te salwy śmiechu!). Stropiona, próbuję się jeszcze raz połączyć na zoomie. Tym razem nie mam dostępu do Internetu. Ci, którzy siedzą po drugiej stronie stołu mają. Szkoda, że nie wystarczy przerzucić wiaderka z netem. Najwidoczniej jednak gdzieś się net zapodział, nie szukam więc wiaderka. Biegnę szybciej niż wiadomość na WhatsAppie do pokoju „reżysera”, by dać znać.

Żadne wyzwania techniczne, sprzętowe, organizacyjne czy relacyjne nie zatrzymały w czasie tego weekendu Bożego Słowa. Pobiegło do Danii, Szwecji, a w naszym kraju na Pomorze, do Wielkopolski i w Kujawsko-Pomorskie. Do szpitala, do piwnicznego pomieszczenia gospodarczego, do firmy specjalizującej się w projektowaniu budynków, do prywatnych domów i tymczasowo wynajętych mieszkań.

Momentami mieliśmy wrażenie, że znikają ekrany, a właściwie bariera, jaką one stwarzają, bo jesteśmy razem, tak blisko sercem, mimo odległości, mimo formy tych rekolekcji – online.

I coś pięknego: realna obecność Jezusa w Najświętszym Sakramencie – podczas adoracji, podczas Mszy Świętej odprawianej w ramach kursu Nowe Życie. Uczestnicy widzą ołtarz i kapłana, my – choć jesteśmy tak blisko niego – kable, sprzęt, statywy od kamer i inne cuda. A wśród tego wszystkiego – białą Hostię unoszoną nad naszymi głowami – Ciało Chrystusa.

Być blisko – Boga i siebie nawzajem, mimo pandemii, mimo ograniczeń. Móc w obiadowej przerwie pójść za rękę z mężem na długi, trzy i pół kilometrowy spacer. Bezcenne.

Móc poszybować jak orzeł, którego siły odnawiasz (por. Ps 103, 5).

Dzięki Ci, Panie, za to doświadczenie. Za świadectwa uczestników, za to też jak w nas, ekipie prowadzącej, działałeś. Za to, że jesteś taki sam i TEN SAM, niezależnie od tego, czy pracujemy online czy stacjonarnie, czy możemy dotknąć tych, którym niesiemy Ewangelię, czy tylko zobaczyć się przez ekran. Ty jesteś. Ty działasz. Ty żyjesz.

Jesteś między nami.

***

„Błogosław, duszo moja, Pana,
i całe moje wnętrze – święte imię Jego!
Błogosław, duszo moja, Pana,
i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy,
On leczy wszystkie twe niemoce,
On życie twoje wybawia od zguby,
On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,
On twoje dni nasyca dobrami:
odnawia się młodość twoja jak orła.” (Ps 103, 1-5)

Podróż

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę komunikację publiczną – już nie pamiętam, kiedy ostatnio z niej korzystałam. Naprzeciwko mnie siedzi mężczyzna w czapce z daszkiem z napisem, którego tu nie zacytuję (to zwrot powszechnie uznawany za wulgarny, zapisany po angielsku).  Jest to właściwie to samo słowo, które stało się w ostatnich miesiącach tak popularne, że czasem trudno znaleźć miejsce, gdzie by się ono nie pojawiało (jest nawet wymalowane na murach niektórych kościołów), tyle że tu zapisane jest nie po polsku.

Mam ochotę go zagadnąć, bo może to tylko taki styl, moda z tą czapką? Może wcale nie to miał na myśli wciskając ją na czoło?  Ale resztki instynktu samozachowawczego mnie powstrzymują – przecież właśnie ogłosił tym napisem, żeby go zostawić w spokoju, prawda? Jednak korci mnie bardzo, by rozpocząć z nim pogawędkę. Mężczyzna, jakby czytał w moich myślach, zsuwa maseczkę z ust i zapada w drzemkę. Na kolejnym przystanku dwie starsze kobiety siadają za mną i dyskutują o filmie obejrzanym poprzedniego dnia w telewizji. „Widziałaś ten o Faustynie? No właśnie, popatrz, i to poszło do Wojtyły, a on potem papieżem został, kto by pomyślał?”

Łapię  się na tym, że wcale mnie nie korci, by przerywać paniom ich wymianę wrażeń i je zagadywać. Patrzę za to na czarną czapkę i myślę o moich nastoletnich synach. Żaden z nich oczywiście nie nosi takiej bejsbolówki, ale skąd wiadomo, czy któryś nie będzie miał ochoty  wykrzyczeć  za kilka, kilkanaście lat całemu światu nie tylko to jedno słowo czy zdanie, ale może od razu całą wiązankę?

Patrzę podczas tej podróży przez okno (najpierw autobusu, potem tramwaju) na budzącą się do życia przyrodę i tak bardzo chcę, by – jak wiosenna zieleń – wszystko było świeże, czyste, nowe, bez skazy. Ale taki świat nie istnieje (przynajmniej tu, na ziemi). Z konieczności trzeba się pogodzić z tym, że to, w czym żyjemy, bardziej przypomina krajobraz na przednówku niż krystalicznie czysty dźwięk, przeszywający powietrze o poranku (który to ptak tak pięknie śpiewa? U nas o poranku ostatnio jakiś raczej skrzeczy; )

Tak, potrzeba dużo pogody ducha, by pogodzić się z niedoskonałością, która raz po raz daje o sobie znać. Nie tylko w innych, ale i w sobie ;)

Nie chodzi o to, by wszystko lśniło zimnym perfekcjonizmem, ale by czasem ubrudzić sobie ręce pochylając się nad drugim człowiekiem (dosłownie i w przenośni), także nad tym małym ; )

***

 

„Boże przodków i Panie miłosierdzia,
któryś wszystko uczynił swoim słowem
i w Mądrości swojej stworzyłeś człowieka,
by panował nad stworzeniami, co przez Ciebie się stały,
by władał światem w świętości i sprawiedliwości
i w prawości serca sądy sprawował –
dajże mi Mądrość, co dzieli tron z Tobą,
i nie wyłączaj mnie z liczby swych dzieci!
Bom sługa Twój, syn Twojej służebnicy,
człowiek niemocny i krótkowieczny,
zbyt słaby, by pojąć sprawiedliwość i prawa.

Choćby zresztą był ktoś doskonały między ludźmi,
jeśli mu braknie mądrości od Ciebie – za nic będzie poczytany .” (Mdr 9, 1-6)

Zazieleni się pustynia

Tagi

, , ,

Fol. Danusia Kamińska

Wczoraj na spotkaniu modlitewnym online naszej wspólnoty śpiewaliśmy pieśń, która mnie bardzo poruszyła wewnętrznie. Mam na myśli dokładnie jej krótki fragment o usychających winnicach.

„Tam, gdzie usychają piękne winnice”. Pomyślałam o Kościele. Nie tylko o naszej wspólnocie, która również uszczupliła się  nieco w ostatnim czasie, choć trwa nadal,  i która również – jak pewnie wszystkie inne wspólnoty – odczuwa skutki  pandemii, niepokojów społecznych, niepewności. Jednak nie pozostałam tylko przy niej – myślami pobiegłam do dużo, dużo większej wspólnoty, mocno obolałej: do naszego wspólnego Kościoła, do winnicy Pana. Ona w pewnych obszarach usycha. Są miejsca, w których nie ma już życia, gdzie są pęknięcia, gdzie jest cierpienie i rozdarcie…

Pewnie, są też ukryte źródła, które Pan może otworzyć, jak w tej przywołanej wczoraj pieśni. Mocno w to wierzę. Są jednak też obszary, które napełniają mnie bólem i smutkiem.

Nie zgadzam się z tymi, którzy wzruszając ramionami, mówią: gdzie indziej jest gorzej. Mnie interesuje to, jak jest tu – marna pociecha, że poza Kościołem jest gorzej. Poza tym – w jakim sensie gorzej? Statystycznym? Że jest w środowiskach innych niż kościelne więcej przypadków molestowania nieletnich, czy że jest więcej przypadków ukrywania tych patologicznych zachowań? A może w przeliczeniu na jednego mieszkańca? Jaki to ma sens? Nie interesują mnie liczby – interesuję mnie człowiek.

Podobno Bóg umie liczyć tylko do jednego. Gdy patrzy na tłum, widzi jednego Adama, jedną Ewę, jedną Marię, jednego Jana – każdego osobno. To tylko pewien obraz – przenośnia, którą słyszałam podczas jakiegoś kazania. Bardzo mi się to jednak spodobało. Tylko Bóg to potrafi: patrzeć na miliardy ludzi na ziemi i widzieć wciąż pojedynczego człowieka. Nie szarą, bezkształtną masę , kłębiącą się na kuli ziemskiej.

Nie.

Widzi mnie, widzi ciebie. Widzi nasze wnętrze.

Widzi kwitnące w nas przestrzenie i te, które zamieniły się w pustynie albo gołoborza.

***

U nas dziś termometry w cieniu pokazują plus siedemnaście stopni. Niedawno było minus naście! Duży przeskok.

Mimo całego błota w Kościele, łez, hipokryzji – wierzę w wiosnę Kościoła.

Wierzę, że skoro w przyrodzie możliwe są tak zaskakujące zmiany, jak choćby te dokonujące się na naszych oczach właśnie (przejście zimy w wiosnę), to tym bardziej może to mieć miejsce w ludzkim sercu: to, co zamrożone, ściśnięte, może odtajać  i zakwitnąć.

Pustynia może się zazielenić.

***

Znów jest więcej zachorowań, znów mają wrócić bardziej restrykcyjne obostrzenia.

Nie napełnia mnie to lękiem.

Już rok prawie to wszystko trwa. I nie wiadomo jak jeszcze długo.

Mimo wszystko jestem spokojna.

Wiem, że jedno jest niezmienne: jestem źrenicą Jego oka (por. Za 2, 12).

Ty też : )

***

„Wtedy pustynia stanie się sadem,
a sad za las uważany będzie.
Na pustyni osiądzie prawo,
a sprawiedliwość zamieszka w sadzie.
Dziełem sprawiedliwości będzie pokój,
a owocem prawa – wieczyste bezpieczeństwo.
Lud mój mieszkać będzie w stolicy pokoju,
w mieszkaniach bezpiecznych,
w zacisznych miejscach wypoczynku,
choćby las został powalony,
a miasto było bardzo poniżone.
Szczęśliwi! Wy siać będziecie nad każdą wodą,
puszczając wolno woły i osły.”(Iz 32, 15b-20)

Roztopić lód

Tagi

, , , , ,

Fot: Danuta Kamińska

Gdy piszę te słowa, prognoza pogody podpowiada właśnie, że za chwilę te wszystkie lodowe i śnieżne konstrukcje rozpuszczą się w promieniach słońca, że pojawią się zaskakująco wysokie dodatnie temperatury.

Zmiany, w które trudno uwierzyć, dokonują się na naszych oczach. Nie mam na myśli jedynie zimowej aury, która za kilka dni ma być już wiosenną. Myślę raczej o tym, że podobnie jak odczuwając dojmujące zimno, łatwo jest uwierzyć, że siarczysty mróz będzie trwał już zawsze, tak  – doświadczając chłodu w sercu, w relacjach, mrozu w życiu – łatwo niestety uwierzyć, że tak pozostanie już na zawsze. A przecież nie musi to być prawdą. Słońce w końcu zaświeci i roztopi ten lód… Zmiany się dokonają. Jeśli tylko uwierzymy, że są możliwe!

Czytam piękną książkę, której bohaterem jest  współczesny Zacheusz – człowiek szukający Boga, czyli najprawdopodobniej także ja i Ty. Jej język nie jest tak łatwy i prosty, by „połknąć” ją w jeden dzień, ale dzięki temu można ją smakować po troszeczku – znacznie dłużej. Na jej stronach odkrywam wiele z moich własnych myśli – z czasów dzieciństwa, wczesnej młodości  i z całkiem nieodległych czasów moich studiów podyplomowych – myśli, które zrodziły się we mnie podczas  zderzenia – a właściwie bardziej spotkania – z osobami określającymi siebie jako niewierzący.

Jedni mówili mi wprost, że chcieliby wierzyć, ale nie potrafią, inni nie byli zainteresowani tematem Boga, który według nich po prostu nie istniał, jeszcze inni zmagali się z trudnymi doświadczeniami życiowymi, na skutek których ich kruchy obraz Boga runął z trzaskiem, pozostawiając w sercu ranę, a w głowie pustkę.

Niektórzy z nich jednak odkrywali Go na nowo. Poprzez żmudne i bolesne poszukiwania dochodzili w końcu do światła. Inni opowiadali mi o swoich wątpliwościach i pozostawali otwarci, nie negując mojego doświadczenie ani własnych poszukiwań. Spotykaliśmy się na moście zwanym wzajemne słuchanie.

Mosty są ważne nie tylko w architekturze, budownictwie i komunikacji. Łuk, jaki kładziemy na obłoki, by zobaczyć tego drugiego, innego od nas – podobnie jak w biblijnej historii – sprawia, że jesteśmy bliżej siebie nawzajem, że wchodzimy w rodzaj przymierza, jesteśmy jedni za drugich odpowiedzialni…

Tak jak lód może się roztopić, a w jego miejscu mogą zakwitnąć wiosenne kwiaty,  tak lód w sercu może się rozpuścić i w jego miejscu może pojawić się czułość, o której dużo mówi ostatnio papież.

Czułość wobec tych, którzy są wokół.

Nie tylko tych, którzy myślą i żyją tak samo jak my.

***

„Po czym Bóg dodał: «A to jest znak przymierza, które ja zawieram z wami i każdą istotą żywą, jaka jest z wami, na wieczne czasy: Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią. A gdy rozciągnę obłoki nad ziemią i gdy ukaże się ten łuk na obłokach, wtedy wspomnę na moje przymierze, które zawarłem z wami i z wszelką istotą żywą, z każdym człowiekiem; i nie będzie już nigdy wód potopu na zniszczenie żadnego jestestwa. Gdy zatem będzie ten łuk na obłokach, patrząc na niego, wspomnę na przymierze wieczne między mną a wszelką istotą żyjącą w każdym ciele, które jest na ziemi».
Rzekł Bóg do Noego: «To jest znak przymierza, które zawarłem między Mną a wszystkimi istotami, jakie są na ziemi». (Rz 9, 12-17)

Mrozy i śniegi błogosławcie Pana!

Tagi

, , , ,

Jadę bardzo powoli. Nawierzchnia jest oblodzona i pokrytą grubą warstwą śniegu.  Nie docierają tu pługi śnieżne i piaskarki.  Widzę we wstecznym lusterku, że samochód za nami „tańczy” na zakręcie. Na szczęście kierowcy udaje się odzyskać panowanie nad pojazdem, choć auto obróciło się niebezpiecznie wokół swej osi. W takich warunkach ostrożności nigdy nie za wiele.  

To przypomina mi inną sytuację, w której nadal wszyscy pozostajemy. Tak jak na oblodzonej drodze panika nikomu nie pomoże, tak podczas pandemii potrzebna jest rozwaga i spokój. Tak jak w trudnych warunkach atmosferycznych lekkomyślność i brawura grozi jeszcze większymi konsekwencjami niż zazwyczaj, tak w tym czasie niepewności warto zwolnić i z większym namysłem podejmować wszelkie działania.

 I jeszcze jedno podobieństwo: nadal jest pięknie!

Słońce wychodzi zza chmur i śnieg skrzy się w jego promieniach. Czas spędzony z córeczką, której przedszkole zostało zamknięte z powodu covidu, również skrzy się – dziecięcym humorem.  Wypełniony jest wspólnymi zajęciami, rozmowami, pracami plastycznymi. Obie zakładamy fartuszki i dobrze bawimy się w kuchni. Bezcenny czas. Również podczas zarazy można znaleźć okruchy dobra, odblaski piękna. Boga wśród nas. W codzienności.

***

„Wszystkie wichry niebieskie, błogosławcie Pana,
chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! 

Rosy i szrony, błogosławcie Pana,
chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!
Mrozy i zima, błogosławcie Pana,
chwalcie i wywyższajcie Go na wieki!
Lody i śniegi, błogosławcie Pana,
chwalcie i wywyższajcie Go na wieki! ”

 (Dn 3, 65.68-70)

Walka postu z karnawałem?

Tagi

, , , ,

Fot: Danuta Kamińska

Jakie te zdjęcia w aplikacji kwarantannianej brzydkie wychodzą – mówi mój znajomy. Nie mogę się z nim nie zgodzić. „Pewnie po to, byśmy pamiętali, że jesteśmy chorzy” – kwituję żartem. Nie ważne – plus czy minus, zdrowy pacjent nie jest, skoro ma obowiązek wysyłać swoje zdjęcie na zawołanie. Mnie już drugi raz się zdarzyło otrzymać ujemny wynik covidowych badań, ale oczywiście bardzo się z tego cieszę i żadne niedogodności związane z zadaniami przesyłanymi w aplikacji Kwarantanna Domowa tego nie zmienią ; )

Znów biało za oknem. Cieszę się, że wraz z negatywnym wynikiem kończy mi się zakaz opuszczania domu. Mam już  w głowie plan, gdzie w najbliższym czasie się udam, gdy tylko lepiej się poczuję. Bo minus w wyniku testu nie oznacza, że grypopodobne objawy nagle znikają ; ), choć z gratulacji bliskich tak to by wynikało: O, to już jesteś zdrowy(zdrowa)!

Najmłodsze pociechy są ze mną w domu od kilku dni i jeszcze kilka w nim pozostaną. Na szczęście bardzo dobrze się bawią (momentami nawet aż za dobrze, jak wczoraj, gdy miały pomalowane farbkami nie tylko kartki, rączki i ciuszki, ale nawet włosy!). W przerwach między pracami plastycznymi przebierają się za różne postaci baśniowe (i nie tylko), tańczą, śpiewają – są samozabawne jednym słowem. Same organizują sobie bal – od dekoracji, przez menu, po muzykę (schowaliśmy tamburyn po jednym z „koncertów”, ale ćsiii… ; )

Dziwny ten tegoroczny karnawał: rodzinnie uraczyliśmy się pączkami, pospotykaliśmy się ze znajomymi i rodziną, poświętowaliśmy (okazji mamy w tym czasie sporo), ale na bal się nie zanosi.  W zeszłym roku grypa nam pokrzyżowała plany oraz moja sesja na studiach, a w tym, nawet gdybyśmy chcieli iść na bal, to nie ma gdzie – chyba, że domowym sposobem przygotowany, jak instruują nas pociechy : )

W każdym razie zostało nam jeszcze kilka dni (kilkanaście dokładnie) karnawału. Każdy czas ma swoje prawa i swój sens. Na myśl przychodzi mi od razu malowidło z 1559 roku, zatytułowane „Walka karnawału z postem”, pędzla Pietera Bruegla Starszego. I zabawa, i post, i praca, i odpoczynek – wszystko jest ważne w naszym życiu. Nie warto okrajać go do czarno-białych schematów. Zintegrowanie w sobie tych wszystkich aspektów daje nam pełnię i smak życia.

Jezus był określany przez nieprzychylne Mu osoby jako żarłok i pijak (por. Mt 11, 19), nie stronił od przyjęć i uczt, wesel, o czym dokładnie informują nas Ewangeliści, a jednocześnie wycierpiał tak wiele! W Jego ziemskim życiu było wszystko: i radość, i łzy, i czas przy stole z przyjaciółmi, i czas spędzony w drodze, bez możliwości „złożenia gdzieś głowy” (por. Łk 9, 58). Tłumy i rozmowy na boku, bardzo intymne, osobiste spotkania. Chwała wjazdu do Jerozolimy i gorzki smak zdrady przez bliskich, ból zaparcia się przyjaźni z Nim… Poranek wielkanocny i mrok Golgoty. Trzydzieści lat ukrytego życia i około trzy lata działalności publicznej. Cisza nocnych czuwań i gwar ulicy. Cuda i zwykłe, nieróżniące się niczym od siebie dni.

Jak ważne, by to dostrzec, by nie wybierać sobie tylko części z tych doświadczeń, jak co lepszych kąsków w sałatce warzywnej (lub owocowej).

***

Wszystko ma swój czas,
i jest wyznaczona godzina
na wszystkie sprawy pod niebem.

Jest czas rodzenia i czas umierania,
czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono,

(…) czas płaczu i czas śmiechu,
czas zawodzenia i czas pląsów.

Powiedziałem sobie:
Zarówno sprawiedliwego jak i bezbożnego
będzie sądził Bóg:
na każdą bowiem sprawę i na każdy czyn
jest czas wyznaczony.”

(Koh 3, 1-2.4.17)

Przejdź do paska narzędzi