To nie koniec

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Jonasz Kamiński

Biorę udział, wraz z dziećmi, w Misterium Męki Pańskiej. Córeczka ma w ręku wierzbową gałązkę, na sobie strój mający odsyłać myśli do czasów biblijnych i z wielkim zapałem woła: „Hosanna!”.
Pada grad, za chwilę świeci słońce, znów zachodzi i pada deszcz. Wieje lodowaty wiatr, opatulam się szczelniej.
Idę wraz z tłumami, śpiewam „Gorzkie żale” i co jakiś czas zerkam, czy moje dzieci są w zasięgu wzroku.
W pewnym momencie przystaję wzruszona, wisząc jak jeden z moich synów niesie na barana swoją młodszą siostrę.
Idziemy dalej, skupieni, oglądając kolejne sceny, uczestnicząc też w nich w dużej mierze.
Gdy rozbrzmiewa chóralne „Rex”, podchodzę do jednego z aktorów i pytam cicho, czy to koniec. Przytakuje.

Mnie jednak to zupełnie nie pasuje. Czekam na ostatni akt: zmartwychwstanie i pusty grób. Oczywiście do Wielkiej Nocy jeszcze trochę brakuje, ale przecież ta historia się w ten sposób nie kończy.
Mimo zimna, mam ochotę zostać i doczekać do tego poranka, w którym rozlegnie się „Alleluja”.
Zamiast tego jednak zabieram dzieci do samochodu i jadę z nimi do domu naszych przyjaciół, w którym czeka na nas gorącą herbata i pyszna szarlotka.
Jestem w pracy i patrzę w ekran na równe rzędy liter. Już niedługo wyjdę, ale mam ochotę jeszcze chwilę zostać, by zebrać myśli. Tyle pięknych życzeń dziś usłyszałam, tyle uścisków i uśmiechów wymieniliśmy.
Wchodzę w Triduum z głębokim przekonaniem, że grób jest pusty, ale nasze serca pełne – pełne Jego miłości.
Skoro On żyje – wszystko jest możliwe.

Dar

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Czytam List do Rzymian. To nasza wspólna forma ćwiczeń duchowych we wspólnocie. Otrzymaliśmy zeszyty z motywem serca na okładce, a wewnątrz z zadaniami i miejscem na notatki. Rozważamy, kawałek po kawałku, niewielkie fragmenty tego świętego tekstu.
Jesienią inną księgą się zajmowaliśmy, teraz przyszedł czas na opowieść o wierze i łasce, jak prywatnie nazywam to dzieło Apostoła Narodów.

Tym, co mnie bardzo porusza (dzięki Bogu, że nadal, bo to słowo św. Pawła znam niemal w całości na pamięć: niektórych fragmentów uczyłam się jeszcze jako dziecko, innych już jako osoba dorosła) jest usprawiedliwienie, będące darem Boga. Nie przestaje mnie ono zachwycać.

Myślę, że gdyby współcześnie św. Paweł opublikował swój List do Rzymian (a przynajmniej niektóre jego rozdziały) w jakimś katolickim czasopiśmie lub we fragmentach jako wpis na bloga na jakimś katolickim portalu – podniósłby się na niego krzyk oburzenia i rzucane byłyby w stosunku do jego osoby poważne oskarżenia – o protestantyzację Kościoła katolickiego, o niezrozumienie istoty zapracowywania na zbawienie (termin samozbawienia, z przyczyn oczywistych, nie mogłoby się w tych, pełnych oburzenia, komentarzach pojawić).
Życie pod Prawem jest według Pawła czymś przeciwnym życiu łaską wiary. Wydaje mi się więc, że do dziś jego słowa mogą niektórych gorszyć albo prowadzić do nieporozumień.

To tylko potwierdza, że słowo Boże jest żywe.
Oczywiście, trzeba je czytać w całości, a nie wyrywać z kontekstu („Tekst poza kontekstem staje się pretekstem”) lub przeciwstawiać sobie jeden jego fragment drugiemu, jak wielu do dziś czyni z nauczaniem św. Jakuba (o uczynkach płynących z wiary oraz o wierze, która jest bez nich po prostu martwa) i nauczaniem św. Pawła (o zbawieniu z wiary, nie z uczynków, „by się nikt nie chlubił”).
Pomijając kwestię, że te dwa sposoby wyrażania tej samej prawdy absolutnie się nie wykluczają, ale wzajemnie uzupełniają i oświetlają, takie zestawienie natchnionego tekstu w celu zdyskredytowania jednego kosztem drugiego przypomina mi trochę praktykę współczesną przeciwstawiania sobie nauczania na przykład dwóch papieży: jednego, nazywanego nie do końca prawidłowo „naszym”, i drugiego, nazywanego (… może nie przytoczę, bo się nie godzi, w każdym razie tego, który niedawno obchodził jedenastolecie wyboru na stolicę Piotrową).

A to wszystko z powodu braku zrozumienia prawdy, która jest dla nas (lub dla wielu z nas) tak bardzo niewygodna: że Bóg działa inaczej niż my. Jego myśli nie są naszymi ani Jego drogi nie są takie jak nasze.
Co jakiś czas więc warto pozwolić, by Jego Duch zburzył w nas fałszywe obrazy i fałszywe przekonania, by pokazał nam, do czego się nadmiernie przywiązaliśmy, także w kwestii naszych przekonań.
Absolutnie nie mam na myśli zmiany Magisterium ani odwoływania tego, co jest podstawą naszej wiary – wprost przeciwnie. Mam na myśli to wszystko, co przez lata (w przypadku pojedynczego człowieka), ale i przez całe wieki (w przypadku całych pokoleń wierzących, kultywowanych tradycji w różnych częściach świata, w różnych wspólnotach zakonnych, ale też wspólnotach parafialnych oraz różnych postaw świeckich) przywarło do nas, a z Ewangelią nie ma wiele wspólnego.

Temu służy, w moim przekonaniu, Wielki Post: by rozedrzeć szaty serca, a nie ciuchy na sobie, by odmówić sobie prawa do bycia nieomylnym i osądzania innych, a nie tylko odmówić sobie… słodyczy, by posypać milczeniem nasz hejt, a nie tylko głowę popiołem. By pozwolić na operację na żywym organizmie naszej wiary.

Nikt tego nie lubi, ale każdy potrzebuje – zmiany. Z tej prostej przyczyny, że wzrastanie w wierze jest rzeczywistością dynamiczną. Przypomina rwącą rzekę lub naukę pływania, jak w wizji Ezechiela – wzbierający strumień, w który wchodzimy, od wody po kostki, po wodę, w której zanurzamy się cali. Nie jest jak stęchła sadzawka, w której woda stoi. Jest piciem źródlanej wody, która jest wciąż świeża i nowa.
Nie dlatego, że Bóg się zmienia – On jest jedyny niezmienny – dlatego, że my potrzebujemy zmiany, która jest Jego darem. Tak, niewygodnym, uwierającym, powodującym duży dyskomfort, a czasem ból. Ale bez poddania się zmianie nasza sytuacja przypomina dorosłego mężczyznę, który nadal próbuje się wcisnąć w swoje pierwszokomunijne ubranko z czasów dzieciństwa. Cudowna jest jego ufna i prosta wiara z czasów, gdy pierwszy raz przyjmował Boga do swojego serca, ale ponieważ nie urosła od tego czasu, nie została poddana procesowi przemiany, przypominającemu przemianę i wzrost każdej rośliny (najpierw ziarno, potem pęd, w końcu łodyga, liście, kwiat i owoce), jest jej (wiary) karykaturą.

Dar – łaska za darmo dana, a jednocześnie bezcenna – pozwala nam przyjąć, krok po kroku, prawdę o tym, że bez Boga rzeczywiście nic nie możemy, zwłaszcza uratować się ani zbawić.
Święty Pawle – módl się za nami!

Walka postu z karnawałem

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zastanawiało mnie, gdy byłam dzieckiem, jak to jest, że przez cały Wielki Post śpiewamy smutne pieśni, odmawiamy sobie słodyczy, kazania są jeszcze bardziej niż zazwyczaj „krzyczące” (wtedy w dobrym tonie było podnosić głos podczas głoszenia homilii), a potem – z dnia na dzień – wszystko się zmienia: mamy być na zawołanie radośni, a miny, które wcześniej miały być „programowo” grobowe, zwłaszcza podczas nabożeństw pasyjnych (jako maluch chodziłam na wszystkie możliwe), nagle mają być teraz, natychmiast, rozpromienione i wyrażające pełnię szczęścia. Trąciło mi to trochę przedstawieniem. Nie umiałam tego w swojej małej głowie poukładać.

Gdy byłam nastolatką, łzy ronione podczas słuchania rozważań (pełnych drastycznych szczegółów), zastąpiła WDZIĘCZNOŚĆ. Wiedziałam już, że najważniejszy jest w tym wszystkim cel: moje zbawienie oraz to, że Jezus umarł za mnie (i zamiast mnie), że zmartwychwstał i żyje. Jest obok mnie. To zmieniło moją perspektywę.

Zastanawiam się jednak, dlaczego tyle dziecięcych lat upłynęło mi bez tej paschalnej perspektywy – takie były czasy? Bo ważniejsze było, żeby pobożnie odprawić to czy inne nabożeństwo niż to, by mieć żywą relację z Tym, który umarł i zmartwychwstał? Nie wiem. Na pewno retoryka się zmieniła. Na pewno na pierwszy plan nie wybijają się drastyczne szczegóły, ale SENS tej zbawczej ofiary.

Jednak niedawno, gdy byłam z moją córeczką na takim nabożeństwie, zobaczyłam strach w jej oczach. Rozważania czytane były z pożółkłej książeczki. Przeznaczone były dla dzieci. Nabożeństwo też. Córa przytuliła się do mnie i powiedziała, że było „za strasznie”.

Nigdy nie byłam fanką naturalistycznych opisów, stroniłam od wstrząsających obrazów czy wywołujących szok informacji w mediach. Rozumiem więc jej reakcję. Ale też rozumiem reakcję większości zgromadzonych w kościele na tym nabożeństwie, jak na tamtych, w czasach mojego dzieciństwa – przypuszczam, że nie wstrząsnęły większością zebranych. Zapewne więc jesteśmy w mniejszości, ale to nie oznacza, że nas nie ma, albo że nasz głos się nie liczy.
Mamy różną wrażliwość, różny też poziom skupienia. Niektórzy pewnie wyjdą, nie pamiętając „o czym było”, a innym będzie się śniło po nocach.
Ale nie zmienia to faktu, że warto mówiąc, zastanawiać się, jaki jest cel wypowiedzi.
Czy ma ona wzbudzić wyrzuty sumienia („Pan Jezus umarł, strasznie cierpiąc, bo nie chciało mi się rano szybko wstać z łóżka i marudziłam przy obiedzie” – myślę, że absurdalności tego zdania nie trzeba tłumaczyć), czy – nie pomijając kwestii cierpienia – obudzić WIARĘ i zaprowadzić do NAWRÓCENIA. A to ostatnie nie opiera się przecież na lęku przed karą czy strachu przed „wbiciem gwoździa Panu Jezusowi” (kto w ogóle wymyśla takie ćwiczenia duchowe dla małych dzieci?), ale wypływa z miłości.
Nie wystarczy unikać grzechu, to bardzo spłycające podejście do chrześcijaństwa. To miłość motywuje do działania, a nie neurotyczny lęk przed przekroczeniem jakiegoś zakazu, nawet nieumyślnie.

Kochać to znaczy powstawać. Kochać to nie znaczy nigdy nie upadać.
Dopiero jako nastolatka to odkryłam. Ale te momenty, gdy byłam przekonana, że moje – niecelowe nawet – pomyłki i słabości były torturowaniem żywego człowieka i to przez duże „C”, a do tego Bożego Syna… Myślę, że jest jeszcze wielu dorosłych, którym nikt nie pokazał innej perspektywy: nie samozbawienie (które jest zresztą herezją), ale przyjęcie darmowego zbawienia, które miało niesłychaną cenę: cierpienie i śmierć Jezusa Chrystusa.

Wracając jednak do tytułowej walki postu z karnawałem, jako dziecko ani cieszyć się na zawołanie nie chciałam, ani smucić, „bo tak wypada”. Budziło to we mnie wewnętrzny sprzeciw. Oczywiście, robiłam, co mi kazano, ale pozostawałam ze stawianym sobie bezgłośnie pytaniem, o co w tym wszystkim chodzi. Przecież nie o zmianę koloru w prezbiterium – z fioletowego na biały czy złoty. Przecież nie o zmianę repertuaru organisty. Przecież nie o zmianę mojej miny.
Cieszę się, że będąc nastolatką, odkryłam to, co kryje się pod tymi zewnętrznymi znakami. I nie tylko to – również prawdę o tym, że jestem URATOWANA, dzięki tej krwi. Ona nie jest oskarżeniem mnie, ona jest USPRAWIEDLIWIENIEM mnie. Amen.

PS Oczywiście tytułowa walka miała miejsce co roku przed rozpoczęciem okresu pokutnego, a nie po nim i nie przed Wielką Nocą. Prostuję, gdyby opacznie zostało zrozumiane to, co wyżej napisałam.
Zresztą, walka postu z karnawałem nie odbywa się już dzisiaj – a szkoda. Wszystko nam się – w tym wydaniu ogólnym, w głównym nurcie, w tym co się na ogół słyszy i widzi – pomieszało. Ani mówienia o grzechu nie ma, ani mówienia o zbawieniu, ani o łasce, ani o pokucie, ani o świętowaniu. Jest kupowanie i jedzenie. Oczywiście nie wszędzie. Ale, gdy zapytamy o przygotowania do Wielkanocy, pewnie usłyszymy właśnie o tym: o kupowaniu i jedzeniu. Karnawał więc wcale nie odpuszcza. Wczoraj na przykład usłyszałam o tym, że dancingi w sanatorium to nie zabawy huczne i można w nich bez wyrzutów sumienia uczestniczyć. Aż się boję pomyśleć, co będzie ogłoszone, gdy będę na etapie odwiedzania sanatoriów! Pozostaje mi tylko liczyć, że nie dożyję wieku emerytalnego ;)

Słowo

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot .Michał Kamiński

Klękamy razem. Najmłodsza pociecha próbuje płynnie czytać fragment psalmu. Starszy brat podchodzi, by ją dyskretnie w tym wspierać.
Słowo ma moc. Boże Słowo tym bardziej. Czy odczytywane przez małą dziewczynkę, czy przez starszego, konsekrowanego mężczyznę – to jest to samo Słowo, Odwieczne Słowo Ojca.
Czy jest głoszone przez naszego ulubionego rekolekcjonistę, czy przez nieznanego lub niebudzącego sympatii – ma moc skruszyć ludzkie serca i wnieść w nie ożywczy powiew Ducha.
Jezus – Słowo jest z nami. Gdy klękamy z dziećmi do modlitwy, gdy uczestniczymy w liturgii w kościele i gdy jesteśmy przy naszych codziennych sprawach.
Jest.
Niebo i ziemia przeminą, ale Boże Słowo trwa na wieki.
Niech nas przemieni, niech nas dotknie – Jezus, Odwieczne Słowo Ojca.

Nie zdejmę

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

W ferie odwiedziliśmy dobrą znajomą. W jej domu zwrócił moją uwagę nietypowy krzyż, zawieszony nad wejściowymi drzwiami.
Zrobiłam od razu (za jej pozwoleniem) jego zdjęcie i przesłałam znajomym, którzy mają trochę podobny w swoim domu. Mówię na takie krzyże „zmartwychwstałe”, choć z teologicznego i językowego punktu widzenia nie jest to określenie poprawne ;)

Koleżanka przywiozła ten swój z jakichś rekolekcji. Zwrócił on też uwagę naszych młodszych dzieci. Wyjaśniłam im, że Pan Jezus żyje, że nie pozostał na krzyżu ani w grobie. Ale czcimy Go ukrzyżowanego, zwłaszcza w Wielkim Poście, dziękując Mu za to, co dla nas zrobił, umierając za nasze grzechy, i szukając u Niego ratunku, w Jego ranach i najdroższej Krwi.

Kilka dni później, mój tato, nie wiedząc o naszej rozmowie, przesłał mi krótki film, który obejrzeliśmy z mężem i młodszymi dziećmi – piękny, poruszający, akurat na Wielki Post, o starszym człowieku, który miał pełną miłości relację z Ukrzyżowanym.

Nad drzwiami w naszym domu wisi tradycyjny krzyż. Dostaliśmy go z mężem w prezencie, w dniu naszego ślubu. Jedna z babć (już świętej pamięci) mojego męża obruszyła się na to, mówiąc, że będziemy mieć przez to „krzyż Pański” w życiu, bo ona też otrzymała w prezencie ślubnym pasyjkę i życie małżeńskie jej się nie ułożyło.

Oczywiście nie przejęłam się jej słowami, bo nie jesteśmy przecież zabobonni, bardziej przejęłam się tym, co ta kobieta w życiu przeżyła, a jeszcze bardziej tym, że połączyła to – w niewłaściwy sposób – z Ukrzyżowanym…

Krzyż, który otrzymaliśmy w prezencie ślubnym i który wisi w naszym domu, był dla mnie przez te wszystkie lata przypomnieniem, że Jezus jest ze mną, także w tym, co trudne, również w tym, co mnie boli: fizycznie, psychicznie, duchowo. Był dla mnie umocnieniem. I jest nadal.

Pamiętam, jak na niego zerkałam, gdy do moich oczy napływały łzy: dzieci były malutkie, chorowały, mąż wyjeżdżał, mnie trapiły różne problemy i dylematy. Adorowałam go w ciszy, bez słów. Właściwie często też w hałasie, a nie w ciszy, bo nasza „ferajna” do cichych nie należała :) Jednak, gdy na zewnątrz było głośno, w moim sercu była przestrzeń pełna ciszy, w której, choć na moment, mogłam się zatrzymać przed Ukrzyżowanym.

W pracy, w moim pokoju w redakcji wisi krzyż. Siedząc codziennie przez kilka godzin przy biurku, podnoszę co jakiś czas głowę i patrzę na ten krzyż. Jest dla mnie umocnieniem, jego widok dodaje mi otuchy.

Wiem jednak, że nie o sam materialny przedmiot tu chodzi. Gdy byłam mała i trwał stan wojenny, śpiewaliśmy piękną pieśń, której wtedy nie rozumiałam. Jedna z jej zwrotek zaczynała się słowami: „Nie zdejmę krzyża z mego serca…”. I to wydaje mi się najważniejsze.

Zazieleni się

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jadę do moich rodziców. Jest jasny, pogodny dzień, zielenią się pola i łąki. Drzewa iglaste po obu stronach drogi również nie dają się prześcignąć w „zieloności”. Jednak pozostała część drogi jest nadal szarobrunatna, jak to zwykle bywa o tej porze roku.

Rozkoszuję się błogą ciszą i widokami za oknem. Ponieważ prowadzę samochód, nie daję się jednak ponieść wyobraźni i skupiam się na trasie. Co nie przeszkadza mi się cieszyć z tego, że moja, zazwyczaj bardzo rozmowna, gromadka zamilkła na dłuższą chwilę: starsze dzieci czytają książki, młodsze składają z tekturki otrzymaną przed chwilą wielkopostną dekorację (byliśmy na Mszy dziecięcej).

Myślę o Wielkim Poście. O tym, że jestem ciekawa, co w nim dla mnie Bóg przygotował. Już na samym początku tego wyjątkowego czasu czekała na mnie niespodzianka, za którą jestem bardzo wdzięczna. Wiem, że to nie koniec Bożego działania.

Patrzę na zielone pola i łąki i jestem pewna, że tak ma zazielenić się moje życie – z Bożą pomocą.

Podróż

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Dzieci cichutko śpią obok, ja staram się ich nie obudzić moim krzątaniem. Pakuję nas w powrotną drogę.
Zabieramy ze sobą miłe wspomnienia i wiosnę, która niespodziewanie zawitała na Podkarpacie.
Zwiedzaliśmy, dużo rozmawialiśmy z K., która nas u siebie gości, wdychaliśmy zapach budzącej się po zimie przyrody, słuchaliśmy śpiewu ptaków i jedliśmy lokalne przysmaki.
Czas wracać.
Przed nami długa droga. Poprzednio spotkaliśmy w pociągu kobietę z naszych stron, a do tego mamę pięciorga dzieci, wspólnych tematów było więc sporo, zwłaszcza że anegdotami sypała jak z rękawa, więc śmiałyśmy się sporo w naszym przedziale. Właściwie nie było przedziałów w naszym wagonie, ale mieliśmy miejsca przy stoliku, więc była okazja, by na siebie spojrzeć i zamienić słowo – bardzo krzepiące, jak się okazało.

Kogo spotkamy tym razem? Nie wiem. Ale na tym polega życie, że jest pełne niespodzianek. W tamtą stronę z powodu blokady dróg musiałam na dworzec dotrzeć… pociągiem (wsiadłam na węźle przesiadkowym – samochód by utknął wśród ciągników). Potem czekałam wraz z dziećmi aż wsiądą kibice (opóźnienie zwiększyło się do około pół godziny). Ale to też jest życie. Nie wszystko dzieje się w nim zgodnie z rozkładem jazdy i z ułożonym przez nas misternym planem.

To dobrze. Ilu ludzi bym nie spotkała, gdyby wszystko toczyło się ustalonym torem! Ile dobrych rzeczy by się nie wydarzyło, gdybym poruszała się tylko utartym szlakiem!

Jak mawia mój kolega z pracy: czasami warto chociaż zmienić trasę powrotu do domu z zakupów, by zauważyć, jak pięknie jest na świecie.

Inaczej

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Niedługo zaczynają się u nas ferie. Dla mnie nie oznacza to jakiejś wielkiej zmiany – w pracy nie mamy przerwy ani urlopu. Za to dzieci na pewno odetchną. Jadę z nimi na weekend do znajomej – już nie mogą się doczekać, zwłaszcza że wybieramy się tam pociągiem.
Dla mnie natomiast luty – mimo ferii – zapowiada się bardzo intensywnie. Nie dlatego, że wzięłam sobie na głowę tyle spraw. One pojawiły się „po drodze”. Ale i takie miesiące się zdarzają przecież.

Jak na ironię, kalendarz w moim pokoju w pracy prezentuje w lutym błogi widok łąki i dwóch motyli. Patrząc na to zdjęcie na ścianie, przenoszę się na chwilę do czasów, w których jako mała dziewczynka chodziłam z rodzicami na długie spacery. To była nasza forma spędzania wolnego czasu. Czytanie książek i długie wyprawy. Do lasu, na łąkę i w góry, u podnóża których wtedy mieszkaliśmy. Rodzice uczyli mnie nazw i właściwości roślin, które po drodze napotykaliśmy, obserwowania zwierząt – rozróżniania ich śladów w lesie, słuchania ptasich śpiewów, zauważania owadów na łące i przyglądania się motylom. Zachwytu nad przyrodą.
Wieczorami natomiast brali nas na balkon i uczyli – mnie i moje rodzeństwo – odnajdywania gwiazd i planet na niebie. Spektakl nad naszymi głowami wciągał nas na tyle, że uczyliśmy się nazw tych ciał niebieskich, mimo że nikt nie wymagał od nas tego w szkole. O zawrót głowy przyprawiała wtedy myśl, że jesteśmy maleńkim punkcikiem we wszechświecie i że – mimo tego, co widać gołym okiem – ziemia krąży jednak wokół słońca, a ono jednak wcale nie wschodzi i nie zachodzi.

W moim dziecięcym świecie było miejsce na mrówki, które wchodziły uparcie na grządkę, którą uprawiałam w ogródku naszych sąsiadów i na krowę, która zawędrowała kiedyś, nie wiedzieć czemu, na nasze osiedle z pobliskich łąk, i na konia, który pod nasz blok przywiózł wiejskim wozem płytki ceramiczne, które potem mój tato dzielnie kładł w naszej łazience i kuchni. Było miejsce na psy, błąkające się po okolicy, i na rybki w szkolnym akwarium, które w ferie przychodziliśmy co dzień karmić, mimo że nie było przecież wtedy lekcji.
Ferie były po prostu bieganiem od rana do wieczora po podwórku, zjeżdżaniem na sankach, jeżdżeniem na łyżwach i wpadaniem do państwa M. na herbatę i chleb z serem, gdy się już trochę zmarzło. Teraz ferie wyglądają zupełnie inaczej – i dla mnie, i dla moich dzieci. Nie lepiej, nie gorzej – po prostu zupełnie inaczej.

To, co przed nami, jest niezapisaną kartą. Lubię myśleć o tym, że „najpiękniejsze jest jeszcze przed nami”, jak mawiamy często na kursach prowadzonych przez naszą wspólnotę. To Bóg trzyma w rękach nasze życie. Okoliczności się zmieniają, na wiele rzeczy nie mamy wpływu, ale wierzę, że nie jesteśmy bezwolnym przedmiotem, miotanym wiatrem to tu, to tam.

Bardzo lubię słowa pieśni, napisanej przez Grahama Kendricka: „Chcę zmienić bieg historii świata, chcę nowe karty w niej zapisać./ Pragnę być piórem w Twojej dłoni, pragnę być wierny aż do końca.” Wiem, że nie chodzi o wywracanie porządku świata do góry nogami, ale o małe zmiany w swoim otoczeniu. O zmiany w swoim życiu. O bycie „piórem w Bożej dłoni”. Właśnie teraz. W lutym. W te ferie.

Różni, ale równi

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wczoraj rano byłam świadkiem rozmowy moich dwóch najstarszych synów. Jeden próbował za wszelką cenę zmienić charakter drugiego (drugi natomiast pierwszego nie, o tyle dobrze!). Wyjaśniłam pierwszemu, że to niewiele da, gdy będzie się na drugiego tak złościł, próbując go upodobnić do siebie.
Obaj są dobrzy i wartościowi, ale bardzo się od siebie różnią – to normalne. (Pierwszy uważa, że to nienormalne ;) )

W trakcie podróży do moich rodziców, patrząc na zieleń za oknem (w tamtych stronach wiosna zazwyczaj przychodzi szybciej niż w naszych), myślałam o porannej wymianie zdań.
To bardzo powszechne, że chcemy kogoś zmieniać (zazwyczaj na własną modłę), ale też bardzo powszechne jest to, że z własnej woli dobieramy się na zasadzie przeciwieństw z naszymi małżonkami czy przyjaciółmi. Nikt nas nie zmusza przecież, by pobrać się czy przyjaźnić z osobą tak bardzo różną od nas, a jednak zazwyczaj jest to ktoś daleki od tego, jacy my jesteśmy.
To oczywiście wielkie bogactwo: rozwijamy się wewnętrznie, spotykając osoby o innej niż nasza wrażliwości, gustach, upodobaniach. To na pewno czyni nasze życie bardziej barwnym.
Ale ten medal ma dwie strony: po pewnym czasie zaczyna nas uwierać ta „inność”, przejawiająca się w drobiazgach. Dopóki nie rujnuje naszego związku, nie rozbija naszej relacji, warto uznać, że jest czymś pozytywnym, mimo że momentami bywa też czymś bardzo niewygodnym.

Co jednak w momencie, gdy różnica irytuje nas tak bardzo, że przysłania nam tę – kochaną przecież przez nas – osobę?

Przedwczoraj byliśmy na koncercie w ramach naszej małżeńskiej randki. Bardzo się cieszę z tego wspólnego wyjścia, ale muszę się przyznać, że uroniłam łzę, słuchając jednego z utworów. Mocniej chwyciłam za rękę mojego męża: „Mijamy bezgłośnie na paluszkach tak(…) / Westchnienia na moście, śpiew i rozmów gwar. / I śmiech, i płacz zamienia się w ciszę”.

Pewnie zależnie od tego, jaką perspektywę przyjmiemy, tak zniesiemy (i przyjmiemy) inność Drugiego. Mając świadomość tego, że nasze życie tutaj, na ziemi, nie trwa wiecznie, chyba łatwiej uśmiechnąć się i otworzyć ramiona: „Choć tyle tych nut, chcę wierzyć, że cud wydarzył się tu(…). / Czy w pędzie tym chcesz zatrzymać dziś mnie, / Bym zdążyła Ci wszystko wyśpiewać?”

Przejdź do paska narzędzi