Słuchanie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Deszcz miarowo uderza o szyby samochodu. Wracamy od chrzestnej naszej córeczki. Dzieci wsłuchują się w tekst opowiadania Astrid Lindgren czytany przez Mariana Opanię. W pewnym momencie przerywam moje rozmyślania, by zatrzymać się na dłużej przy informacji, wtrąconej jakby od niechcenia w tok opowieści. Siostra głównego bohatera przeziębiła się,  tydzień chorowała i zmarła. To tylko opowiadanie, wiem, ale odzwierciedla czasy, w których zostało napisane. Takich sytuacji wtedy przecież było więcej, nie tylko fikcyjna Marta zostawiła po sobie drewniany domek dla lalek…

Teraz to raczej rzadkość, by z powodu przeziębienia umrzeć, myślę obserwując poszarzałe niebo i wypełnia mnie wdzięczność za to, że nie każda niedyspozycja żołądkowa, nie każda podwyższona temperatura czy katar moich pociech są powodem do niepokoju.

Następnego dnia spędzam dłuższy czas za kierownicą, rozmawiając ze znajomym. Wspomina o babci swoich dzieci, która nie może spać, gdy wie, że coś dolega wnukom. Mój rozmówca nie może tego zrozumieć, nie jest to dla niego też wygodny temat. Po powrocie zastanawiam się nad tym dłużej: być może ta starsza kobieta pamięta jeszcze czasy, gdy śmiertelność wśród dzieci i niemowląt była wysoka, gdy nie było wcale takie pewne, czy maleństwo dopiero co urodzone przeżyje najbliższy rok.

Pamiętam (choć teraz nie do końca jestem w stanie to zrozumieć), że mi też towarzyszył podskórny niepokój w pierwszych miesiącach życia naszego najstarszego syna.  Głęboko odetchnęłam, gdy skończył rok. To było tak dawno temu, a jednak pamiętam dokładnie uczucie ulgi, jakie mnie wtedy ogarnęło. Podobno jest coś takiego jak odziedziczony lęk, coś co funkcjonuje w naszej podświadomości. Babcie (czy teraz już prababcie) wpychające maluchom jeszcze jedną łyżeczkę jedzenia do buzi (z obawy, że może za moment tego jedzenia już nie być, a skoro akurat jest, to trzeba wcisnąć je w dziecko, jak to było w czasie wielkiej biedy) odchodzą już pewnie w niepamięć, ale zestresowani rodzice czekający na wizytę kontrolną przed przyszpitalnymi poradniami to już nie obrazek z przeszłości.

„Najważniejsze to się nie denerwować!”, wykrzykuje jedna z mam, popychając przed sobą chłopca z ręką w gipsie. „I czego się tak denerwujesz?!”, krzyczy dalej, ale nieco głośniej niż przed chwilą. Za moment reszta oczekujących zacznie się stresować, myślę uśmiechając się ukradkiem.

Uczucie, że nie jest się w stanie zapobiec temu, co może się przytrafić tym, których kochamy, potrafi być paraliżujące. Mówi mi o tym kilka dni później ojciec prawie dwuletniego chłopca, rozsypującego z zapałem godnym lepszej sprawy kawałki owoców z wysokości krzesełka do karmienia. „Chciałbym mu oszczędzić wszystkich głupot, które w życiu zrobiłem. Patrzę na niego i bardzo nie chcę, by przechodził przez to, co ja przechodziłem.”

Mam na końcu języka jakąś mądrą sentencję w stylu „Uczymy się na własnych błędach” lub inną tego typu, na przykład: „Nie przeżyjesz za niego życia”, ale gryzę się w język. Słucham emocji, jakie kryją się za jego wypowiedzią. Wiem, że nie potrzebuje w tej chwili mądrych rad ani prostowania jego życiowych przekonań, ale wysłuchania.

Patrzę na winogrona oplatające niski dach i myślę o tym, ile jeszcze czeka mnie monologów do wysłuchania, wyznań rzuconych jakby od niechcenia, ale odkrywających głębokie niepokoje.

Słuchanie pomaga mi przypomnieć sobie, że nie racje są najważniejsze, ale relacje. Nie radzenie, ale bycie blisko.

I że jest Ktoś, kto zawsze słucha i zawsze jest blisko!

***

„Bóg jest dla nas ucieczką i mocą:
łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach.
Przeto się nie boimy, choćby waliła się ziemia
i góry zapadały w otchłań morza.
Niech wody jego burzą się i kipią,
niech góry się chwieją pod jego naporem:
<Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną>.
Odnogi rzeki rozweselają miasto Boże –
uświęcony przybytek Najwyższego.
Bóg jest w jego wnętrzu, więc się nie zachwieje;
Bóg mu pomoże o brzasku poranka.
Zaszemrały narody, wzburzyły się królestwa.
Głos Jego zagrzmiał – rozpłynęła się ziemia:
Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną.
Przyjdźcie, zobaczcie dzieła Pana,
dzieła zdumiewające, których dokonuje na ziemi.
On uśmierza wojny aż po krańce ziemi,
On kruszy łuki, łamie włócznie,
tarcze pali w ogniu.
«Zatrzymajcie się, i we Mnie uznajcie Boga
wzniosłego wśród narodów, wzniosłego na ziemi!»
Pan Zastępów jest z nami,
Bóg Jakuba jest dla nas obroną.” (Ps 46, 2-12)

 

Dwaj lub trzej

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nowe miejsce spotkań naszej wspólnoty. Najpierw spore kłopoty z kluczem do salki, potem konstatacja: jest nas garstka. Ale wreszcie to, co najważniejsze: Boża obietnica, ze tam gdzie dwaj lub trzej, tam On jest pośrodku. I tego się trzymamy.

Obozy sportowe naszych synów: na jednym jest dwójka, na drugim jest jeden, ale odbywają się one w tym samym czasie. Tam gdzie jest nasza dwójka, dwa kilometry w jedną i dwa w drugą stronę  idzie z nimi trener do najbliższego kościoła na niedzielną Mszę  świętą. Na tym drugim, gdzie jest tylko jeden spośród naszych synów, nie ma zgody na uczestnictwo. Po telefonie męża udaje się uzyskać jedynie to, że chętne dzieci „obejrzą” Mszę świętą na ekranie komputera. Oprócz naszego syna chętny jest jeszcze tylko jeden chłopiec. Dwa różne obozy (oba sportowe) i dwa różne podejścia…

Dwie państwowe szkoły podstawowe oddalone od siebie o kilka kilometrów, obie wiejskie. W jednej wewnątrz nad drzwiami wisi piękny, zabytkowy krzyż sporych rozmiarów, w drugiej nie ma krzyży, bo rodzice sobie nie życzyli. Podobno ci, którzy byli za, nie „przebili się”. Smutna sprawa. Pozostaje mi tylko dziękować Bogu, że nasze pociechy chodzą do szkoły z krzyżem (i z wieńcem adwentowym w holu w grudniu oraz z sensownymi katechetami), a jedyne co mogę zrobić, chcąc wesprzeć rodziców uczniów z tej drugiej szkoły, to podpisać petycję o powrót krzyży.

Jednak z roku na rok dociera do mnie, że być może jesteśmy w mniejszości. To nic tragicznego, ale od dzieciństwa słyszałam o statystykach, z których wynikało, że osób wierzących jest jednak sporo w naszym kraju. Nie chcę analizować w tym momencie, co się złożyło na ten obraz i dlaczego uległ on zmianie.

Na chwilę chcę się skupić za to na doświadczeniu bycia w mniejszości jako osoba wierząca. Mocno to odczułam na studiach podyplomowych. Ale też coraz mocniej dociera do mnie, ze sporo osób spośród tych, które wcześniej deklarowały się jako katolicy albo jako poszukujący ludzie teraz – z takich czy innych powodów – nie chce słyszeć o niczym, co z katolicyzmem może się choćby kojarzyć.

Dwa lata temu na propozycję zorganizowania ogniska w piątek zareagowała wychowawczyni jednego z naszych dzieci, tłumacząc, że to jakoś niezręcznie łączyć kiełbaski i piątek, na co jedna z mam wykrzyknęła, że jak komuś przeszkadza, to niech pyrę upiecze i nie zawraca głowy.

Dla osób spoza Wielkopolski na marginesie dodam (ale być może ten dodatek nie jest konieczny), że pyra to po prostu ziemniak, a nie wersja wege mięsnego dania).

„Mało nas, mało nas do pieczenia chleba”, chciałoby się zamruczeć pod nosem, ale może warto za to zaśpiewać, i to pełną piersią: „Odnawiasz moje życie jak u orła, jak młodego orła do lotu porywasz mnie” i nie chować głowy w piasek, nie martwić się, że jest się w mniejszości.

Przyjmuję do wiadomości, że jest nas być może niewielu. Ale gdzie dwóch lub trzech… Przecież i  niewielka ilość zaczynu ma moc zakwasić całe ciasto, i maleńkie nasionko ma moc wyrosnąć na  potężne drzewo. Nie myślę o potędze instytucjonalnej, kapiącej złotem świątyni z kamienia, administracji i urzędnikach. Myślę o wierze, która ma siłę wulkanu, mimo że jest niepozorna jak  ziarnko piasku. Ale jeśli jest żywa, nic jej nie przemoże, bo stoi za nią Pan!

***

 

 

 

„Nie bój się, mała trzódko, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam królestwo.” Łk 12, 32

Na obie nogi

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zmiany planów ciąg dalszy! Znów wydarzyło się coś, co je nam zburzyło. Jednak nie poddajemy się, nie wszystko przecież musi być idealnie. Wierzymy, że Boże Miłosierdzie jest większe niż nasze wyobrażenia i nawet wtedy, gdy kolejny raz zmuszeni jesteśmy skreślać coś w kalendarzu, nie tracimy pogody ducha . Umacnia nas w tym modlitwa w Łagiewnikach, na którą wstąpiliśmy w zeszłym tygodniu, wracając po skróconych niespodziewanie wakacjach.  Mimo deszczu i załamania pogody, udaje nam się wygospodarować tam kilka minut na adorację w ciszy. Jak dobrze!

Królewski syn

Przy okazji przypominam sobie historię, która mnie kiedyś urzekła. Król Dawid pyta, czy jest jeszcze ktoś z rodu Saula, ponieważ chce okazać mu miłosierdzie.  Znajduje się jeden człowiek – Meribbaal, chromy na obie nogi. Mówi o sobie samym „parszywy pies”, co jeszcze zwiększa dramaturgię ich spotkania. W rzeczywistości jednak jest synem królewskim – synem Jonatana,  syna Saula. Dawid postanawia, że Meribbaal będzie jadał z nim przy stole, podobnie jak każdy królewski syn zasiadał dotąd przy królewskim stole w Jerozolimie (por. 2 Sdz 9, 1-13).

Przy stole z królem

Na początku nie wiedziałam, co jest tak poruszającego w tej historii. Myślałam, że może tym, co zwróciło moją uwagę w biblijnej opowieści, jest sytuacja człowieka odrzuconego, niemal wyklętego, a dodatkowo jeszcze człowieka z niepełnosprawnością, który zostaje odnaleziony i przywrócony do królewskiej godności. Tak, to też jest piękne w tej historii. Jednak tym, co ujęło mnie najbardziej, jest zdanie Dawida o miłosierdziu. Rzeczywiście, w tamtej sytuacji – politycznej, kulturowej – Merribbaal nie zasługiwał na tak wspaniałomyślny gest. Dodatkowo, Dawid zaznacza, że miłosierdzie chce okazać tylko ze wzglądu na Jonatana (ojca Meribbaala).

Jak dziecko u matki

Kiedyś trafiłam na ciekawe wyjaśnienie słowa miłosierdzie: jako miłość, która nam się nie należy, w znaczeniu, że nie mogliśmy (nie byliśmy w stanie) na nią w żaden sposób zasłużyć. Podobno hebrajskie słowo określające miłosierdzie pochodzi od innego wyrazu, oznaczającego matczyne łono i – przez analogię – ukazuje czułą i wierną miłość, na którą – podobnie jak niemowlę pod sercem matki – nie jest się w stanie w żaden sposób zasłużyć ani za nią odpłacić. Jest ona absolutnie pierwsza i wcześniejsza niż jakiekolwiek nasze działania i niż – przez analogię dziecka – my sami.

Szuka, komu okazać miłosierdzie

Porusza mnie więc najbardziej w przywołanej wyżej scenie biblijnej to, jak Dawid szuka wśród ocalałych kogoś, komu mógłby okazać swoje miłosierdzie. Wyobrażam sobie, że podobnie Bóg wychodzi nam naprzeciw, szukając komu mógłby okazać swoje miłosierdzie, ze względu na swojego Syna Jezusa.  Jesteśmy, podobnie jak Meribbaal, chromi na obie nogi – nie damy rady sami przyjść do Boga. To On wychodzi nas szukać. I znajduje w Jezusie. Sadza przy jednym stole i nie pozwala mówić o nas jako o parszywych psach, ale odtąd jako o królewskich synach.

Nie wszyscy to pojmą

Pewnie, że można się upierać, że ma się zdrowe nogi i umie się samemu dojść do Boga. Ale innej drogi niż przez Jego Syna nie ma. Innej drogi niż przez Boże Miłosierdzie po prostu nie ma!

***

„Lecz Pan czeka, by wam okazać łaskę,
i dlatego stoi, by się zlitować nad wami,
bo Pan jest sprawiedliwym Bogiem.
Szczęśliwi wszyscy, którzy w Nim ufają!” (Iz 30, 18)

 

Motyl

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Szczęśliwe chwile to motyle/Miłość wieczna tęsknota”, słowa piosenki „Kory” (Olgi Jackowskiej) wracają w mojej pamięci, gdy oglądam z uwagą barwnego motyla w Ogrodzie Doświadczeń, w którym zatrzymaliśmy się podczas naszej wakacyjnej wyprawy.

Kilka godzin później z wyczekiwaniem zerkam na wyświetlacz telefonu, na którym pojawia się w końcu wiadomość od męża: to jednak złamanie. Przeczuwałam to gdzieś w środku, ale miałam nadzieję, że to jednak nie to. Znów, w tym samym miejscu kości, w tak niewielkiej odległości czasowej? To niemożliwe!

Córeczka jest bardzo dzielna, wraca „zagipsowana” pod samo kolano. Jej bracia również są dzielni. Czekają kolejne godziny razem ze mną w tym pięknym miejscu, spędzając na świeżym powietrzu cały dzień.

Młody chłopak, który litościwie przygotowuje dla męża i córeczki naleśniki, mimo że właściwie już zamyka swoją budkę, opowiada mi zabawne sytuacje z historii swojej rodziny. W rolach głównych obsadza swoją mamę i wujka. Śmieję się głośno i na chwilę udaje mi się zapomnieć o kolejnym małym „trzęsieniu ziemi” , które wywraca nasze plany urlopowe do góry nogami.

Mimo wszystko nie uważam, że szczęśliwe chwile przypominają motyle. Nie wstrzymuję oddechu, by ich nie spłoszyć, jak dzieje się to wtedy, gdy obserwuję owady w kwiatowym labiryncie wewnątrz Ogrodu Doświadczeń.

Swoją drogą, ciekawa nazwa. W założeniu odsyła do doświadczeń fizycznych, bo z myślą o nich zagospodarowany został ten spory obszar zieleni. Jednak wyraz „doświadczenie” ma jeszcze inne, chyba nieco głębsze znaczenie. Jakie? Na pewno po odwiedzeniu tego miejsca jestem bogatsza o nowe doświadczenia: udaje mi się zorganizować czwórkę moich głośnych i żywiołowym chłopców, wypatrzeć z najmłodszym z nich stadko kaczek, łowiących coś zawzięcie w pobliskim stawie, opędzić się od kąsających komarów, nie nudzić się przez kolejne cztery godziny oczekiwania na wieści ze szpitala.

Siadam na pobliskiej ławeczce i zamykam oczy. Ciepłe promienie zachodzącego słońca delikatnie gładzą moją twarz. Wiem, że jesteśmy bezpieczni, mimo że znajdujemy się w obcym mieście, w tym momencie bez samochodu, z dala od miejsca naszego noclegu (a ja dodatkowo z wielkimi bąblami na stopach).

Następny dzień postanawiamy spędzić „na chillu”, jak to określił najstarszy syn, który obiecuje mi pomoc przy naszej Maludzie ze złamaną nóżką. Reszta rodziny rusza na podbój okolicznych skałek i muzeów.

Z wczorajszej słonecznej pogody pozostaje mi tylko pamiątka w postaci jaskrawej opalenizny, która (mam taka nadzieję) niebawem zmieni odcień na bardziej czekoladowy.

Wychodzę na tonącą w deszczu ulicę i rozglądam się badawczo. W sklepie na rogu nabywam jakiś ciuszek dla naszej pięciolatki, który będzie można założyć na gips, bo w walizce mam tylko jedne jedyne spodenki z bardzo szerokimi nogawkami – reszta nie kwalifikuje się jako odzież dla gipsowej nóżki.

Czy można być szczęśliwym, gdy plany po raz kolejny zostają pokrzyżowane? Można. Ja jestem szczęśliwa.

Patrzę na twarzyczkę naszej córuni, która mimo kontuzji nie traci dobrego nastroju i pogody ducha. Dziękuję Bogu, że jest z nami, że w Jego dłoniach jesteśmy bezpieczni, że w Nim jest nasz odpoczynek.

***

„Spocznij jedynie w Bogu, duszo moja,
bo od Niego pochodzi moja nadzieja.
On jedynie skałą i zbawieniem moim,
On jest twierdzą moją, więc się nie zachwieję.
W Bogu jest zbawienie moje i moja chwała,
skała mojej mocy,
w Bogu moja ucieczka.
W każdym czasie Jemu ufaj, narodzie!
Przed Nim serca wasze wylejcie:
Bóg jest dla nas ucieczką!” (Ps 62,6-8)

Skarb

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Pewien mężczyzna co dzień siadał w cieniu i prosił przechodniów o jałmużnę. Wyciągał rękę i wypowiadał wciąż tę samą formułkę. Część osób decydowała się na wsparcie go jakąś drobną sumą, część natomiast przechodziła obojętnie, niewzruszona jego prośbami.

Pewnego jednak dnia ktoś z przechodniów zachował się inaczej niż wszyscy inni do tej pory. Zatrzymał się, pochylił nad mężczyzną i zapytał, na czym ten siedzi. „Na skrzyni”, padła odpowiedź. Przechodzień zachęcił żebraka, by sprawdził, co się w niej mieści. „To zwykła skrzynia”, oponował tamten. Nieznajomy jednak nie ustępował w namowach, aż wieko zostało podniesione, ukazując oczom obserwatorów drogocenny skarb: złoto i szlachetne kamienie.

Być może tę historię już gdzieś wcześniej słyszałam, przypomniała mi się ona natomiast podczas niedawnej lektury jednej z książek, przywołana jako anegdota, czy może raczej jako przypowieść o naszym życiu.

Czasem rzeczywiście to, co cenne, jest na wyciągnięcie ręki, długo przez nas niezauważane.

Takim skarbem jest nasza codzienność, niesłusznie nazywana szarą. Być może to właśnie w niej, w codzienności, czujemy się jak żebracy. Wyciągamy rękę do przechodniów, czy może raczej do różnych „umilaczy” (elektronicznych, cukrowych, adrenalinowych i jakich tam jeszcze), by nas wybawiły z tej nieznośniej zwyczajności. „Niech wreszcie się coś zadzieje”, myślimy. Ale właśnie tam, bliżej niż przypuszczamy, w skrzyni naszego życia, znajduje się odpowiedź na nasze tęsknoty i pragnienia, tam ukryte są najcenniejsze dla nas skarby.

Nie jesteśmy wcale żebrakami – emocjonalnymi czy społecznymi. Nie musimy sztucznie stymulować uczucia satysfakcji i wewnętrznej sytości. „Umilacze” nie zapełnią naszej pustki ani nie nasycą głodu (nieco innego niż zwiastuje nam ssanie w żołądku). Siedzimy nie na bombie, jak może czasem nam się wydaje, ale na skrzyni z bogactwem naszego życia.

Gdzie jest skarb, gdzie jest to, co nadaje sens naszym porankom i wieczorom? Pod warstwą kurzu, pod tym, co staje się rutyną, pod tym, co z czasem zdaje się być wyblakłe i bez znaczenia. W naszym zwykłym, w kolejnym dniu. Nie w tym, co chwilowe i ekscytujące – w tym, co stałe i powtarzalne.

Czasem potrzebny jest nam kolejny krok: krok w głąb. Nie ucieczka od tego, co tworzy naszą codzienność, ale wejście w jej głębszą warstwę.

Właśnie tam, gdzie jesteś, spotyka Ciebie Pan.

Jak Gedeona, który przesiewał ziarno, oglądając się niespokojnie, czy nie zostanie napadnięty przez wrogów. Jak Maryję w jej cichym Nazarecie, jak Józefa – we śnie. Jak Mojżesza podczas wypasania owiec teścia. Jak Pawła (Szawła) w trakcie wyprawy do Damaszku. Jak Piotra – podczas łowienia ryb. Jak Mateusza, siedzącego za stołem. Jak Amosa, przycinającego gałązki sykomory.

Właśnie w tym, co zwykłe. Niezbyt chwalebne i wcale nie błyszczące. W Twojej i mojej słabości.

W naszej ranie. Naszej niemocy.

Tam objawia się Jego moc.

Wystarczy tylko wstać i uchylić nieco wieko skrzyni, na której wciąż siedzimy.

***

„Moim działem jest Pan – mówię,
by zachować Twoje słowa.
Z całego serca dbam o przychylność Twojego oblicza,
zmiłuj się nade mną według swej obietnicy!
Rozważam moje drogi
i zwracam stopy do Twoich napomnień.
Śpieszyłem bez ociągania,
by przestrzegać Twoich przykazań.
Oplotły mię więzy grzeszników:
nie zapomniałem o Twoim Prawie.
Wstaję o północy,
aby Cię wielbić
za słuszne Twoje wyroki.
Jestem przyjacielem
wszystkich, którzy się boją Ciebie,
co strzegą Twych postanowień.
Twoja łaska, Panie,
napełnia ziemię:
naucz mnie Twoich ustaw!” (Ps 119, 57-64)

Relacje

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zerkam na kamienny parapet  w kruchcie kościoła. Ulotki o zagrożeniach związanych z Internetem i elektroniką rozchodzą się jak ciepłe bułeczki. Ułożone obok w zgrabny stosik ulotki o tym, jak rozmawiać z dzieckiem o seksie właściwie nie zmniejszyły swojej ilości. Jestem zaskoczona. Pierwszy raz brałam komplet jakieś dwa tygodnie temu. Przeczytałam  informatory razem ze starszym synem, a potem przekazałam (obie ulotki) znajomym, z którymi dyskutowaliśmy o ilości czasu spędzanego przed ekranem przez dzieci i młodzież. Potem znów wzięłam komplet, by przekazać dziadkom naszych pociech. Za drugim razem tych o elektronice już prawie nie było, za to tych o dojrzewaniu i edukacji seksualnej – prawie nie ubyło.

Zagadka

Dlatego, że pierwszy temat jest palący, a drugi dla niektórych wstydliwy? Nie wiem. Może pierwszy jest stosunkowo nowy, a drugi nadal stanowi tabu dla wielu wierzących rodziców? A może mają odmienne, niż prezentowane przez Kościół, podejście? Aż się prosi, by przeprowadzić badanie na podstawie tego, które ulotki cieszą się większym „wzięciem” ; )

Rozsypana układanka

Nie zajmuję się jednak badaniami, co najwyżej rozmowami. Tych nigdy dość. Ostatnio przez dwa dni jednak pochłonięta byłam wraz z mężem rozmowami innego typu. Nie dotyczyły Internetu ani edukacji dzieci, ale naszych wspólnych wakacji. Z powodu zbliżającej się hospitalizacji jednego z członków naszej rodziny, musieliśmy wywrócić do góry nogami nasze plany i poukładać je na nowo.

Z bolącą głową

Zapach oleju i farby do drewna drażni i szczypie w nos. Jeszcze wczoraj wdychałam świeży aromat modrzewiowych desek, dziś już marzę, by wyschły i przestały męczyć moją głowę. Wykorzystujemy czas, gdy niektórych naszych pociech nie ma w domu – są na obozie sportowym – i odnawiamy taras (mój mąż) oraz wyszukujemy oferty noclegów w innym, niż mieliśmy umówiony do tej pory, terminie.

Uśmiech

Odsuwam na chwilę klawiaturę, podnoszę wzrok znad ekranu i patrzę na zerkającego na mnie zza zasłony w tarasowych drzwiach męża. Dobrze, że w tym wszystkim nie zapominamy, co jest istotne, że nadal najważniejsze są dla nas relacje.

Lekarstwo

Podobno przeciwieństwem uzależnienia jest relacja – tego dowiedziałam się na studiach podyplomowych. To by trochę tłumaczyło dysproporcję w znikających ulotkach w naszym parafialnym kościele. Łatwiej jest powiedzieć: szlaban na elektronikę, niż usiąść i porozmawiać o intymności, o dojrzewaniu, o więzi.

Bliskość

Łatwiej jest schować głowę w laptopa lub smartfona niż spojrzeć w oczy, dowiedzieć się, co gnębi syna czy córkę. Z ulotki o elektronice można się czegoś nowego dowiedzieć o nowych technologiach, z ulotki o tym, jak rozmawiać z dzieckiem o seksie można się dowiedzieć… jak rozmawiać. Może w tym tkwi problem, może nie wszyscy chcą rozmawiać, nie wszyscy są zainteresowani tym, by inwestować w relacje?

Wspólnymi siłami

Nie wiem. Dla mnie ważniejsze jest to, by nie stracić kontaktu, by słuchać, by być blisko, a jednocześnie pozwolić dzieciom chodzić swoimi drogami. Pewnie, że czasami mam dość, czasami brakuje mi sił. Ale relacja to niekończąca się przygoda. Zawsze przychodzi nowy zapał, nadzieja jak iskra znów rozpala mnie od wewnątrz. Nie jestem idealna, ale nie to jest tu przecież najważniejsze.

Kocha

Ufam, że moje wysiłki są pobłogosławione przez Tego, kto kocha moje dzieci jeszcze bardziej niż ja…

PS Dostałam wzruszający SMS, wysłany z drogi na obóz przez jednego z naszych synów. Dobrze wiedzieć, że jest się kochaną. Tak po prostu. Nie za coś.

***

„Mówił Syjon: „Pan mnie opuścił,
Pan o mnie zapomniał”.
Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu,
ta, która kocha syna swego łona?
A nawet, gdyby ona zapomniała,
Ja nie zapomnę o tobie.” (Iz 49, 14-16)

 

 

 

Nie bój się, robaczku!

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Mamo, mamo – woła rozemocjonowana córeczka – ten chrabąszcz nie może przejść!

Rzeczywiście, jakiś chrząszcz próbuje się wydostać z oczka metalowej kratki przy wejściu do naszego domu. Chce ominąć przeszkodę, przejść pod nią, wspiąć się – na próżno. Podaję mu  źdźbło trawy i patrzę, jak chwyta je kosmatymi łapkami. Po chwili jest już bezpieczny w rosnących nieopodal krzewach bukszpanu.

Robaczku, Jakubie

Myślę o tym, jak nieporadne staje się to małe żyjątko, gdy natrafi na nieprzyjazne otoczenie – samo sobie nie poradzi: nie ucieknie, nie oddali się, uwięzione w zwykłej wycieraczce, czy innym podobnie niebezpiecznym dla niego miejscu. Wyobrażam sobie, że i my często przypominamy takie małe żuczki, zmagające się z przeciwnościami, trudnościami zagradzającymi nam drogę, z tym wszystkim, co próbuje nas zatrzymać w drodze, uniemożliwić zrealizowanie naszego powołania, naszych planów, marzeń, a przede wszystkim – Bożej woli. Różnica między nami a tym małym owadem jest ogromna (w wielkości i możliwościach), ale o wiele większa (nieskończenie większa!) między nami a Bogiem – wierzę w to mocno!

Ty i ja jesteśmy takimi robaczkami, nad którymi On się pochyla. Możemy być tego pewni, przekonuje nas o tym zresztą samo Słowo: tam, gdzie czytamy o „robaczku, Jakubie” (por. Iz 14, 41), śmiało możemy wstawić także swoje imię.

Nieboraku, Izraelu

W taki czuły, pieszczotliwy sposób zwraca się do nas Bóg, zwłaszcza wtedy, gdy borykamy ię z jakimiś trudnościami, gdy przytłaczają nas problemy, nękają czarne myśli, zmartwienia dobijają się do naszych drzwi. „Nieboraku, Ja cię wspomagam” (por. Iz 41, 14) woła do nas wtedy (i nie tylko wtedy!).

Zmiana optyki

Jeśli będziemy patrzeć jedynie pod nogi (oczywiście patrzenie pod nogi jest potrzebne : lepiej się nie przewrócić, wpatrując w gwiazdy, a stąpanie mocno po ziemi też ma swoje plusy, gorzej gdy JEDYNIE tym się w życiu zajmujemy), możemy nie dostrzec, że drepczemy wciąż w kółko wokół swoich własnych problemów: ani ich nie przeskakujemy, ani nie obchodzimy, ani nie pokonujemy, uwięzieni w jakiejś kolejnej kratce naszego życia.  Jeżeli jednak oprócz patrzenia pod nogi spojrzymy też nieco wyżej, może dojrzymy wyciągniętą – już nie trawę, jej źdźbło, a dłoń Boga. Może wtedy usłyszymy Jego pełen miłości głos: „Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą” (Iz 41,13).

To pewne

Skoro zdarza nam się od czasu do czasu pomóc takiemu, czy innemu żyjątku wydostać się z opresji, to tym bardziej możemy być pewni, że naszemu Ojcu zależy na tym, byśmy zostali uratowani, nie od czasu do czasu, ale za każdym razem, gdy tego potrzebujemy. Są sytuacje, w których prężenie muskułów na niewiele się zda. Ale zdanie się na Niego – tak. I wiara w to, że niezależnie od okoliczności nie przestaje nas kochać i czuwać nad naszym życiem.

Na pewno.

***

„Ty zaś, Izraelu, mój sługo,
Jakubie, którego wybrałem sobie,
potomstwo Abrahama, mego przyjaciela!
Ty, którego pochwyciłem na krańcach ziemi,
powołałem cię z jej stron najdalszych
i rzekłem ci: «Sługą moim jesteś,
wybrałem cię, a nie odrzuciłem».
Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą;
nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem.
Umacniam cię, jeszcze i wspomagam,
podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą.
Oto wstydem i hańbą się okryją
wszyscy rozjątrzeni na ciebie.
Unicestwieni będą i zginą
ludzie kłócący się z tobą.
Będziesz ich szukał, lecz nie znajdziesz
tych ludzi, twoich przeciwników.
Unicestwieni będą i na nic zejdą
ludzie walczący z tobą.
Albowiem Ja, Pan, twój Bóg,
ująłem cię za prawicę
mówiąc ci: «Nie lękaj się,
przychodzę ci z pomocą».
Nie bój się, robaczku Jakubie,
nieboraku Izraelu!
Ja cię wspomagam – wyrocznia Pana –
odkupicielem twoim – Święty Izraela.
Oto Ja przemieniam cię w młockarskie sanie,
nowe, o podwójnym rzędzie zębów:
ty zmłócisz i wykruszysz góry,
zmienisz pagórki w drobną sieczkę;
ty je przewiejesz, a wicher je porwie
i trąba powietrzna rozmiecie.
Ty natomiast rozradujesz się w Panu,
chlubić się będziesz w Świętym Izraela.” (Iz 41, 8-16)

Celebrowanie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”, taka refleksja mnie naszła po powrocie z kilkudniowego wypadu w góry. Chociaż wyjazd był bardzo udany (i potrzebny), pełen wrażeń i różnorodnych wspinaczkowych doświadczeń (w deszczu, we mgle i w pełnym słońcu), to jednak powrót powitałam z ulgą.

Home sweet home

Doceniłam mój codzienny rytm dnia, miejsce na tarasie, w którym łatwiej zbiera mi się myśli i swobodniej modli. Powtarzalne czynności, domowe obowiązki i przede wszystkim rodzinę w pełnym składzie zgromadzoną wokół stołu. W górach byliśmy bez dwójki chłopców, którzy w tym samym czasie wypoczywali na Mazurach, pojechaliśmy tylko z trójką dzieci.

Serce nie śpi

W domu, w którym na wyjeździe nocowaliśmy, za ścianą płakało niemowlę. Zdarzyło mi się tam więc kilka razy przebudzić z nieodpartym wrażeniem, że powinnam wstać i je ululać, nakarmić i ukoić jego płacz. Dopiero po chwili uzmysławiałam sobie, że dzieci, których jestem mamą, śpią spokojnie niedaleko mnie oraz że dawno już z wieku niemowlęcego wyrosły. Jednak jakiś cień niepokoju pozostawał, bo nie byliśmy w komplecie – myślami biegłam więc do Kruklanek, zastanawiając się, jak sobie radzą na wyjeździe nasi synowie.

Bliski kontakt

Krótkie telefoniczne rozmowy co wieczór dawały mi namiastkę naszych codziennych domowych rozmów. Nie widziałam jednak ich twarzy, gdy rozmawialiśmy przez telefon i nie miałam w związku z tym pełniej informacji o tym, co się z nimi dzieje. Przyzwyczaiłam się do naszego domowego rytuału, do tego, że zaczynamy i kończymy dzień uściskiem, buziakiem, kreślonym na czole krzyżem. Brakowało mi tego.

Czas dla bliskich

Teraz znów jesteśmy wszyscy razem, w wakacyjnym trybie spędzamy czas. Jutro mają nas odwiedzić krewni i zostać kilka dni. Przygotowałam już pościele, piekę właśnie mięsa w piekarniku (będzie nas razem dwanaścioro) i zastanawiam się, jak to będzie. Nie, nie mam na myśli odwiedzin, ale moment, gdy nasze dzieci będą już dorosłe. Moi rodzice twierdzą zgodnie, że ten czas mija zazwyczaj zbyt szybko. Nim się człowiek zdąży obejrzeć, już z niemowlęcia robi się nagle dorosły i wyfruwa z gniazda. Pewnie mają rację.

Wdzięczność

Właśnie dlatego chcę celebrować każdy dzień, by potem nie ocknąć się zaskoczona, gdy  któryś z domowników żegnać będzie rodzinne progi. Cieszę się, patrząc jak rosną. Jestem wdzięczna za każdą i każdego. I za to, że jesteśmy rodziną. Nieidealną, ale kochającą i wspierającą się nawzajem. Z tej perspektywy inne sprawy są mniej istotne, wracają do swoich normalnych rozmiarów, a obawy i lęki kurczą się i robią miejsce dla zaufania i poczucia bezpieczeństwa.

Ty i ja

Wracając z górskiej wyprawy nasza córeczka poprosiła o jakąś góralską piosenkę. Posłuchaliśmy kilku z nich w drodze powrotnej. Refren jednej brzmiał: „I tak mi mówi moje serce, tak mi mówią sny, dla ciebie jestem ja, a dla mnie ty.” Nie wiem dlaczego, ale słuchając jej, oczy mi powilgotniały. Jakaś czuła struna została we mnie poruszona przez te słowa.

Na skale

Wieczorem, gdy kładłam spać naszą najmłodszą pociechę, znów zagadnęła mnie o tę góralską piosenkę. „To o tobie, mamusiu, i o tacie, prawda?” – spytała. Tak, to o nas. Ale też (choć ani wykonawcy, ani autorzy utworu pewnie tego nie zakładali) o tym, że każdy z nas jest chciany i kochany przez Boga.

Mam świadomość, że jest coś większego niż nasze rodzicielskie starania, że jest Ktoś, kto spaja nasze fundamenty, kto scala nas jako rodzinę, kto dodaje sił, pociesza i pomaga dalej iść.

I tak mi mówi moje serce, tak mi mówią sny. Dla Ciebie, Panie, jestem ja, a dla mnie – Ty.

 

***

„Jeżeli Pan domu nie zbuduje,
na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.
Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,
strażnik czuwa daremnie.
Daremnym jest dla was
wstawać przed świtem,
wysiadywać do późna –
dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko;
tyle daje On i we śnie tym, których miłuje.

Oto synowie są darem Pana,
a owoc łona nagrodą.
Jak strzały w ręku wojownika,
tak synowie za młodu zrodzeni.
Szczęśliwy mąż,
który napełnił
nimi swój kołczan.
Nie zawstydzi się, gdy będzie rozprawiał
z nieprzyjaciółmi w bramie.”  (Ps 127, 1-5)

Wewnętrzna siła

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Stoję nad brzegiem Drawy, delektuję się pięknem przyrody i chłodną wodą w ten upalny i suchy wieczór. Dwa psy szczekają, goniąc się zawzięcie. Córeczka przytula się mocno do mnie – nie rozumie, czy to jest zabawa, czy jakiś groźny pościg.  Po chwili jednak śmieje się razem z nami. Jesteśmy w gościnie u znajomej ze wspólnoty. To miejsce powinno nazywać się Samotnia, orzekamy zgodnie z mężem. Jest tu tak cicho i spokojnie (nie licząc odgłosów zwierząt: koni, jaskółek uratowanych przez naszą znajomą i wspomnianych już psów). Nie ma bieżącej wody ani prądu. Domek jest śliczny i pachnie świeżym drewnem. Studnia ciekawi naszych synów, biorą się więc za podlewanie roślin u „cioci”, przegryzając w trakcie pyszności przez nią przygotowane.

Odpoczynek psychiczny

Te kilka godzin spędzonych na niespiesznej rozmowie na łonie przyrody ma właściwości lecznicze. Czuję się lżejsza na duchu, w innym świetle widzę moje codzienne troski i niepewności. Stres nie jest już tak mocno odczuwalny. Gdyby nie alergia, powiedziałabym, że po tej wizycie lżej mi się oddycha. Dzieci po dużej dawce ruchu na świeżym powietrzu i po tylu atrakcjach zasypiają błogo, snem sprawiedliwego.

Zmiana optyki

Krótka modlitwa i dzielenie tym, co właśnie dzieje się u każdego z nas, pomaga mi spojrzeć inaczej na to, co do niedawna napełniało mnie niepokojem.  Rzeczywiście, sporo zależy od tego, od której strony spojrzy się na problem. . . Teraz widzę go w odpowiednich proporcjach, a co więcej, widzę, ze to nie jest wcale mój problem!

Odporność

Przy tej okazji przez chwilę się zastanawiam, dlaczego jedni z nas wychodzą z podniesioną głową z życiowych starć, podczas gdy inni, mierząc się z obiektywnie mniejszymi trudnościami, jeszcze przez długi czas nie są w stanie się wyprostować? Pośrednio odpowiada na to pytanie kwestia odporności psychicznej. Zazwyczaj mówiąc o odporności, mamy na myśli naszą kondycję fizyczną i to, czy szybko „łapiemy” infekcje oraz w jakim tempie z nich „wychodzimy”. Jednak odporność psychiczna jest równie ważna i w pewnym stopniu powiązana z naszym zdrowiem fizycznym, ale jeszcze bardziej z tym, jak myślimy o sobie, innych i otaczającej nas rzeczywistości.

Jak przeżywam to, co mnie spotyka

Oprócz tego, jak dbamy o naszą psychikę na co dzień (i czy w ogóle o nią dbamy), ważne jest to, jak podchodzimy do spotykających nas przeciwności, jak odbieramy to, co się nam przytrafia i jaką rangę nadajemy tym wydarzeniom. To my interpretujemy rzeczywistość, w jakiej przyszło nam żyć. To od nas zależy, jak ją nazwiemy i przeżyjemy. To od nas zależy, co zrobimy z tym, co się stało. Nawet jeśli nie mieliśmy wielkiego wpływu na dane wydarzenie w naszym życiu, to mamy ogromny wpływ na to, jak je zinterpretujemy, jak je przeżyjemy: jako życiową katastrofę, czy jako wyzwanie, kolejny krok, następny etap, przejście ku czemuś nowemu.

Usiąść czy wstać

To, co zrobimy z tym, co się zadziało jest kluczowe. Jak mawia moja mama, można „tylko usiąść i płakać”, ale można też wstać i ruszyć dalej. Płacz jest potrzebny, ale w odpowiednich proporcjach. Tak samo zatrzymanie i „usiąście”, mówiąc nie po polsku, ale potrzebne jest też to, by w końcu podnieść się i dać się poprowadzić w nowe obszary. Pozwolić, by nasz duch, nasze wnętrze zostało odnowione przez Boga, orzeźwione, by zakwitło na nowo.

Nieprzewidziane okoliczności

Delta wisi nad nami jak złowieszczy cień, zwiastujący powrót lockdownu. Nie myślę o tym na co dzień, ale gdy wczoraj usłyszałam, że na drugą połowę sierpnia przewidywane jest nadejście czwartej fali koronawirusa, zatrzymałam się na chwilę i skonstatowałam, że właśnie na ten czas mamy zaplanowane rodzinne wakacje.

To, co do mnie należy i to, na co nie mam wpływu

Nie wprawiło mnie to jednak w osłupienie, ani nie ogarnęła mnie po usłyszeniu tej informacji panika. Po prostu przyjęłam to do wiadomości. Być może  podane wczoraj publicznie rokowania są trochę na wyrost. Być może indyjska odmiana covidu nie zatrzyma nas w domach. Nie wiem. Ale przestałam się już jakiś czas temu bać – w znaczeniu poddawania się paraliżującemu strachowi. Robię to, co do mnie należy, a resztę pozostawiam Opatrzności. Jak radził święty Ignacy z Loyoli, ufam tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działam i modlę się tak, jakby wszystko zależało ode mnie. Jestem przekonana, ze w każdym czasie Bóg może działać, nie tylko w takim, gdy wszystko się układa po naszej myśli.

Czas wewnętrznego odnowienia

Przeczytałam niedawno piękną książkę, która skłoniła mnie do przemyślenia kilku spraw dotyczących mojego życia osobistego, do pogłębienia relacji z mężem i do większego otwarcia na relację z Bogiem. Książkę znalazłam w gminnej bibliotece, ukrytą wśród opasłych tomisk. Ta niewielka pozycja napisana przez indyjskiego księdza, profesora biblistyki, była odpowiedzią na moje niedawno zadawane pytania. W odpowiednim czasie znalazły się więc odpowiedzi, choć zupełnie nie zakładałam, że tam mogą być ukryte.

Słucha i odpowiada

Przypomniały mi się wtedy słowa mojego kierownika duchowego, który kiedyś zdradził mi, że w jego życiu tak właśnie się dzieje: gdy mocno szuka odpowiedzi na dręczące go pytania, nagle natrafia na jakąś książkę, wyjaśniającą szczegółowo daną kwestię lub spotyka kogoś, kto dzieli się z nim doświadczeniem dotyczącym tego akurat tematu. Innym razem na modlitwie czy podczas sprawowania sakramentów przychodzi światło od Pana.  Bóg nigdy nas nie zostawia samych z naszymi dylematami.

Wewnętrzne siły

Potrzeba tylko trochę cierpliwości, bo nie zawsze od razu gotowi jesteśmy, by usłyszeć odpowiedź. Świadomość tego również wzmacnia naszą wewnętrzną odporność. Święty Paweł pisał o siłach wewnętrznego człowieka: „Dlatego zginam kolana moje przed Ojcem, od którego bierze nazwę wszelki ród na niebie i na ziemi, aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego wzmocnienie siły wewnętrznego człowieka” (Ef 3, 14-16). Sądzę, że teraz jest dobry czas, by wziąć sobie do serca jego słowa. Wzmocnić nasze wnętrze. Nie poprzez prężenie duchowych muskułów, ale przez ufne zawierzenie Bogu, na przekór przeciwnościom i przykremu stanowi zawieszenia czy niepewności. Duchu Święty, prowadź!

***

„Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani,  wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą.

Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen.” (Ef 3, 17-21)

Jasne myśli

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Dobre drzewo daje dobrze owoce, złe drzewo rodzi owoce złe. Co jednak z naszymi myślami, kłębiącymi się co dzień w głowach? Jedne nas uskrzydlają, motywują do działania, skłaniają do zastanowienia, przemyślenia czegoś, inne – sprawiają, że nie mamy chęci na nic, że tracimy wiarę: w siebie, w innych, a może i w Bożą obecność w naszym życiu.

Obracać się ku słońcu

Znajoma, z którą mieszkałam na stancji podczas studiów, wyjaśniła mi kiedyś, że słonecznik po francusku to kwiat, który obraca się za słońcem. Pomyślałam wtedy, że to świetna ilustracja tego, jak obracamy się w stronę tego, co dla nas ważne. Przykład tego, czego w życiu bardzo bym chciała: jak słonecznik – obracać się w stronę światła. Szukać tego, co sprawia, że się rozwijam, a nie marnieję wewnątrz.

Zrealizowanie tego jednak nie było dla mnie łatwe ( a przynajmniej nie tak łatwe jak wymówienie poprawnie francuskiej nazwy słonecznika, gdy z pomocą przyszła wspomniana wyżej koleżanka). Szukanie „jasnej strony życia” wymagało ode mnie porzucenia złych nawyków, utartych zwyczajów, zmiany mentalności.

Nie dokonało się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ale w przeciągu dłuższego czasu, za dotknięciem łaski, z która podjęłam współpracę… na co dzień.

Idź w stronę światła

Szukanie dobra stało się moim nowym nawykiem. Odnajdywanie jego okruchów w codzienności i wdzięczność za nie okazało się świetną metodą na zmianę optyki. Już nie koncentrowałam się na tym, co było przygnębiające lub (z mojej perspektywy) niewystarczające. Wdzięczność okazała się lekarstwem dla ducha, witaminą M, której przyjmowanie zapisane mam w recepcie na życie.

Iść, ciągle  iść, w stronę słońca

Nadal zdarzają mi się dni, gdy z wielkim trudem obracam głowę, gdy z wielkim wysiłkiem ją podnoszę, by spojrzeć w górę. Nie poddaję się jednak: nawet, gdy nie widać słońca, bo skryło się za chmurami, nie znaczy wcale, że przestało istnieć.

Anioły

Przeczytałam dziś na Twitterze słowa papieża Franciszka, które przypomniały mi coś bardzo ważnego: Bóg posyła do nas aniołów. Nawet w najtrudniejszym momencie nie jesteśmy sami. Blask Bożego światła otacza nas bez przerwy. Nie zawsze potrafimy to dostrzec, ale na szczęście obok są anioły w ludzkiej skórze, które nam ten blask pokazują. Czasem wystarczy tylko podnieść głowę!

***

„Wznoszę swe oczy ku górom:
Skądże nadejdzie mi pomoc?
Pomoc mi przyjdzie od Pana,
co stworzył niebo i ziemię.
On nie pozwoli zachwiać się twej nodze
ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże.
Oto nie zdrzemnie się
ani nie zaśnie
Ten, który czuwa nad Izraelem.
Pan cię strzeże,
Pan twoim cieniem
przy twym boku prawym.
Za dnia nie porazi cię słońce
ni księżyc wśród nocy.
Pan cię uchroni od zła wszelkiego:
czuwa nad twoim życiem.
Pan będzie strzegł
twego wyjścia i przyjścia
teraz i po wszystkie czasy.” (Ps 121, 1-8)

 

Przejdź do paska narzędzi