Tagi
#chrzescijanstwo, #codziennosc, #ewangelizacja, #małżeństwo, #miłość, #odpoczynek, #przyroda, #relacje, #rodzina, #troska, #zdrowiepsychiczne

Fot. Danuta Kamińska
Gdy pierwszy raz usłyszałam tę nazwę, wywołała we mnie skrajne reakcje. Najpierw był to ostry sprzeciw. Jak można chodzić na randki, myślałam sobie, będąc już w małżeństwie, przecież to jedno z drugim się kłóci (jeśli oczywiście poważnie traktujemy małżeństwo). Skoro już złożyliśmy przysięgę przed Bogiem, że z tą właśnie osobą spędzimy resztę życia (aż do śmierci, kochając, będąc wiernymi i uczciwymi w małżeństwie), to po co szukać (i to na randce!) innej osoby.
Dopiero, gdy ktoś wyjaśnił mi, że na tej randce ma być nie kto inny, a właśnie ten mąż i ta żona, z którą ślubowaliśmy przed Bogiem, odetchnęłam z ulgą. :)
A potem pojawiło się zaciekawienie. Słuchałam opowieści koleżanki o tym, jak to jest, gdy wychodzi się tylko we dwoje na przykład na kolację (lub organizuje się ją w domu, ale też tylko we dwoje, na przykład przy świecach) lub idzie się do opery lub teatru, a po przedstawieniu na długi spacer lub na lody… Tylko we dwoje.
Wydawało mi się to sensowne. I nie miałam na myśli robienia z życia bajki w pastelowych barwach, ale bardziej – zatroszczenie się o to, by ta relacja, zaraz po Bogu, była najważniejszą.
Pomyślałem więc, że warto byłoby przetestować ten wynalazek, gdy już skończymy szczęśliwie etap narzeczeństwa. Mój przyszły mąż był zresztą podobnego zdania. Tak też więc zrobiliśmy, wprowadzając po ślubie randki małżeńskie na stałe do naszego kalendarza.
Wspominam jedną z nich, krótko po urodzeniu pierwszego naszego dziecka. Synek spał spokojnie obok w nosidle, a my siedzieliśmy razem w ogródku w restauracji. Wdychałam słodką woń kwiatów, które zamówił dla mnie mąż w pobliskiej kwiaciarni, i które czekały na mnie, zanim się zjawiliśmy, na stoliku przykrytym obrusem.
Pamiętam też randkę, podczas której nasza bliska znajoma spacerowała z wózkiem (w którym spał nasz bobas) wokół lodowiska, na którym we dwoje jeździliśmy na łyżwach, trzymając się za ręce.
Były też takie randki, na których mogliśmy poruszyć trudne dla nas tematy i przegadać je, na ile było to wtedy możliwe, pomilczeć, podyskutować, bez obecności naszej piątki – małych wtedy – dzieci. To też było potrzebne.
I z uśmiechem wspominam całkiem niedawną: wstałam wtedy z łóżka po dłuższej chorobie, by wyjść i zrobić kilka kroków na świeżym powietrzu (taki był plan), a skończyło się na długim spacerze i spektaklu w Teatrze Wielkim.
A przed nami kolejna randka małżeńska, tym razem w górach, weekendowa. Nie znam wszystkich szczegółów, ale już się cieszę. I jestem wdzięczna, że ktoś nam kiedyś powiedział o takiej formie pielęgnowania relacji między mężem a żoną. Może i teraz komuś czytającemu te słowa przyda się ta informacja i zachęta.
Nie rezygnowaliśmy z randek nawet wtedy, gdy nie mieliśmy pieniędzy – polne kwiaty przyniesione przez męża były tym bardziej cenne dla mnie.
Nie odkładaliśmy na później naszych randek tylko dlatego, że byliśmy zmęczeni lub nie mieliśmy z kim zostawić pociech – zdarzało się, że czekaliśmy aż dzieci usną i organizowaliśmy wtedy coś wspólnie w naszym domu – kolację przy świecach na przykład.
Nie zawsze musiało to mieć formę klasycznej randki, bo przecież byliśmy już (i nadal jesteśmy) małżeństwem, więc repertuar randkowy po ślubie został mocno wzbogacony i nie ogranicza się do trzymania się za ręce. ;)
Czy randki małżeńskie są konieczne? Nie, absolutnie nie są. Ale konieczne jest wydzielenie czasu na ważne dla nas relacje, bo relacje rozwijają się w czasie i w „realu”.
Tak jak każdego dnia znajduję czas, by porozmawiać z każdym z naszych pięciorga dzieci osobno, tak i z mężem potrzeba, bym spędzała trochę czasu osobno.
Kiedy jesteśmy wszyscy razem, jest oczywiście cudownie, gdy coś robimy, śmiejemy się, opowiadamy, jak minął nam dzień, coś planujemy lub rozwiązujemy jakiś problem. Lubię ten czas razem bardzo. Nawet wspólne polegiwanie na sofie i czytanie każdy swojej książki – od dziecięcych komiksów (młodsze dzieci) po poważne lektury i opasłe tomiska (starsze pociechy). Ale „osobno”, tylko we dwoje, też jest ważne dla zdrowej równowagi. Troszkę, ale regularnie. Przynajmniej w naszym w związku taka zasada się sprawdza.
I oczywiście nie sama randka jest tu rozwiązaniem ani nie nasze codzienne żwawe spacery we dwoje (choć na pewno te kilometry przekładają się na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne, ale nie są jakimś magicznym sposobem na utrzymanie związku). Sekret tkwi w czymś innym. Ale to chyba wiadomo – myślę, że nie muszę o tym sekrecie pisać. :)









