Randka małżeńska

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Gdy pierwszy raz usłyszałam tę nazwę, wywołała we mnie skrajne reakcje. Najpierw był to ostry sprzeciw. Jak można chodzić na randki, myślałam sobie, będąc już w małżeństwie, przecież to jedno z drugim się kłóci (jeśli oczywiście poważnie traktujemy małżeństwo). Skoro już złożyliśmy przysięgę przed Bogiem, że z tą właśnie osobą spędzimy resztę życia (aż do śmierci, kochając, będąc wiernymi i uczciwymi w małżeństwie), to po co szukać (i to na randce!) innej osoby.

Dopiero, gdy ktoś wyjaśnił mi, że na tej randce ma być nie kto inny, a właśnie ten mąż i ta żona, z którą ślubowaliśmy przed Bogiem, odetchnęłam z ulgą. :)

A potem pojawiło się zaciekawienie. Słuchałam opowieści koleżanki o tym, jak to jest, gdy wychodzi się tylko we dwoje na przykład na kolację  (lub organizuje się ją w domu, ale też tylko we dwoje, na przykład przy świecach) lub idzie się do opery lub teatru, a po przedstawieniu na długi spacer lub na lody… Tylko we dwoje.

Wydawało mi się to sensowne. I nie miałam na myśli robienia z życia bajki w pastelowych barwach, ale bardziej – zatroszczenie się o to, by ta relacja, zaraz po Bogu, była najważniejszą.

Pomyślałem więc, że warto byłoby przetestować ten wynalazek, gdy już skończymy szczęśliwie etap narzeczeństwa. Mój przyszły mąż był zresztą podobnego zdania. Tak też więc zrobiliśmy, wprowadzając po ślubie randki małżeńskie na stałe do naszego kalendarza.

Wspominam jedną z nich, krótko po urodzeniu pierwszego naszego dziecka. Synek spał spokojnie obok w nosidle, a my siedzieliśmy razem w ogródku w restauracji. Wdychałam słodką woń kwiatów, które zamówił dla mnie mąż w pobliskiej kwiaciarni, i które czekały na mnie, zanim się zjawiliśmy, na stoliku przykrytym obrusem.

Pamiętam też randkę, podczas której nasza bliska znajoma spacerowała z wózkiem (w którym spał nasz bobas) wokół lodowiska, na którym we dwoje jeździliśmy na łyżwach, trzymając się za ręce.

Były też takie randki, na których mogliśmy poruszyć trudne dla nas tematy i przegadać je, na ile było to wtedy możliwe, pomilczeć, podyskutować, bez obecności naszej piątki – małych wtedy –  dzieci. To też było potrzebne.

I z uśmiechem wspominam całkiem niedawną: wstałam wtedy z łóżka po dłuższej chorobie, by wyjść i zrobić kilka kroków na świeżym powietrzu (taki był plan), a skończyło się na długim spacerze i spektaklu w Teatrze Wielkim.

A przed nami kolejna randka małżeńska, tym razem w górach, weekendowa. Nie znam wszystkich szczegółów, ale już się cieszę. I jestem wdzięczna, że ktoś nam kiedyś powiedział o takiej formie pielęgnowania relacji między mężem a żoną. Może i teraz komuś czytającemu te słowa przyda się ta informacja i zachęta.

Nie rezygnowaliśmy z randek nawet wtedy, gdy nie mieliśmy pieniędzy – polne kwiaty przyniesione przez męża były tym bardziej cenne dla mnie.

Nie odkładaliśmy na później naszych randek tylko dlatego, że byliśmy zmęczeni lub nie mieliśmy z kim zostawić pociech – zdarzało się, że czekaliśmy aż dzieci usną i organizowaliśmy wtedy coś wspólnie w naszym domu – kolację przy świecach na przykład.

Nie zawsze musiało to mieć formę klasycznej randki, bo przecież byliśmy już (i nadal jesteśmy) małżeństwem, więc repertuar randkowy po ślubie został mocno wzbogacony i nie ogranicza się do trzymania się za ręce. ;)

Czy randki małżeńskie są konieczne? Nie, absolutnie nie są. Ale konieczne jest wydzielenie czasu na ważne dla nas relacje, bo relacje rozwijają się w czasie i w „realu”.

Tak jak każdego dnia znajduję czas, by porozmawiać z każdym z naszych pięciorga dzieci osobno, tak i z mężem potrzeba, bym spędzała trochę czasu osobno.

Kiedy jesteśmy wszyscy razem, jest oczywiście cudownie, gdy coś robimy, śmiejemy się, opowiadamy, jak minął nam dzień, coś planujemy lub rozwiązujemy jakiś problem. Lubię ten czas razem bardzo. Nawet wspólne polegiwanie na sofie i czytanie każdy swojej książki – od dziecięcych komiksów (młodsze dzieci) po poważne lektury i opasłe tomiska (starsze pociechy). Ale „osobno”, tylko we dwoje, też jest ważne dla zdrowej równowagi. Troszkę, ale regularnie. Przynajmniej w naszym w związku taka zasada się sprawdza.

I oczywiście nie sama randka jest tu rozwiązaniem ani nie nasze codzienne żwawe spacery we dwoje (choć na pewno te kilometry przekładają się na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne, ale nie są jakimś magicznym sposobem na utrzymanie związku). Sekret tkwi w czymś innym. Ale to chyba wiadomo – myślę, że nie muszę o tym sekrecie pisać. :)

O grzechu i łasce

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Podczas jednego z kursów ewangelizacyjnych padło pytanie o to, jak mówić o grzechu. Jest to ważne pytanie. W naszych czasach albo się temat przemilcza, albo wraca do dawnej narracji i straszy piekłem. 

Jednak ani przemilczanie grzechu, ani tym bardziej straszenie nie jest dobrym rozwiązaniem. Bojaźń Boża to coś innego niż życie w lęku. Straszenie nie jest więc dobrą metodą – lepszą jest ukazywanie całej prawdy i pozostawianie możliwości wyboru.

Również nabieranie wody w usta jest bezcelowe. Jeżeli przemilczymy problem  grzechu, to o jakim Zbawicielu wówczas mówimy i o jakim zbawieniu? Od czego ratuje nas Boży Syn, jeśli nie wspominamy ani słowem o winie człowieka? Dlaczego w takim razie Jezus przyszedł na świat, skoro grzechu „nie ma”? Dlaczego Chrystus został w ogóle przez Ojca posłany?

Podobno na ścianie pewnej stacji metra ktoś napisał sprayem: „Jezus jest jedyną odpowiedzią”. Ktoś inny zaś szybko dopisał: „A jakie było pytanie?”

W tym tkwi cała trudność, że współcześnie wielu z nas zapomniało (lub nie chce pamiętać) o tym, co jest naszym największym problemem, o rozwiazanie którego nasza dusza nie przestaje pytać.

Skoro jednak wielu uznaje, że nie ma tematu grzechu, to nie ma też problemu do rozwiązania. Jeśli nie ma pytania, nie można usłyszeć i przyjąć odpowiedzi.

Dopóki nie uznajemy, że jesteśmy chorzy, nie sięgamy po lekarstwo – jest to zrozumiałe.

Kiedy jednak nie uznajemy, że grzech jest problemem, z którym sobie sami jako ludzie nie poradzimy, łatwo zasiać w nas lęk i zwątpienie w miłosierdzie Boga i Jego pomoc, strasząc piekłem.

Oczywiście nie chodzi o to, by podważać  istnienie piekła, ale o to, by pokazać rozwiązanie, by uświadomić, czego dokonał dla nas Jezus Chrystus.

Nie idziemy od domu do domu po to, by każdemu, kto nam otworzy, wykrzyczeć w twarz: „Ty grzeszniku!”, a potem z zadowoleniem z powodu dobrze wykonanego zadania odejść swoją drogą. Nie na tym polega ewangelizacja. Nie na tym też, by opowiadać o swoich grzechach z nadzieją, że słuchający nas człowiek w pewnym momencie wykrzyknie: „O, ja też czasami kłamię!”. To nie ma być ani spowiedź powszechna, ani stanięcie przed trybunałem.

Wszyscy poruszamy się w tej przestrzeni: i ewangelizatorzy, i osoby ewangelizowane. Każdy z nas, podchodząc do kratek konfesjonału, ma coś do wyznania, raczej chyba nikt nie musi pożyczać kartki z grzechami od sąsiada. Słowo Boże mówi, że sprawiedliwy siedem razy na dzień upada (por. Prz 24, 16), a co dopiero my.

Jednak prawda o grzechu jest o wiele głębsza: nie jesteśmy już jego niewolnikami. Jesteśmy synami i córkami Boga, Jego dziećmi.

Nadal pozostajemy w ciele, nadal żyjemy naszym ziemskim życiem i wciąż wystawieni jesteśmy na różnego rodzaju pokusy. I upadamy. Kochamy Boga, wystrzegamy się zła, unikamy wszystkiego, co do zła prowadzi, aby nas grzech nie opanował, ale to nie znaczy, że nie grzeszymy. Żyjemy w łasce uświęcającej, przyjmujemy sakramenty, umacniamy się Ciałem i Krwią Chrystusa w Eucharystii, ale nie jesteśmy tak mocni (nikt nie jest), by móc powiedzieć: „Już nigdy nie upadnę, nigdy nie zgrzeszę, nawet lekko, nawet grzechem powszednim”. Dopóki żyjemy, popełniamy niestety grzechy.

Dlatego idąc na ewangelizację, nie stawiamy się w pozycji kogoś lepszego, kto ma teraz „tych gorszych” pouczać. Owszem, zdarza się, że grzech osoby, którą spotykamy jest nieomal „widoczny” w postaci niesakramentalnego związku czy czynów homoseksualnych. Ale to nie znaczy, że skoro nasza sfera seksualna jest uporządkowana, mamy prawo potępić jakąś osobę lub zwracać się do niej w upokarzający sposób.

Zdarzają się przecież sytuacje zgoła odwrotne: docieramy do domów, w których spokój i wzajemna miłość członków rodziny niejednego z nas, ewangelizatorów,  zawstydzają. To nie jest tak, że Bóg posyła świętych do nieświętych.

Co więc dokonało się dwa tysiące lat temu? Jak o tym mamy mówić, by nie przemilczeć tak ważnych dla naszego zbawienia prawd?

Żyjemy w rzeczywistości, którą można określić jako „już i jeszcze nie”. Zbawienie  JUŻ się dokonało: Chrystus przelał za nas swoją krew. „Gdyś odkupił nas od zbrodni drogiej swojej Krwi strugami” śpiewamy w „Te Deum”. Jednocześnie jednak JESZCZE NIE doświadczamy W PEŁNI owoców tego odkupienia.

Co wiecej: znajdujemy się w takim etapie naszego życia, o którym bez żadnej przesady możemy powiedzieć, że właśnie ważą się nasze losy. I nie jest to kwestia przyznania kredytu lub jego spłaty, ale kwestia naszego wiecznego zbawienia. Dopóki żyjemy, wybieramy, czy przyjmujemy to, co dla nas wysłużył Jezus, czy odrzucamy Jego zbawienie i idziemy własną drogą (na zatracenie).

Jak się dokonuje przyjęcie tego, co dla nas zdobył Pan przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie? Poprzez wiarę i nawrócenie. Innymi słowy poprzez uczynienie zbawienia swoim i przyjęcie konsekwencji tego, czyli poprzez poddanie siebie samego i całego swojego życia Bogu.

„Brzmi groźnie” – jak mawia mój znajomy. Nie, to rozwiązanie przeciwne brzmi groźnie, ponieważ żaden człowiek nie umie sobie poradzić sam z grzechem, a „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6, 23). Dodatkowo utrudnia sprawę fakt, że „wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3, 23). Dlatego każde ludzkie rozwiązanie skazane jest na porażkę. Mówiąc w skrócie: rozpaczliwie potrzebujemy Boga. Bez Niego wyjście ze śmierci, jaką przynosi grzech, jest po prostu niemożliwe.

A dobra wiadomość jest taka, że „łaska przez Boga dana to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6, 23 b). Wszyscy „dostępują zaś usprawiedliwia darmo, z Jego łaski, przez odkupienie, które jest w Chrystusie Jezusie” (Rz 3, 24).

Jak więc mówić o grzechu? Wprost i nie wyrywając prawdy o nim z kontekstu kerygmatu. Jak mawia nasz znajomy ksiądz, w kerygmacie „wszystko się zazębia”.

Jesteśmy kochani przez Boga. Stworzeni na Jego obraz, obdarzeni tęsknotą za życiem w jedności z Nim.

Grzech tę jedność rozrywa, a my nie potrafimy z powrotem wrócić do pełnej jedności z Bogiem. Nosimy w sobie ranę grzechu pierworodnego, ale dzięki ofierze Jezusa  Chrystusa grzech nie ma nad nami już władzy. Ponieważ „krew Jezusa,  Syna Jego, oczyszcza nas w wszelkiego grzechu” (1J 1, 7).

Naszym zadaniem nie jest więc ukrywanie naszych grzechów, ale ufne wyznanie ich dobremu Bogu, aby obmył nas w krwi swojego Syna. To jedyne lekarstwo na grzech, jakie zna ludzkość. Nie znaleziono  innego. I nie będzie nigdy innego, ponieważ „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym mogli być zbawienia (Dz 4, 12). Tylko Jezus.

Uznanie Go jedynym Zbawicielem prowadzi nas do wyznania wiary w Niego – nie tylko ustami, ale i sercem (por. Rz 10, 9-10). I do nawrócenia, którego owocem są dobre czyny, „które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (por. Ef 2, 10 ).

Ci, którzy wyznają Jezusa Panem, dokonują tego pod wpływem Ducha Świętego. Bo nikt bez pomocy Ducha nie może powiedzieć: „Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3).

Duch Święty troszczy się o wszystkich, którzy „ani z krwi, ani z żądzy ciała, ale z Boga się narodzili” (J 1, 13) i gromadzi ich w jedno, tworząc z nich wspólnotę Kościoła.

Ci, którzy przyjęli Jego moc i poddali się Jego prowadzeniu, wsłuchując się w Jego natchnienia, idą dalej, by świadczyć o Chrystusie i spotkaniu z Nim, o przebaczeniu i łasce.

Jak więc mówić o grzechu? Skladając świadectwo o tym, jak Bóg z niego wyzwala i jak cenne jest zbawienie, które nam daje. „Za wielką bowiem cenę zostaliśmy wykupieni” (1 Kor 6, 20). „I to nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa” (1 P 1, 18-19).

A na koniec, małe przypomnienie: kiedy mówimy o Bożej miłości, o grzechu i zbawieniu w Jezusie, o wierze i nawróceniu oraz o Duchu Świętym i wspólnocie Kościoła – warto pamiętać, że wraz z nami mówi nie kto inny, a sam Duch Święty. On działa w sercach osób, którym głosimy Dobrą Nowinę.

Nie jesteśmy nauczycielami wiary (prawo kanoniczne jasno określa, komu powierzone jest to zadanie i kto ma realizowac nauczycielską misję Kościoła), my jesteśmy świadkami wiary. Do świadczenia powołany jest każdy ochrzczony wierzący (i jest to zarówno nasz przywilej, jak i obowiązek).

Duch Święty działa w głębi serc osób, do których docieramy, na długo przed tym, jak zadzwonimy do ich drzwi.

Niedawno opowiadała o tym jedna z osób biorących udział w kursie o ewangelizacji, wspominając, że właśnie w ten sposób wcześniej została sama zewangelizowana. Ktoś mówił jej o Bożej miłości, a ona wykrzyknęla: „Ale ja przecież żyję w grzechu!”. Duch Święty sam pouczył ją „o grzechu, o sprawiedliwość i o sądzie” (J 16, 7). Tak, On działa wewnątrz nas i uczy nas cierpliwie, jak głosić życiem i słowem Dobrą Nowinę współczesnemu światu.

Osiołki

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Chodzenie od domu do domu to jedna z form podejmowanych przez naszą wspólnotę i wspólnoty z nami zaprzyjaźnione.

Kilka migawek z ostatniego wyjścia.

Starsza kobieta (rocznik 1938). „Policzcie sobie, ile mam lat” – mówi na powitanie. Pochowała syna (i to jest – stwierdza bez ogródek – jej największy problem i przeszkoda, by przekroczyć progi kościoła), drugi syn wraz z rodziną mieszka razem z nią.

Młody mężczyzna (pięć lat młodszy od mojego męża, którego, jak się zarzeka, skądś zna), mówi przyciszonym głosem o tym, że w swoich poszukiwaniach w wierze jest sam. Chciałby włączyć się do wspólnoty, mieć wsparcie w innych wierzących, bo żona jest „daleko”, jak to określa, i nie interesują jej „takie tematy”.

Mężczyzna w średnim wieku, zamaszyste ruchy, głośny śmiech. Podaje nam szklankę wody, dolewa do niej odrobinę soku. Naprędce stara się uprzątnąć niepotrzebne przedmioty ze stołu. Powtarza, że bardzo się cieszy, że przyszliśmy i że tak powinno być, że jak zwykli ludzie chodzą, to go przekonuje. Opowiada o niedawnej Pierwszej Komunii Świętej swojej córki. Mówi o swoich wątpliwościach i zrażeniu się do instytucji Kościoła. Jest niepraktykujący, o żonie (nieobecnej w domu podczas tej rozmowy) mówi „niewierząca”.
Kot jego sąsiadów leniwie przechadza się po ogrodzie, w końcu wślizguje się do salonu przez otwarte drzwi tarasowe i ocierając się o moje nogi, domaga się głaskania.

Pada deszcz, ale tak, jakby się trochę ociągał. Zapowiadanej ulewy nie ma. Mój parasol wygląda jak nieszczęście ze sterczącymi, połamanymi drutami. Na szczęście pod koniec dnia nie jest już potrzebny.

Wszystkie spotkane osoby oddaję Bogu podczas wieczornej Mszy św. Proboszcz parafii na zakończenie mówi nam, że do tych wszystkich osób (odwiedziliśmy tego dnia czterysta domów) on by nie dotarł, bo chodzi tylko na zaproszenie podczas tak zwanej kolędy, a te osoby nie zapraszają.

Przed wyjściem do tych domów patrzę na piękny obraz Maryi z Dzieciątkiem Jezus trzymanym na Jej rękach. Moją uwagę zwracają Jej bose stopy. Wychodzi w ciemną noc. Ma tylko Jego. Nie wie, jak zostanie przyjęta. To trochę jak my. Bez zabezpieczeń, bez pieniędzy, bez ludzkiej wielkości – osiołki Pańskie, niosące Króla. Byleby nie zapomnieć, że to z Boga jest ta przeogromna moc, nie z nas (por. 2 Kor 4, 7).

 

 

Wzrost

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jesteśmy w górach, wędrujemy pięknymi szlakami, zachwycamy się widokami i odpoczywamy. Raz po raz myśli uciekają mi do pracy, ale – jak przypomniała mi wczoraj dobra znajoma – jestem na urlopie i tym mam się zająć. Staram się więc skupić na tym, co jest tu i teraz, nie wybiegać zbytnio do przodu.

Cieszę się, że jesteśmy tu całą rodziną. Obserwuję, jak każde z naszej piątki pociech inaczej podchodzi do górskiej przygody. Każde jest już na swój wiek samodzielne, ale każde też potrzebuje bliskości, towarzyszenia, akceptacji i zaufania, przestrzeni do stawiania kolejnych kroków. Cudownie jest obserwować, jak się rozwijają, jak wzrastają – nie tylko w sensie wzrostu mierzonego w centymetrach (dwójka najstarszych dawno nas już przerosła), ale przede wszystkim w znaczeniu wewnętrznego rozwoju.

Jestem bardzo wdzięczna za ten czas spędzany razem z całą rodziną. I mam nadzieję, że i dla mnie jest to szansa wzrostu, przede wszystkim w zaufaniu.

Ożywia i pociesza

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Widzę dom, w nim otwarte drzwi. Ojciec czeka na mnie w nich”- słowa tej pieśni towarzyszą mi od kilku dni. Znałam ją już wcześniej, ale zaśpiewaliśmy ją również podczas rekolekcji, w których uczestniczyłam wraz z moimi bliskimi w zeszłym tygodniu i od tego czasu „pracują” we mnie mocno.

Jestem właśnie na urlopie, zabawiam dzieci (swoje i przyjaciół) i pozwalam, by doświadczenia ubiegłego tygodnia się we mnie „ułożyły”. Wiele z nich było dla mnie zaskoczeniem. Inne stanowiły zachętę i wezwanie do powrotu, do odnowienia. Jeszcze inne wydają się być zaproszeniem do czegoś nowego, co dopiero kiełkuje.

Śpiewam ten utwór z coraz głębszą wiarą w to, że jestem domownikiem tego domu, o którym opowiada pieśń. „Strach nie ma wstępu do tego domu, oskarżyciele nie mają głosu. Pan sam pokonał moich wrogów” – to jest doświadczenie zbawienia, ratunku, odnalezienia na nowo oraz głębokiego pokoju.

Dzięki Bogu.

Zachwyca mnie w tym wszystkim ciche działanie Ducha Świętego. Jego subtelny głos w sumieniu, Jego sugestie przy podejmowaniu decyzji. Jego prowadzenie podczas modlitwy i w zwykłych sytuacjach dnia codziennego. Tak bardzo się cieszę, że jest, że towarzyszy.

Niedawno przeczytałam słowa kardynała Rysia o tym, że to oczywiste, że mamy Ducha Świętego (wyjaśniał to w kontekście udzielonych nam sakramentów), za to mniej oczywiste jest pytanie, czy Duch Święty ma nas, a o to przecież chodzi: o bycie poddanym Jego natchnieniom i prowadzeniu.

Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była dla nas z pożytkiem doczesnym i wiecznym. Amen.

Odnawia

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

„Odnawia twoje siły jak u orła” (por. Ps 103, 5) – te słowa towarzyszą mi od pewnego już czasu. Jest w nich zawarta obietnica Bożego działania i wewnętrznego odnowienia. Przywołuję je w pamięci właśnie teraz, bo lato to czas odpoczynku: wakacji dla uczniów, a urlopu dla pracujących. Myślę jednak również o innego rodzaju odpoczynku niż tylko ten związany z przerwą w nauce lub pracy. Niektórzy mówią o nim z angielska „reset”, ja nazwałabym go raczej zwolnieniem tempa i odpuszczeniem.

Jest mi bardzo potrzebny – ostatnie dni mnie w tym utwierdziły. Dotarło do mnie, jak bardzo energochłonne jest myślenie o to, co przede mną. Nawet jeśli aktywnie nie praktykuję zamartwiania, to jednak działa ono jak aplikacja w tle – zjada energię, w tym przypadku życiową energię oczywiście, a nie prąd elektryczny. Rozmyślanie o tym, jakie mogą być ewentualne scenariusze, sprawia, że czuję się przytłoczona i przemęczona.

Oprócz przeróżnych spraw, czekam także na wyniki badań bliskiej mi osoby. Nie myślę o tym bez przerwy, a jednak moje myśli są tym bardziej zajęte, niż zakładałam. Niby jestem spokojna, a jednak raz po raz dopada mnie obawa. To normalne. Wiem jednak, że ponad tym wszystkim jest Pan. Nie jestem sama. On odnawia mnie i odbudowuje, jak obiecał w swoim Słowie. I przyjdzie moment, że poderwie mnie do lotu – jak orła.

Rocznica

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Za nami kolejna już rocznica ślubu. Co roku dziwię się, że już tyle minęło. Wciąż mam wrażenie, że to było tak niedawno, prawie przed chwilą.

W tym roku rozłożyło mnie choróbsko i nie będzie w związku z tym tradycyjnego przyjęcia w ogrodzie, nie pójdziemy też do teatru, choć bilety były już kupione w grudniu. Czasem tak bywa: to tylko nasze, ludzkie plany, zwykła grypa potrafi je niespodziewanie przekreślić.

Ale są też bardziej dalekosiężne plany, jakie ma wobec nas Bóg, i nic nie jest w stanie ich zepsuć, o ile oczywiście będziemy nadal chętni, by je realizować. To plany, jakie ma Pan wobec naszego małżeństwa, które pobłogosławił w dniu naszego ślubu.

Sakrament małżeństwa jest cudowną tajemnicą. Z jednej strony jest czymś oczywistym: dwoje ludzi ślubuje sobie przed Bogiem miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że się nie opuszczą aż do śmierci. Z drugiej jednak strony jest w tym wielka tajemnica, jak w każdym sakramencie. On się „dzieje” w naszej codzienności i może dlatego jest taki wyjątkowy.

Gdy oglądam się wstecz, widzę wyraźnie Boże interwencje w naszym małżeństwie. Widzę, że nigdy nie szliśmy sami tą drogą, nawet jeśli momentami mogło się tak wydawać. Nigdy nie jesteśmy sami.

 

Obecność

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Dlaczego żółto-biała flaga?”- pyta nas córeczka. „To flaga Watykanu” – przytomnie stwierdza jej brat. Boże Ciało i Watykan – szybko obracam w głowie te dwa hasła i po chwili: mam! Już wiem, jak odpowiedzieć dzieciom na pytanie, dlaczego nasz dom oprócz emblematów z eucharystycznymi motywami zdobi także watykańska flaga.

Obecność Jezusa w Eucharystii wydaje mi się tak oczywista (i jednocześnie nieoczywiście cudowna), że z trudem rozumiem sens kazań o wierze akurat w ten świąteczny dzień. Oczywiście budzenie wiary ma sens zawsze, prośba o jej przymnożenie również, ale akurat w tę uroczystość spodziewałam się raczej – chyba trochę naiwnie – tego, by wybrzmiała inna treść, myślałam raczej o adoracji i czci dla Jezusa Eucharystycznego, o świętowaniu i radości z tego, że jest z nami, że dotyka serc, uzdrawia. Przecież tak właśnie jest, tak właśnie się dzieje: On jest! To jest dla mnie tak zwyczajne i jednocześnie tak przedziwne.

To ostatnie słowo („przedziwne”) wyszło już chyba z użycia, a na pewno jest dużo rzadziej używane niż jakiś czas temu. A zauważyłam to niedawno, gdy E. i A. zapytali mnie, dlaczego kapliczka, którą przyniosłam z pracy, ma napis „przedziwna”, a nawet „trzykroć przedziwna” (odnoszący się oczywiście do Maryi, a nie do samej kapliczki). W Litanii Loretańskiej też zresztą znajduje się takie wezwanie (Matko Przedziwna), o które już mnie zdążyły rok temu w maju zapytać pociechy.

Czy coś jest jeszcze we współczesnym świecie „przedziwne”? Czy coś rodzi prawdziwy zachwyt? Nowe technologie? Sztuczna inteligencja? Chyba nie. AI może zaskakiwać, może stawiać pytania o granice i etykę jej wykorzystania oraz cel jej zastosowania, ale zachwyt? Prawdziwy zachwyt zarezerwowany jest dla Boga.

Teraz, gdybym była „poprawna politycznie”, dopisać powinnam: „dla każdego Bóg ma inne imię”, ale nie jestem poprawna. Dodam więc: tylko Bóg jest godzien chwały. Choć niestety czasem próbujemy chwałą obdarzać swoje bożki. Ale one nie żyją i nie potrafią zachwycić duszy. Być może zadziwią zmysły, ale nie poruszą duszy. Lepiej im więc jej nie sprzedawać.

W ten świąteczny weekend stawiam sobie pytanie o miłość, o to, czy tak głęboko, jak tylko potrafię, kocham Jezusa Eucharystycznego, czy okazuję Mu tę miłość, czy nie powszednieje mi codzienna Eucharystia, czy pozwalam, by mnie przemieniała. Nie pytam o to, czy On tam jest. Bo nawet gdybym w to nie wierzyła, On tam nadal będzie. Jego obecność nie zależy od mojej wiary lub niewiary. Tak jak moja wiara nie zależy od tego, czy dzieje się to czy tamto w moim życiu. On jest – w szczęściu i nieszczęściu, w dobrej i złej doli – jest ze mną.

Spokojnie

Tagi

, , , , , , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

„Jezu cichy i Serca pokornego, uczyń serca nasze według Serca Twego”.

Kiedy modlę się tymi słowami, uświadamiam sobie, że wiele spraw nie jest wartych moich nerwów. Nie jestem nikim ważnym, więc nie muszę się obruszać i czuć urażoną. I nie jestem aż tak widoczna, by się bać, że coś pójdzie nie tak i wszyscy to zobaczą. Jestem wolna. Im bardziej żyję duchowością Serca Jezusowego, tym większy mam pokój w moim sercu.

Paradoksalnie, właśnie wtedy rozwijam skrzydła, gdy przyjmuję ze spokojem fakt, że coś może pójść nie po mojej myśli, kiedy akceptuję niepewność i nie trzymam się kurczowo swoich planów.

Niedawno dotarło do mnie, że to, co mnie spotyka, jest mi potrzebne. Zazwyczaj zżymałam się, gdy działo się coś, co powodowało mój dyskomfort, zażenowanie, co mnie upokarzało przed innymi, co sprawiało, że czułam się w jakiś sposób „umniejszona”. Teraz patrzę inaczej na takie sytuacje. Zwłaszcza wtedy, gdy nie mogę się „wybronić”: udowodnić, że mam rację, że zarzuty czy oskarżenia są niesłuszne (a przecież zdarza się, że takie właśnie są). Przyjmuję to, co się dzieje. Jakaś część mnie buntuje się – chyba nikt nie lubi cierpieć, zwłaszcza niesłusznie. Ale w głębi serca słyszę: „Spokojnie, nic ci się nie dzieje. Jesteś w dobrych rękach. Nic ci nie grozi”. I to mnie uspakaja.

Oczywiście idealnie byłoby, gdyby moją pierwszą reakcją był spokój, ale zdaję sobie sprawę, że jeszcze pewnie długo tak nie będzie. Za to cieszy mnie to, że słyszę w swoim wnętrzu ten cichy, kojący głos. Wiem, że to jest kolejny krok w dobrym kierunku.

Owoce Ducha

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Poruszyły mnie słowa dzisiejszej Ewangelii o pokoju, który uczniowie Jezusa mają zanosić do domów. Jeśli dom jest otwarty na łaskę pokoju – otrzymuje ten dar, jeśli nie – pokój powraca do przybyłych tam uczniów.
To odwrotnie, niż potocznie mówimy: „Nie było tam spokoju, taki rozbity stamtąd wyszedłem”. Pokój ma do nas powrócić, mamy nim obdarzać, przekazywać go innym, a nie ogłaszać, że zostaliśmy z niego ograbieni.
Mowa oczywiście o wewnętrznym pokoju, którego nawet brak tego zewnętrznego nie niweczy. To my decydujemy, czy przyjmujemy dar wewnętrznego pokoju – owoc Ducha – czy jednak nie. Podobnie jak dom, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia.
W tym kontekście myślę o niedawnej ewangelizacji w ramach Misji Talitha kum, w którą, jak co roku, włączyła się nasza wspólnota, chodząc od drzwi do drzwi i niosąc Dobrą Nowinę.
Byłam w parze ewangelizacyjnej z moim mężem (to według mnie najlepsze połączenie, jakie może być:). Chodziliśmy po osiedlu nowych bloków, a potem – bardzo starych.
Tym, co zwróciło moją uwagę, była życzliwość i otwartość mieszkańców. Byli co prawda powiadomieni o naszej wizycie, ale przecież tylko ci, którzy słyszeli ogłoszenia duszpasterskie. Pozostali również – w przeważającej większości – rozpromieniali się, gdy mówiliśmy o Bożej miłości.
Towarzyszyło mi głębokie doświadczenie wewnętrznego pokoju. Nachodziliśmy się sporo, ale to dobrze. Bo to znaczy, że nadal są domy, w których otwierają się drzwi, w których mieszkają otwarci i chętni do rozmowy ludzie. Nadal są osoby, które chcą słuchać o Bogu i Jego miłości.

Przejdź do paska narzędzi