Przyjdź

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Czuwanie, nowenna, przygotowanie. Zesłanie Ducha Świętego – znów przeżywamy tę uroczystość wspólnotowo. Opowiadam o tym koleżance. „Ale co, pewnie różaniec i koronka, czy każdy samemu?” – pyta o przebieg czuwania, o którym wspomniałam. Zastanawiam się, jak najkrócej to ująć. Nie chcę, by to, co powiem, wprowadziło zamieszanie albo mylne wrażenie, że tylko jedna forma modlitwy jest tą najlepszą, bo to nieprawda.

„Uwielbienie” – odpowiadam po chwili. „Aha. A na Mszy trydenckiej byłaś? Bo tylko taka powinna być odprawiana, żadna inna. Tylko tyłem do ludzi. Różni święci o tym mówią. I teolodzy ” – mówi przejęta. Chwilę milczę, a potem odpowiadam: „Ja słucham papieża. Robię, co on mówi”.

W tym momencie ktoś przychodzi i przerywa naszą krótką rozmowę, życzę więc dobrego dnia i żegnam się. Idę dalej i nie przestaję powtarzać w duchu: „Przyjdź, Duchu Święty!”

Proszę, by mnie prowadził, szczególnie w sytuacjach, w których nie wiem, jak postąpić, co powiedzieć, jaką decyzję podjąć. I przed trudnymi rozmowami. I kiedy mam jakieś zadanie do wykonania, które wymaga dużego skupienia i wytężonej pracy umysłu.

Ale również w zwykłych sytuacjach. One też wymagają bycia otwartym na Boże działanie. I kiedy przygotowuję się do spowiedzi – proszę o Jego światło. Gdy czuję się znużona, brakuje mi sił, szczególnie tych duchowych (bo fizyczne, póki co, udaje mi się zregenerować).

Kiedy czuję się zagubiona i kiedy mam wrażenie, że jestem w drodze z Jerozolimy i Jezusa nie ma wśród pątników, a ja rozglądam się niepewnie. Duch objawia Jezusa, jak napisał kiedyś ks. Serafino Falvo. Duch Święty modli się we mnie, „porusza się w nas”, jak śpiewamy w jednej z pieśni.

Święty Jan Paweł II zaczynał każdy dzień prośbą do Ducha Świętego, aby go prowadził. Papież wyjaśnił kiedyś, że tego nauczył go jego ojciec. Duch Święty jest Towarzyszem i Obrońcą. Jest Miłością Ojca i Syna. Jest Osobą. Należy Mu się cześć, a jeszcze bardziej – posłuszeństwo. Nie wystarczą piękne pieśni i czuwania, gdy nie ma uległości wobec Jego natchnień i pójścia za Jego prowadzeniem w naszym codziennym życiu.

„Jak dobrze, że jest jeszcze Duch Święty” – powiedział ktoś w czasie trwania konklawe. Powtarzam to zdanie nie tylko przed, w trakcie i po konklawe – za każdym razem, gdy myślę o Kościele, którego częścią jestem. Każdego dnia.

 

Ulotne

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Elżbieta Kamińska

Córcia woła mnie do ogrodu, bo coś tam zobaczyła pięknego. Nie mogę w tej chwili podejść, więc podaję jej telefon, by zrobiła zdjęcie. To dmuchawiec i motyl. Miała rację, obydwa za chwilę znikną, odlecą. Małe „spadochrony” mlecza rozwieje wiatr, a motyl, spłoszony czyimś nieostrożnym ruchem, odfrunie.
Ulotność chwili.
To wrażenie towarzyszy mi od momentu, gdy zostałam mamą. Teraz do potęgi piątej, bo jestem mamą piątki pociech.
Kiedy były maleńkie, nie chciałam uronić nic z ważnych dla każdego i każdej z nich wydarzeń, etapów rozwojowych, rozmów, spojrzeń, milczenia.
Miałam świadomość, że nic z tego już się nie powtórzy.
Gdy są już trochę starsze, towarzyszy mi inne odczucie: że już bardzo dużo ważnych spraw się zadziało, że mamy za sobą dobre (a czasami także bardzo trudne) rozmowy, wymowne spojrzenia, chwile wtulenia się, wypłakania w moich ramionach… Tyle już się wydarzyło.
I tyle jeszcze przed nami.
Nie przestaję być uważna. Czasami potrzeba zareagować od razu, bo potem już dana okazja się nie powtórzy albo przegapi się ważny moment, jak ten z motylem i dmuchawcem.
Nie, rozwiązaniem nie jest elektronika, choć zdjęcie rzeczywiście utrwaliło ten widok, którego bym pewnie nie zobaczyła, gdybym nie pomyślała, by dać córce na tę chwilę mój telefon.
Z moich natomiast obserwacji wynika, że najpiękniejsze chwile, najbardziej więziotwórcze wydarzenia mają miejsce wtedy, gdy nic nas od siebie nie odgradza, zwłaszcza elektronika. Gdy jesteśmy na sobie nawzajem skupieni, gdy siebie słuchamy i dostrzegamy, ale nie w przelocie.

 

Ludzie listy piszą

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Każdego dnia zatrzymujemy się przy skrzynce (właściwie: skrzynkach) na listy na drugim końcu osiedla. To są uroki mieszkania na wsi, musiałam się do tego przyzwyczaić po przeprowadzce. Całe życie miałam skrzynkę na listy zaraz przy wejściu do bloku lub kamienicy, w zależności od tego, gdzie akurat mieszkałam. Teraz jednak mam ją w zbiorczym pakiecie z innymi sąsiadami daleko od naszej ulicy.

Podjeżdżam więc tam, wracając z pracy, i korzystając z tego, że mam w samochodzie ruchliwe i pełne energii pociechy, proszę, by któreś z młodszych wyjęło listy. Kłódka nigdy nie jest zamknięta na klucz (lub, mówiąc w gwarze, zakluczona), więc bez problemu każde z dzieci może się dostać do wnętrza skrzynki, gdy czekam z pozostałymi w samochodzie.

„Piszą do nas wielkie firmy”, że tak zacytuję wypowiedź bohatera jednego ze znanych polskich filmów sprzed lat. Oprócz rachunków i druków reklamowych, wyjmujemy też czasami listy od prywatnych nadawców, ale te zazwyczaj przychodzą w okolicach Bożego Narodzenia i Wielkanocy. W kopercie znajdujemy wtedy świąteczną kartkę.

Wczoraj jednak był wyjątek. Otrzymaliśmy PRAWDZIWY list. Ręcznie pisany, nie z życzeniami, ale z wiadomościami i pozdrowieniami od serca. Dzisiaj takie listy to już rzadkość: na ozdobnej papeterii, zapisane starannym pismem.

Od razu moje myśli pobiegły do czasów, w których jeszcze pisałam papierowe listy na – a jakże! – takim właśnie, ozdobnym papierze.

Przypomniała mi się też zabawna sytuacja z czasów studenckich (właściwie miała ona miejsce już krótko po skończeniu przeze mnie studiów), kiedy to przeprowadziłam się do zabytkowej części miasta i wynajmowałam pokój z aneksem kuchennym na strychu starej kamienicy.

Wraz z kluczami do kawalerki powinnam otrzymać również kluczyk do skrzynki na listy. Byłam przekonana, że tak właśnie się stało. Jakie było jednak moje rozczarowanie, gdy skrzynka przez okrągły miesiąc pozostawała pusta. Zaczęłam się niepokoić. Nawet nie o same rachunki, które dziwnym trafem „wyparowały”, ale o nadawców, z którymi dotąd prowadziłam ożywioną korespondencję.

Po około miesiącu ktoś z sąsiadów wreszcie uświadomił mi, że numery na skrzynce nie odpowiadają numerom mieszkań. Rzeczywiście, dziwnym trafem kluczyk pasował także do tej innej, nieotwieranej przeze mnie dotąd, skrzynki. Kiedy przekręciłam klucz, listy, ku mojej radości, wysypały się w końcu na drewnianą podłogę klatki schodowej.

„Pamiętali jednak o mnie” – wyszeptałam.

Czasami, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, z opóźnieniem docierają do mnie wiadomości, na które czekam: zawieruszają się maile, wpadają do spamu, giną SMS-y, ktoś nie może się do mnie dodzwonić. Nawet jeśli zdarza się kumulacja takich sytuacji, wiem że za chwilę znajdzie się odpowiedni klucz, odpowiednia skrzynka i „wysypią się” serdeczne słowa, dobre wieści, gesty podtrzymujące relacje i tworzące głębokie więzi.

Zmienia się forma komunikacji, ale nie musi zmieniać się jej jakość. To od nas zależy, czy o to zadbamy.

Najmniejsza

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wdycham słodką woń kwitnących akacji, rozgrzewam się w promieniach słońca. Idę szybkim krokiem na badania w medycynie pracy. Tam zaskakuje mnie widok pojemników z mydłem przywiązanych sznurkiem do rur i kartka z napisem „Nie kradnij”. Najpierw wybucham śmiechem z powodu skojarzenia z kultowym filmem z epoki PRL-u. Podobieństwo ze sceną z łańcuchem skuwającym sztućce nasuwa się sama. Potem zachodzę w głowę, co może kierować ludźmi, którzy kradną mydło z publicznej toalety. Na koniec porzucam te rozmyślania i wracam rozświetloną drogą wśród akacji.

Wieczorem spotyka mnie niespodzianka – otrzymujemy prezent. Jest to ikona przedstawiająca św. Zofię i jej trzy córki, których imiona to trzy cnoty: Wiara, Nadzieja i Miłość. Nasza najmłodsza pociecha próbuje się z którąś z tych postaci utożsamić, po czym oświadcza: „Ja jestem ta najmniejsza!”, co zgadza się, jak chodzi o układ wśród jej rodzeństwa- rzeczywiście jest postrzegana zazwyczaj jako ta „malutka”.

Odkrywam jednak ostatnio, że z tą „malutkością” to nie jest do końca prawda. To oczywiste, że dzieci rosną, ale ponieważ obserwujemy je dzień po dniu, towarzyszymy ich kolejnym zmaganiom i kolejnym radościom, może umknąć nam moment zmiany, bo odbywa się ona płynnie.

Starsze rodzeństwo naszej „malutkiej” córeczki lubi ostatnio podkreślać, co już robiło, gdy było w jej wieku. I jakie już musiało być „dorosłe”, mając tyle lat, co ona.

Podobnie jest z naszym postrzeganiem rzeczywiści: już dawno minęły czasy PRL-u, a jednak natykamy się nadal na jego relikty (i nie mam na myśli tylko pojemnika z mydłem przywiązanego sznurkiem do rury). Widać je przede wszystkim w sposobie myślenia.

W duszpasterstwie, w ocenie sytuacji społecznej także „potykamy się” o to: „Zawsze tak było, nic nie zmieniajmy. Zawsze to działało, nie ruszajmy”. A przecież czasem trzeba się zatrzymać i powiedzieć sobie głośno: coś się zmieniło, nie jest tak, jak się przyzwyczailiśmy.

Są rzeczy, które na szczęście póki co się nie zmieniają. Należy do nich między innymi cudny zapach akacji i ciepłe promienie słońca. I miłość, która nie ustaje, choć na ikonie przedstawiona jest jako najmniejsza.

Rozmowa

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Po wyborze papieża Leona XIV poczułam ulgę. „Zło nie przeważy” – powtarzałam kilkakrotnie, bardzo powoli to wypowiedziane przez niego zdanie. Ujął mnie swoim uśmiechem, skromnością i słowami o pokoju, budowaniu mostów oraz nawiązaniem do poprzednika, papieża Franciszka.

Słuchając go, poczułam się spokojna i bezpieczna. Nie miałam ochoty z nikim się spierać, nie myślałam o tym, że ktoś może mnie atakować, chcąc mi coś udowodnić.

Kilka dni później doznałam nagłego olśnienia w kwestii, która mnie od dłuższego już czasu frapowała. Rozwiązanie okazało się tak proste! Kamień spadł mi z serca. Choć jeszcze pozostało przede mną kilka trudniejszych rozmów, wiedziałam, że podjęta decyzja jest słuszna.

Cały czas towarzyszył mi obraz błogosławiącego tłumy nowego papieża – takiego, jakim go widzieliśmy w dzień wyboru, rodzinnie oglądając transmisję z Watykanu.

Rozmowa, którą odbyłam krótko po tym, uskrzydliła mnie. Marzyłam o niej od dawna, nie spodziewałam się, że tak dobrze przebiegnie i tak mnie wewnętrznie umocni.

Jestem wdzięczna. Za kolejne odbyte już rozmowy także. I ufam w kwestii tych, które są jeszcze przede mną. Amen.

Owczarnia

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Modlimy się gorąco za nowego papieża: jego wybór, Boże błogosławieństwo dla niego i o jedność w Kościele, by była to jedna owczarnia, a nie zlepek różnych frakcji i odłamów.

Wczoraj rozmawiałam z osobą, która przetrawiała wewnętrznie informacje o konfliktach wewnątrz Kościoła. Niby nic nowego, a jednak chodziła jak struta po usłyszeniu tych „rewelacji”. Pomyślałam, że w takich sytuacjach istnieje duże ryzyko utraty niewinności, ale nie w sensie dziewiczości, nie w znaczeniu seksualnym. Raczej mam na myśli utratę świeżego, pełnego nadziei spojrzenia, dziecięcej ufności, wiary w to, że Bóg jest większy niż ludzka niegodziwość.

Oczywiście świadomość realiów, w jakich żyjemy, tego, jaki wpływ na funkcjonowanie – na przykład Kościoła – ma tak zwany czynnik ludzki, jest też ważna. Chodzi tylko o to, by się nie zatruwać złem, o którym słyszymy. I by słuchać przede wszystkim dobra.

Podczas wczorajszej rozmowy żartowałam, że czasem lepiej, gdy świeccy nie wiedzą, z jakimi dylematami czy presją muszą się zmagać osoby duchowne, a duchowni – że nie wiedzą czasami, przed jakimi wyzwaniami stają świeccy, realizując swoje powołanie do małżeństwa. Nie chodzi jednak o to, by robić z tego tajemnicę. I w małżeństwie, i w zakonie, i w kapłaństwie są czasami tak trudne sytuacje, że można je przejść tylko z Bogiem. Idąc samemu, polegnie się, straci nadzieję.

A przecież nie to jest naszym zadaniem, by ją tracić , ale by ją właśnie – wbrew wszystkiemu – zachować, by nieść ją innym.

Jedność

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wczoraj tak się złożyło, że przez kilka godzin prowadziłam samochód. Dwie rzeczy zdominowały tę podróż: piękne widoki (bo droga prowadziła przez intensywną świeżą zieleń kwitnących drzew i krzewów) i moje myśli, krążące wokół małżeństwa (bo temat wciąż powraca, ostatnio w rozmowach z innymi).

Dobra znajoma przygotowuje się do ślubu i pyta mnie o wiele spraw, dzieli się swoimi wątpliwościami. Koleżanka zmaga się natomiast z kryzysem w swoim małżeństwie, inna pyta mnie o sens trwania w związku, jeszcze inna prezentuje swoje zapatrywania (odmienne od mojego – ja mam bardziej sakramentalne rozumienie więzi w małżeństwie). Ale moje przemyślenia na temat małżeństwa powracają również w związku z moim osobistym życiem, w różnych jego etapach.

Widzę, że potrzebowałam dojrzeć do rozumienia małżeństwa jako sakramentu, że musiałam odkryć i uporządkować w sobie różnicę, jaka istnienie między tym, jak jest postrzegane małżeństwo „w świecie”, a tym, jakim jest według Bożego zamysłu.

Dużo czasu zajęło mi przełożenie teorii ma praktykę, ale nie żałuję tej drogi. Ona jest wpisana w dojrzewanie – ludzkie, w którym ważna jest praca nad sobą, i dojrzewanie duchowe, w którym otwieramy się na łaskę, uznajemy, że jest Ktoś większy od nas i naszych zmagań, Kto przyrzekł, że nas nie opuści – nas jako małżeństwo.

Od jakiegoś czasu towarzyszy mi też pełne pokoju i – mówiąc w przenośni – rozgrzewające od wewnątrz przekonanie o tym, że jestem we właściwym miejscu, że jest to moja droga, że realizuję moje powołanie. Jestem zaskoczona tym, jak wiele we mnie było raz po raz pragnienia zmian u męża. Dopiero potem górę wzięło inne podejście: wdzięczności i spokoju, przyjęcia, ucieszenia się w pełni kochaną osobą. Podobnie w odniesieniu do samej siebie przez długi czas wydawało mi się, że wciąż coś muszę korygować. Dopiero potem przyszło pełne ukojenia doświadczenie bycia przyjętą i kochaną – przede wszystkim przez Tego, który nam obojgu jako małżeństwu błogosławi. On nas przez te wszystkie lata podtrzymuje, inspiruje i umacnia. Widzę, że jedność w małżeństwie oparta jest na jedności z Nim. To On nas łączy i zmienia perspektywę. Jak dobrze, że jest :)

Życie i śmierć

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„Śmierć zwarła się z życiem i w boju, o dziwy,
Choć poległ Wódz Życia, króluje dziś żywy”.

W Wielkanoc radość zmartwychwstania zmieszała się z łzą. Zmarł papież Franciszek, a jutro zostanie pochowany. Powierzamy go Bogu, modląc się o spokój jego duszy, o życie wieczne dla niego.

W naszym życiu tak wiele spraw – bardzo odległych od siebie – splata się nagle ze sobą. Nie tylko radość i smutek lub nadzieja i obawa, ale również przeżycia codzienności, w których z zaskoczeniem odkrywamy, że wiara i niewiara zamieniły się miejscami.
Pisał o tym kiedyś czeski ksiądz, Tomaš Hálik. Wyjaśniał, że niektórzy spośród tych, co starają się wyglądać na pobożnych, nie mają wiary w sercu i w cyniczny sposób wykorzystują ją do własnych celów. Natomiast niektórzy spośród tych, co mienią się niewierzącymi, bywają pełni pokory i w cichości serca proszą Boga o łaskę wiary, nie przestając Go szukać w świecie.

Życie i śmierć spotkały się w tę Wielkanoc. „Chrystus zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał!” – wołaliśmy, a dzień później, zachęcając się nawzajem do modlitwy, przekazywaliśmy sobie wiadomość, że papież zmarł.
Ale właściwie powinnam ująć to inaczej: narodził się dla nieba. Wierzymy, że jest już z Chrystusem, któremu tak gorliwie służył. Modlimy się o to dla niego.

Tak wielki hejt towarzyszył jego pontyfikatowi i tak wiele słów nienawiści zalało wirtualną przestrzeń po jego śmierci. (Wiem o mężczyźnie, który wybierając się na spotkanie towarzyskie, całą poprzedzającą je noc poświęcił na to, by uzbroić się w argumenty mające przekonać innych o tym, że Franciszek był złym człowiekiem i złym papieżem – na szczęście do tego spotkania nie doszło, ku frustracji mężczyzny, a uldze pozostałych zaproszonych osób…).

Świat, w którym żyjemy, zderza nas z sytuacjami, w których spotykamy się ze skrajnie różnymi reakcjami, tak jak ma to miejsce teraz, w przypadku przeżywania odejścia papieża Franciszka do domu Ojca.

Towarzyszy mi jednak pokój, gdy o tym myślę. Kiedy żył, zdarzało mi się przeżywać mocno ataki na niego. Podobnie zresztą jak ataki na papieża Jana Pawła II i papieża Benedykta. Kiedy jednak, jeden po drugim, odchodzili, kiedy ich żegnaliśmy, wiedziałam, że już są w miejscu, w którym im nikt nie zaszkodzi, żadne ludzkie słowo, żadna intryga, żaden hejt.

Modlę się za wybór kolejnego papieża, z myślą o tym, bym go tak samo jak poprzednich kochała. Nie wiem, czy będzie to dla mnie łatwe (jak w przypadku poprzednich papieży), czy wręcz przeciwnie. Wiem natomiast, że posłuszeństwo, kiedy wypływa z miłości, jest czymś naturalnym i przychodzi z łaski Boga.

On żyje!

Tagi

, , , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

„W tej ciszy przebywam wciąż rad,
W tej ciszy daleki jest świat.
Ty koisz mój ból, usuwasz mój strach,
Gdy widzę Cię, Zbawco mój, tam”.

Błogosławiony czas trwania w ciszy przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie, czas uświadomienia sobie, że On jest cały czas tak blisko, żywy i prawdziwy…

Podczas adoracji mój mąż usłyszał za sobą stłumiony dziecięcy głos: „A to trzeba płacić, jak się całuje Pana Jezusa?”. Gdy mi to opowiadał, myślałam, że dziewczynka (która okazała się być córką naszych znajomych z sąsiedniej miejscowości) pyta o trzydzieści srebrników, jakie otrzymał Judasz, który pocałunkiem zdradził Syna Człowieczego.
Pytanie tego dziecka jednak sprowokowane było nie biblijnym obrazem, ale bardziej prozaicznym widokiem koszyczka stojącego przy wystawionym do adoracji krzyżu Chrystusa.
Nie, nie musimy płacić za pocałunek (mam nadzieję, że mama tej dziewczynki wyjaśniła jej później, czym jest jałmużna postna i po co stał przy krzyżu koszyk, by małej nie zostało w pamięci, że za wszystko dziś trzeba zapłacić, wyjmując monetę lub banknot z portfela lub przelewając jakąś kwotę z konta).

Są rzeczy, za które nie możemy zapłacić. Nie mamy takiej możliwości. Na przykład za nasze grzechy. Możemy zadośćuczynić (i dobrze, byśmy zadośćuczyniali), możemy wyrównać straty, zapłacić odszkodowanie, ale nie możemy i nigdy nie damy rady zapłacić za nasze grzechy. Jest to po prostu niemożliwe. Nie dysponujemy taką walutą. Cena naszego zbawienia jest tak ogromna, że nie mieści się po prostu w naszej głowie. Nie ma takich pieniędzy.
Krew Jezusa jest tym, co stało się zapłatą za nasze grzechy. Ona „jedną kroplą może obmyć z win i zmaz”.

Nie musimy płacić, by okazać naszą miłość Jezusowi, to oczywiste. A jednak wielu z nas żywi takie przekonanie. Zanim dojdzie do tego, że może coś zrobić dla Niego, tak zupełnie bezinteresownie, bez przeliczania tego na zasługi i punkty w rankingu pobożności, wielu traci cenny i bardzo ograniczony czas na akrobatykę duchową lub pseudoduchową.
„Czy trzeba zapłacić, żeby pocałować Jezusa?” – to pytanie kilkuletniej dziewczynki powraca do mnie, gdy rozważam scenę spotkania ze Zmartwychwstałym. „Czy mnie kochasz?” – to pytanie, skierowane do Piotra, ma głębsze przesłanie niż tylko zmazanie trzykrotnego zaparcia się. Piotrze, ceną tej miłości jest oddanie życia. Tylko taka miłość ma sens. W małżeństwie, w kapłaństwie, w samotności – oddanie życia z miłości. To ma sens. Zachowywanie go dla siebie, wydzielanie innym głodowych racji naszej miłości nie ma absolutnie sensu.
Czy trzeba zapłacić za pocałunek? Tak. Oddając życie.

Któryś za nas cierpiał rany

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wielki Tydzień – wielkie tajemnice naszej wiary. Każdy dzień niesie inne treści. Najpierw uroczysty wjazd do Jerozolimy, potem odwiedziny w Betanii, uczta u przyjaciół i namaszczenie, następnie zapowiedź zdrady Judasza i zaparcia się Piotra, trzydzieści srebrników, Ostatnia Wieczerza, umycie nóg uczniom, modlitwa w Ogrójcu, pojmanie, sąd, męka i śmierć, aż w końcu – zmartwychwstanie i radość niedzielnego poranka.

Uczestniczyliśmy z dziećmi w Misterium Męki Pańskiej. Nasza córeczka brała udział w scenie z płaczącymi niewiastami. Dzieliliśmy się potem w gronie znajomych tym, co nas najbardziej poruszyło. Jedno z dzieci naszych przyjaciół zapytało, czy „dotknęło” znaczy „zabolało” (jego mama mówiła właśnie, że dotknęła ją jedna scena z misterium). Odruchowo wyjaśniłam znaczenie słowa „dotknąć”, ale później już, wieczorem, pomyślałam, że jednak intuicja tamtego dziecka dobrze nam podpowiedziała: czasem „przeszywa” nas i w jakiś sposób boli to, co przeżył Jezus, aby nas zbawić. Nie chodzi o sentymentalizm, ale o skruszenie skorupy obrastającej nasze serca.

Któryś za nas cierpiał rany, Jezu Chryste, zmiłuj się nad nami. Amen.

Przejdź do paska narzędzi