Nadzieja

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Niedawno byłam z mężem na koncercie charytatywnym zorganizowanym w celu pozyskania funduszy na rzecz hospicjum. Podobnie jak rok temu, ujęło mnie zaangażowanie wolontariuszy. Ich bezinteresowna pomoc jest tym, co przywraca nadzieję.

Znakiem tego akurat hospicjum jest motyl. Jego symbolika odsyła mnie do głębszych znaczeń. Przede wszystkim do prawdy o tym, że nasze życie się zmienia. Kiedyś przejdziemy granicę śmierci i „pofruniemy” na spotkanie Pana. Taki jest nasz cel, tego przecież jako wierzący pragniemy.

Życie poczwarki nie może równać się życiu motyla, a przecież jest to cały czas ten sam owad, a etapy jego rozwoju muszą być realizowane w odpowiedniej kolejności. Podobnie jest z naszym życiem. Zmagamy się z różnymi przeciwnościami, borykamy z problemami, ale to wszystko jest potrzebne po to, byśmy wyćwiczyli mięśnie wiary i coraz bardziej polegali na Bogu, a coraz mniej koncentrowali się jedynie na sobie.

Patrząc na motyle przygotowane z okazji koncertu, myślę o tym, że odchodząc stąd, przechodzimy do rzeczywiści, której teraz, na etapie ograniczonym przez kokon, nie jesteśmy sobie w stanie nawet wyobrazić.

Oczywiście nie mam na myśli możliwości latania, ale coś o wiele głębszego. Używam pewnego skrótu myślowego, metaforycznie rozumiem przemianę poczwarki w motyla, ale nie byłabym sobą, gdybym nie wyobraziła sobie monologu wewnętrznego odbywającego się w kokonie. Motyl pewnie nie funkcjonuje na takim poziomie, ale my, w naszym ziemskim życiu, bardzo często tak.

Otóż wyobraziłam sobie, że poczwarka stwierdza w pewnym momencie, że nie ma zamiaru czekać do końca tego procesu przepoczwarzenia się, że już jej się to nuży, a ograniczenia związane z przebywaniem w kokonie stają się dla niej nie do zniesienia.

My jednak wiemy, że trzeba to wszystko przejść. A mimo to czasami niecierpliwimy się, zapominając o tym, co jest dalej.

Nie widzimy jeszcze tego, kim będziemy, kiedy się Pan drugi raz objawi. Święty Jan wspomina jednak, że będziemy do Niego (do Boga) podobni. Nie widzimy też pełni kolorów (choć świat stworzony jest przecież przecudny), nie dostrzegamy w pełni duchowej rzeczywistości, która wtedy nie będzie już przed nami zakryta.

Moja mała córcia pyta mnie od pewnego czasu o niebo, akurat wtedy, gdy zbliża się jej czas na zasypianie. Cieszę się, że mam okazję z nią o tym porozmawiać.

Powoli, łagodnie przygotowuję ją też na odejście (a dokładniej: śmierć) bliskich. Na to, że życie nie kończy się, ale się zmienia. Tak jak narodziny są przejściem z życia płodowego do życia poza organizmem mamy, tak narodziny dla nieba też są przejściem – czasem równie, a może nawet bardziej, bolesnym, co poród – przejściem do innej rzeczywistości.

Temu wszystkiemu towarzyszy nadzieja. Śmierć jest tylko częścią życia, nie jego końcem. Owszem, jest końcem jakiegoś etapu, ale nie końcem całego życia.

„A nadzieja zawieść nie może”.

 

Obecność

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Ostatni tydzień w pracy był czasem pełnym wyzwań. Ostatecznie skończył się bardzo dobrymi wieściami przekazanymi mi przez szefa w piątek po południu, ale trochę mnie to wszystko kosztowało. Dzięki Bogu zachowałam spokój i ufność w Opatrzność oraz mocne przekonanie, że nade mną jest inny, potężniejszy Szef – Szef wszystkich szefów. Gdy rozmawiałam o tym z moim starszym synem, wtrącił: „Aaa, wiem: arcybiskup!”. Odpowiedziałam: „Nie, synku, nasz Pan”. „No tak!” – roześmiał się.

Jestem tak bardzo Jemu wdzięczna za to, że mnie niósł – mówiąc w przenośni – przez ten trudniejszy etap, że nie pozwolił mi zwątpić w to, że trzyma moje życie w swoich rękach. Trudne, ale jednocześnie cudowne doświadczenie.

Śpiewałam w tym czasie codziennie gospelowy utwór (jadąc do pracy i wracając z niej). Jej fragment (po przetłumaczeniu na polski) brzmi mniej więcej tak: „W taki sposób staczam moje bitwy (…). Może wydawać się, że jestem otoczony, ale ja jestem otoczony przez Ciebie”. Święta prawda – w największym ucisku to nie przeciwności mnie otaczają, by za chwilę spaść na mnie i pokonać jak, nie przymierzając, wrogie wojska, ale to Pan otacza mnie swoją obecnością.

Mąż, słuchając któregoś dnia moich pracowych opowieści, skwitował, że on nie miał takich sytuacji w żadnej pracy. Powiedziałam wtedy, parafrazując słowa księdza, który uczył mnie stawiać pierwsze kroki w wierze, gdy byłam nastolatką (już niestety nie żyje): „Kto nie jest w takiej sytuacji, nie doświadczy takich cudów – to jest łaska, móc przechodzić przez trudny etap”.

Jego (księdza) słowa dotyczyły innej, ale w pewnym sensie podobnej sytuacji, gdy nie miał on co jeść ani tym bardziej czym nas podjąć (przyjechaliśmy pomóc mu w prowadzeniu rekolekcji). Po Mszy św. jakaś staruszka przyniosła mu w siatce jedzenie (w tym węgorza, którego jadłam wtedy pierwszy raz w życiu). Zapytała, czy się „ksiundz” nie pogniewa, bo ona mu chciała coś zostawić. (Chyba już o tym opowiadałam kiedyś na blogu).

Wtedy powiedział do nas: „Kto nie jest w takiej sytuacji, nie doświadczy takiego cudu. Tylko głodny może zostać nakarmiony”. Mówił potem, że modlił się, ale nikomu nie opowiadał, jaką ma sytuację na parafii. I że szedł z ciężkim sercem, a jednocześnie z ufnością, do zakrystii, by odprawić Mszę św. Nie chciał zostawiać nas bez kolacji – Pan też tego nie chciał. :)

Ale nie zawsze musi się skończyć happy endem trudna sytuacja, przez którą nas Bóg przeprowadza. Kiedy modliłam się już pod koniec tego tygodnia w pracy, powtarzałam, nawiązując do słów proroka Izajasza, że ten ogień mnie nie spali, ta woda mnie nie zatopi. I miałam na myśli to, że jakikolwiek będzie finał, najważniejsze jest dla mnie to, by nie stracić ufności w Bożą obecność w moim życiu. Nie musi być po mojej myśli, a sprawy przecież mogą przybrać niekorzystny dla mnie obrót – nie jestem wyznawczynią sukcesu, jestem wyznawczynią Jedynego – najważniejsze, by nie stracić tego najcenniejszego skarbu: wiary, relacji z Nim.

Bardzo jestem wdzięczna za wsparcie emocjonalne i duchowe, jakie otrzymałam od bliskich, przyjaciół, znajomych, kolegów i koleżanek z pracy, braci i sióstr ze wspólnoty, kiedy przebywałam – ujmując rzecz obrazowo – w piecu ognistym. Wiem, że nie idę sama. :)

Wspólnota

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zapewne wielu z nas, słysząc słowo „wspólnota”, ma przed oczami pęk patyków, których nie da się złamać tak łatwo jak złamać można pojedynczy patyk.
Inni pewnie, słysząc „wspólnota”, myślą od razu: Kościół, rodzina, mała grupa.
A jeszcze inni, na dźwięk tego słowa, widzą od razu twarze osób, z którymi tę wspólnotę tworzą, słyszą ich imiona, bez abstrakcyjnego „ktoś, gdzieś, kiedyś”.
Z racji mojej pracy zawodowej, czytam właśnie tekst rozważań biblijnych, w którym natrafiam na ciekawe myśli. Jedną z nich jest ta, że małżeństwo jest bardziej wymagającą drogą życia niż celibat. Trudno mi wyrokować w tej sprawie – nie wiem zresztą, jak można byłoby te dwie drogi porównać i co wziąć pod uwagę.
We wspólnocie zakonnej są ludzie („i ludziska”, chciałoby się dodać), a zawierając małżeństwo, również wchodzi się w rzeczywistość, którą można krótko podsumować: „gdzie ludzie, tam konflikty”. To jest naturalne.
Ale nadnaturalne jest to, że tę rzeczywistość, tak bardzo ludzką, przemienia łaska.
Na co dzień widzę to w mojej pracy. Obok siebie – i jednocześnie razem z sobą – pracują zakonnicy, zakonnice i świeccy.
To są drobne sprawy, ale bardzo mnie umacniające: czyjś miły gest, dobre słowo, uśmiech, troska.
W naszej wielodzietnej rodzinie widzę to także. Ile dobrego przynosi czyjaś dobra wola, zauważenie drugiego, wysłuchanie, podzielenie się czymś.
Czym jest wspólnota, widzę na co dzień.
A to, że trwam przy Bogu, że realizuję moje powołanie, że się nie zniechęcam ani nie ulegam lękowi, zawdzięczam wsparciu i modlitwie wielu ludzi. Niektórych znam z imienia i nazwiska, o innych dowiem się pewnie dopiero „po tamtej stronie”.
Ważne, że są obok mnie. Nie tylko ci, którym lider wspólnoty zlecił modlitwę w ramach kolejki przez niego ustalonej. Również te osoby, które w żaden sposób nie są zobowiązane do wstawiania się za mnie, a otaczają mnie swoją modlitwą.
To jest niewidzialna więź, która nas łączy. Niekoniecznie pęk patyków. Raczej niewidoczne gołym okiem nici, motek wełny, który mnie otula czyimś ciepłym słowem, myślą, modlitwą.
Obok bardzo widocznych znaków braterskiej czy siostrzanej miłości jest jeszcze ten ukryty wymiar, dzięki któremu ten widoczny nie jest jedynie obowiązkiem, filantropią, czy czym tam jeszcze.
Czy łatwo jest żyć we wspólnocie? Nie, ale z Bożą łaską jest to możliwe. Właściwie mniej możliwe byłoby dla mnie życie poza wspólnotą – po prostu bym go nie wybrała. Moją drogą jest wspólnota. W różnych jej wymiarach.

 

Ferie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

W naszym województwie rozpoczynają się właśnie ferie zimowe. Dopiero co była przerwa świąteczna, a już nadchodzą kolejne dni wolne od nauki. Nasze młodsze dzieci nie mogły się nadziwić, że idziemy wtedy do pracy. Przypomniałam im, że ani ja, ani mój mąż nie pracujemy w oświacie. One jednak były przekonane, że to niesprawiedliwe, że nie mamy odgórnie przydzielonego urlopu w tym czasie. ;)

Nasze najmłodsze pociechy są już coraz starsze (druga i czwarta klasa szkoły podstawowej), dlatego ustaliliśmy, że będą wracać z półkolonii same, a w domu czekać będą na nie starsi bracia.

Każde z pięciorga naszych dzieci ma swój plan na ten wolny czas. Jedno przytargało stos książek z biblioteki, drugie rozpoczyna akurat próby teatralne, trzecie wyjeżdża na kilka dni do kolegi. Dwójka jedzie na zimowisko, inna dwójka jest zapisana na półkolonie. A cała piątka jedzie też na chwilę do moich rodziców, a potem do rodziców męża z okazji Dnia Babci i Dnia Dziadka. Przygotowują właśnie własnoręcznie wykonywane prezenty.

My też mamy z mężem plany – wybieramy się we dwoje na koncert. Poumawiana jestem też z koleżankami na spotkania. Przygotowane mam (podobnie jak starszy syn) opasłe tomiska do dokończenia w ferie.

Ale i tak najcudowniejsze ferie były wtedy, kiedy byłam mała. Nie zapomnę kombinezonu, który nosiłam na śnieg (spędzaliśmy wtedy całe dnie na świeżym powietrzu – powinnam chyba dodać: na mrozie), wydawał mi się najpiękniejszym ubiorem na zimę. Było cudownie. Przed blokiem mieliśmy naszą „prywatną” górkę do zjeżdżania na sankach, nieco dalej, na innym osiedlu, boisko zamieniało się w lodowisko, na które chodziliśmy z kolegami i koleżankami. Bitwy na śnieżki i lepienie bałwana to były najlepsze zimowe zabawy mojego dzieciństwa.

Pamiętam też dziwne uczucie, jakie towarzyszyło mi, kiedy spędzałam pewnej zimy część ferii u dalszej rodziny. Szłam wtedy sama przez jakieś pola do majaczącego w oddali światła bijącego z okien kościoła. Był drugi lutego. Szłam trochę po omacku, bo nikt z krewnych nie potrafił mi powiedzieć, na którą jest Msza św. i czy w ogóle jest.

Byłam mała i droga była daleka, ale nie wspominam tego źle. Zaskoczyło mnie tylko dziwne wrażenie – gdy w końcu dotarłam i już nieco ogrzałam się w kościele – że ci ludzie wokół mnie, cisnący się trochę na mnie, z zapalonymi gromnicami, są w jakimś sensie mi bliżsi niż widywane od wielkiego dzwonu wujostwo. Było mi dobrze u nich – złego słowa nie powiem – ale jednocześnie tak jakoś pusto.

Nie chodzi mi o ocenianie i wyrokowanie – to były inne czasy. Niektórzy wplątywali się w sytuacje zawodowe i przede wszystkim wybory związane ze światopoglądem, w obliczu których pójście na Mszę św. byłoby – w ich rozumieniu – niemożliwe, nawet jeśli chodziłoby tylko o podprowadzenie kilkulatki pod budynek kościoła.

Widok majaczącego w ciemnościach światła, do którego przebijam się przez śnieg i w drodze do którego błądzę po polach na obrzeżu miasta, jest czymś, co do mnie często wraca. Zapamiętałam, że dotarłam i że było mi dobrze w środku. I że nie czułam się tam obco.

Bardzo chciałabym, żeby moje dzieci też miały takie przeświadczenie, nie w stosunku do samego budynku kościoła czy Mszy na Matki Boskiej Gromnicznej, jak się wtedy mawiało. Raczej co do Kościoła jako wspólnoty. Że można tam dotrzeć, nawet błądząc długo, gubiąc się wiele razy. I że będzie tam jasno i ciepło, że będą blisko ludzie ze światłem w dłoni – z sercem na dłoni.

Na razie moje pociechy trwają w tej wspólnocie, są w nią zaangażowane. Ale może przecież przyjść taki czas, gdy będą z trudem odnajdywać do niej drogę. Niech wtedy miejsce, do którego w końcu dotrą, okaże się duchowym domem: jasnym i ciepłym.

Dziękuję Bogu, że jesteśmy jako rodzina razem w doświadczeniu wiary. Wiem, że może przyjść czas, gdy któreś z tej naszej gromadki podejmie – podobnie jak wtedy moje wujostwo – decyzje, w konsekwencji których zostaną na swoim miejscu w zimową zawieruchę, nie ruszą w drogę. Niech mają wtedy pewność, że jest gdzieś światło, że jest ktoś, kto na nich czeka. Amen.

Chrzest Pański

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

To, co jest niezrozumiałe lub zaskakujące, wcale nie tak rzadko nas spotyka. Mnie niedawno zdarzyło się, że wiadomość, którą wysłałam pocztą elektroniczną (i która dotarła do adresata) zniknęła zupełnie natychmiast po wysłaniu i do tej pory nie widzę jej u mnie nigdzie.
Być może ktoś biegły w tych sprawach umiałby mi powiedzieć: „Tak, to się zdarza. Wystarczy tylko zrobić tak i tak, a wszystko wróci do normy”. I pewnie by go nie zdziwiło wcale, że coś jest, a jakby tego nie było. Ale dla mnie jest to nadal duży znak zapytania. :)

Zostawmy jednak na boku wirtualną rzeczywistość (już porzuciłam myśl, by kolejny raz przeszukiwać pocztę elektroniczną), bo przecież związku z naszą „analogową” codziennością zdarzają nam się raz po raz dziwne rzeczy. Nierzadko też jesteśmy zaskakiwani niespodziewanym obrotem różnych spraw.

Być może podobnie jak my w takich sytuacjach czuł się Jan Chrziciciel, gdy pełniąc swoją posługę w wodach Jordanu, zobaczył nagle swojego krewnego, którego według wszelkich reguł prawdopodobieństwa nie powinno tam być. Wszędzie, tylko nie w wodach Jordanu.

Chrzest Jezusa był zaskoczeniem – i dla Jana Chrzciciela, i dla zgromadzonych tam ludzi. Przebiegał według zupełnie innego scenariusza niż chrzty pozostałych osób.

Po pierwsze Jan nie chciał Mu go udzielić, po drugie Jezus nie wyznał grzechów (ponieważ żadnego nie popełnił), jak czynili to wszyscy inni wchodzacy tam do wody. I po trzecie towarzyszyły temu chrztowi nadnaturalne zjawiska – to też było niezwyczajne.

Również w naszym, całkiem zwyczajnym pewnie, życiu dzieją się rzeczy niewytłumaczalne, zaskakujące, dotykające nas, poruszające do głębi.

To bardzo dobrze, że jest nas coś jeszcze w stanie zdziwić, zaskoczyć, zastanowić.

Życie nie jest przecież zatęchłą wodą stojącą w sadzawce, ale wartkim górskim strumieniem. Zwalnia on w trakcie swojego biegu, ale nie stoi. My też – lepiej, byśmy nie byli „zastali”. :)

Trzej Królowie

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Lubię dni po Nowym Roku. Nie tylko dlatego, że krok po kroku zbliżają mnie one do dnia urodzin, nie tylko dlatego, że kojarzą mi się ze śniegiem i feriami. Również dlatego, że właśnie 6 stycznia przypada rocznica mojej Wczesnej Komunii.

Nie wiem, czy tego dnia rozumiałam, co się wtedy właściwie dzieje, jak ważne jest to wydarzenie i co rzeczywiście oznacza. Na pewno byłam bardzo przejęta.

Gdybym mogła mieć wpływ na przebieg samej uroczystości, na pewno bym ją inaczej zaplanowała, ale to nie jest najważniejsze. Nie to się liczy po latach.

Z tego dnia zapamiętałam kazanie o darach złożonych przez mędrców i o darach, jakie jako wierzący możemy dać Jezusowi. Moje serce wydawało się wtedy najlepszym prezentem, zważywszy na fakt, że ani złotem, ani mirrą, ani nawet kadzidłem w tamtym czasie nie dysponowałam. Tak jednak plastycznie została nam przedstawiona wielkość daru czystego serca, że nie miałam wątpliwości, że o taki dar właśnie chodzi.

Dzisiaj, kiedy moje pociechy odgrywają w jasełkach role królów, pastuszków i aniołów, nadal uważam, że najcenniejszy dar to serce. Czasem muszę sobie to przypominać, bo z biegiem lat przestało to być dla mnie takie oczywiste. Zdarzały się przecież sytuacje, w których oddane serce wydawało się niewystarczającym darem. A jednak bez tego serca i złoto, i mirra, i kadzidło nie mają zbyt wielkiej wartości, kładzione przed Boską Dzieciną.

Nowy Rok

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wprowadza nas w nowy rok. Wskazuje na Tego, który jest w nim najważniejszy. Nie zdrówko, nie pieniądze, nie pomyślność.
Maryja trzyma Go w objęciach, a jednocześnie przekazuje, podaje Go nam.

Wszystkiego dobrego w 2025 roku – niech nadzieja nie gaśnie w naszych sercach, niech wiara nas umacnia, a miłość rozpala.

Dla naszej rodziny i każdego, kto czyta te słowa, życzę Bożej ŁASKI.

Narodził się, by uratować mnie

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jesteśmy w Górach Orlickich. Zaraz po świątecznych spotkaniach z rodziną,  wyjechaliśmy, by w wąskim gronie naszej siedmioosobowej ekipy pochodzić po górach, by chwilę odpocząć: mąż, dzieci i ja.

Śnieg powitał nas na szlaku, słońce odbijało się od jego bieli, zmuszając mnie do założenia przyciemnianych okularów. Dobrze mi się oddychało rześkim, górskim powietrzem.

Bitwa na śnieżki, a potem na wielkie sople lodu rozpoczęła nasze górskie przygody. Młodsze dzieci poszukiwały na starym rynku motywu koguta, wszechobecnego w miejscowości, w której się zatrzymaliśmy.

Chodząc (a momentami nawet grzęznąc) w tej cudownej bieli, w sercu śpiewałam cały czas utwór o tym, że „narodził się, Bóg zstąpił na ziemię (…), by uratować mnie”. Pracuje we mnie ta prawda, umacnia i dodaje sił.

Po powrocie z dzisiejszej wyprawy usiedliśmy wokół stołu, by śpiewać wspólnie kolędy. Bardzo lubię ten zwyczaj, lubię ten świąteczny czas. Ale najbardziej cieszę się z tego, że naprawdę przyszedł. Także dla tych, dla których święta wcale nie są łatwym czasem. Przyszedł do nas. Dzięki Bogu :)

Już tak blisko

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Już tuż-tuż Boże Narodzenie. Ostatnie chwile przygotowań. W pracy połamaliśmy się opłatkiem i złożyliśmy sobie życzenia. Zobaczymy się dopiero w styczniu.

Spotkaliśmy się już też przedświątecznie ze znajomymi i przyjaciółmi. Dzieci miały swoje wigilie klasowe. Ze skrzynki na listy, tej tradycyjnej, metalowej, oprócz rachunków wyciągnęłam świąteczne kartki z życzeniami.

Bożonarodzeniowy wieniec, wykonany przez jednego z naszych synów, zawisł już na drzwiach naszego domu.

Roraty w ostatnich dniach Adwentu okraszone były kazaniami rekolekcyjnym. To właśnie z ich powodu musiałam dokonywać karkołomych akrobacji, by w tych ciemnościach, które spowijały dolny kościół, dojrzeć na zegarku, która jest godzina i w odpowiednim momencie wyjść, by nie spóźnić się do pracy. (Chyba jedyny raz żałowałam, że mam zegarek bez wyświetlacza, a do tego absolutnie nieświecący).

Ale za to, pod wpływem tych właśnie nauk  rekolekcyjnych, pozwoliłam, by szerzej otworzyły się drzwi mojego serca na działanie w nim Ducha Świętego. Otworzyłam też szerzej oczy, by dostrzec kolejne powody do wdzięczności, ale także, by zauważyć w sobie obszary, które potrzebują przemiany i Bożej łaski.

Piękny czas, choć przeżyty nie według mojego scenariusza, za to z głęboką ufnością i pragnieniem, by działa się wola Nieba.

„Gloria in excelsis Deo” – zabrzmi niebawem śpiew. Niech ten czas przybliży nas do Jezusa i nawzajem do siebie.

Błogosławionych Świąt!

Radość

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Adam Kamiński

Wracam z synami od spowiedzi i czuję, jak wypełnia mnie radość, jak rośnie ona we mnie, jak się rozgaszcza. Jest sobotni wieczór, czyli liturgicznie – zaczęła się już trzecia niedziela Adwentu, pełna radości i pocieszenia. Bardzo tego doświadczam. :)

Nie jestem jeszcze zdrowa. Podobno orkiestra gra mi nadal w płucach – ma to wyjaśnić opis zdjęcia Rtg, który odbieram w poniedziałek.
Na pewno natomiast czuję się wzmocniona duchowo, pokrzepiona. Potrzebowałam tej wewnętrznej siły i bardzo jestem za nią wdzięczna Bogu.

Bardzo lubię ten czas, gdy jadę z dziećmi do mojego kierownika duchowego. Zostajemy tam na adoracji i Mszy św. Cieszę się, widząc, jak moje pociechy z przejęciem przystępują do sakramentu pojednania, jak swobodnie rozmawiają z księdzem, jak się witają. Czują się tu jak u siebie, a jednocześnie widzę, jak są wewnętrznie poruszeni, skupieni.

A. przytula się do mnie i przymyka oczy. Ma na sobie rękawiczki – stare kościoły są zazwyczaj bardzo zimne. Ale tutaj bije z wnętrza ciepło – nie to mierzone w stopniach Celsjusza, bo jest tu nadal chłodno, ale to wewnętrzne, duchowe ciepło.

Pięknego świętowania trzeciej niedzieli Adwentu, niech radość rozświetli nasze wnętrza!

Przejdź do paska narzędzi