Mała grupa

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Od dziecka zawsze byłam w jakiejś małej grupie (lub grupie dzielenia, w zależności od tego, jakiej nazwy użyjemy). Przeprowadzałam się, zmieniałam wspólnoty i stan cywilny, ale małe grupy były (i są nadal) stałym elementem mojego życia.
Kilka dni temu jak zwykle brałam udział w spotkaniu animatorów takich małych grup. Nie przypuszczałam, że tak bardzo mnie podniesie na duchu to spotkanie. Zwykłe dzielenie (dotyczące tego, co dzieje się u nas w grupach, jakie działania podejmujemy, jak funkcjonują nowe osoby) nieoczekiwanie wyzwoliło we mnie ogromne pokłady ufności i spokoju.

Siedząc wokół stołu, trochę ściśnięci, rozgrzewaliśmy się gorącą herbatą. Mnie zrobiło się ciepło na sercu z innego powodu – poczułam się pokrzepiona i umocniona. Przede wszystkim wspólnym doświadczeniem, przeżyciem tego, że przechodzimy przez bardzo podobne problemy, stajemy przed niemal bliźniaczymi wyzwaniami. I jesteśmy w tym razem – chyba właśnie to mnie najbardziej wzmocniło.
I jeszcze na pewno jedno: to, że tyle dobrego dzieje się, z Bożą pomocą, w tych naszych małych grupach. Że jesteśmy sobie tak bliscy jak rodzina. Że dzielimy się nie tylko odpowiedziami na zadawane pytania, ale przede wszystkim naszym życiem, naszym czasem i naszym… sercem.

Dzięki Bogu za małe grupy!

Jeśli nie wiesz, o czym mowa – zapraszam Cię serdecznie: wejdź do małej grupy lub zapytaj o nią w swojej parafii :)

Papieskie

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wspominamy św. Jana Pawła II. Zbieramy datki, sprzedajemy kremówki, w kościołach śpiewamy „Barkę”, słuchamy tego, co opowiadają studenci – stypendyści fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia…

Niektórzy z nas papieża Polaka mieli okazję poznać jeszcze za jego życia, inni znają go tylko z opowieści.

To wszystko jest piękne i potrzebne.

Ale od śmierci Jana Pawła II wybrano kolejnych dwóch papieży. I gdy mówi się „nasz papież”, zazwyczaj niestety nie chodzi o tego aktualnie prowadzącego Piotrową łódź, ale o rodaka. A przecież ponad tym, że jesteśmy obywatelami tego lub innego państwa, jesteśmy też, a może przede wszystkim, członkami Kościoła powszechnego z papieżem (naszym, bo przecież nie cudzym) na czele.

Skąd więc to nieporozumienie? Czy to tylko kwestie językowe? Często niestety stoi za tym przekonanie, że prawdziwym papieżem, takim „po Bożemu”, był tylko ten jeden, Polak, „nasz papież”. Sentymentów nie można zakazać, gorzej kiedy zaczynają się resentymenty… I pomijanie w modlitwie obecnego (jakiekolwiek by imię nosił i skądkolwiek by pochodził) papieża.
Nie istnieje osobne wyznanie wiary dla polskich katolików („I zbaw nas od obcych papieży i tych, co niby wybrani na konklawe, ale od razu widać, że nie są prawdziwi”).

Jem dziś przepyszną kremówkę, dziękuję Bogu za Jana Pawła II i słucham tego, dokąd prowadzi Kościół Benedykt XVI w pismach, jakie po sobie pozostawił, ale też słucham tego, dokąd prowadzi Kościół papież Franciszek. I mam nadzieję, że Bóg da mi siły, by słuchać tego, dokąd prowadził będzie Kościół kolejny papież, którego imienia i kraju pochodzenia jeszcze nie znam.

Odzywa się

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Maryja często kojarzona jest z cichością i milczeniem. Z pokorą i przyjmowaniem Bożej woli bez zastrzeżeń.
Wszystko się zgadza, tylko brakuje jednego elementu: Maryja, jaką poznajemy na kartach Ewangelii, jest też odważna i zadaje trudne pytania.

Przy zwiastowaniu pyta, jak to się stanie, skoro nie zna męża. W scenie odnalezienia w świątyni pyta, dlaczego Syn coś takiego zrobił, skoro szukali Go „z bólem serca”. W Kanie nazywa po imieniu trudną sytuację: „Nie mają już wina”. Widzimy ją także podczas publicznej działalności Jezusa, gdy przychodzi wraz z krewnymi, którzy chcą powstrzymać Go, „mówiono bowiem, że odszedł od zmysłów”.

W Maryi możemy odnaleźć wzór nie tylko słuchania, ale i mówienia. Mówienia także tego, co niewygodne czy trudne, bo wiara przecież nie polega na tym, by zamiatać wszystko pod dywan lub przenosić się z parafii do parafii, gdy pojawi się problem.

Mamy prawo pytać, „jak to się stanie” oraz „czemuś nam to uczynił”. Mamy prawo zauważać trudne sytuacje i zwracać się z tym bezpośrednio do Jezusa („nie mają już wina”). W końcu, mamy prawo nie rozumieć, jak Ona wtedy, gdy ze wszystkich stron docierały do Niej informacje, że coś niepokojącego dzieje się z Jej dorosłym już Dzieckiem i gdy poszła to wraz z rodziną sprawdzić.

Maryja jest patronką odważnego odzywania się. Choć przez wieki w niektórych zakątkach świata Jej postać wykorzystywana była do uczenia kobiet, aby przede wszystkim milczały i nie zadawały pytań, to jednak nie taki kierunek prezentuje oficjalne nauczanie Kościoła. Nie taka też jest Maryja. Nie uczy nas nabierania wody w usta i bycia cierpiętnicą czy cierpiętnikiem.

Jej życie należało do trudnych i zaraz po zwiastowaniu „odszedł od Niej anioł”, jak czytamy w Piśmie Świętym. Nie przestała jednak żyć refleksyjnie, zadając pytania, czasem na głos, czasem w głębi serca, jak wtedy, gdy „rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie”. I przechowywać wszystkie te sprawy w swoim sercu.

Ona nie miała podsuwanych gotowych odpowiedzi ani formułek. Jej życie nie przypominało realizacji projektu ze scenariuszem w ręku. Musiała dojść do tego sama, odkryć to, co i my odkrywamy, czasem w pocie czoła: na czym w szczegółach i w codzienności polega życie oddane Bogu.

Jest dla mnie przede wszystkim nieustającą inspiracją, nie tylko w październiku.

Najlepsze

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Słyszałam niedawno kazanie, w którym zacytowano słowa nieżyjącego już, ale bardzo nam bliskiego księdza o tym, że to, co najlepsze jest przed nami. Bardzo je lubię. Nie tylko dlatego, że przypominają mi moje młodzieńcze lata. Nie tylko dlatego, że od razu, gdy je słyszę, stają mi przed oczami barwne wspomnienia, niesamowite wydarzenia, w których uczestniczyłam, i niemal czuję zapach świeżego mleka od gospodarzy, u których się zatrzymaliśmy podczas rekolekcji w Polanowicach…
Nie tylko dlatego, że wypowiedział je ksiądz, który był przez tyle lat dla mnie autorytetem (i pozostaje nim do teraz, mimo że już nie żyje). Nie tylko dlatego.
Po prostu słowa te są prawdziwe.
Najwspanialsze jest ciągle przed nami. Nie jest najistotniejsze, co podpowiadają nam emocje (współcześnie panuje dyktat emocji: „Już tego nie czuję – trzeba rzucić te obowiązki”; „Już nic do siebie nie czujemy – trzeba się rozwieść”). Najistotniejsze jest to, co mówi wiara podparta rozumem (Duch Święty jest Duchem trzeźwego myślenia, jak przekonuje nas św. Paweł).
A co nam mówi wiara i rozum? Że idziemy ku lepszemu. Że za zasłoną teraz widzimy, niewyraźnie, więc może nam się czasem coś poplątać, czy przewidzieć.
Ale że potem zobaczymy bardzo jasno, Twarzą w twarz. Poznamy tak, jak i my zostaliśmy poznani.
Że czeka nas spotkanie, z którym nic tu się nie równa.
Tylko, czy rzeczywiście patrzymy za horyzont, czy jednak cały czas na swój nos?
Pewnie, że trzeba patrzeć pod nogi, nie tracić z oczu tego, co jest zwykłe, co jest naszą codziennością, bo ona jest uprzywilejowanym miejscem objawienia się obecności Boga w nas i naszym świecie. Oczywiście. Ale jeśli tylko w tym świecie pokładamy nadzieję, jesteśmy najbardziej godni pożałowania ze wszystkich ludzi, jak mówi ten sam św. Paweł.
Być tu i teraz, a jednocześnie z kotwicą nadziei zarzuconą już po drugiej stronie.

 

Światło

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Oglądam wschody słońca, jadąc do pracy. Barwy na niebie są zachwycające. Jest zupełnie ciemno, a potem nagle wstaje nowy dzień.
Nie wiadomo, co przyniesie, co się wydarzy. Podobnie jak niemowlę, które obserwujemy, zastanawiając się, na kogo wyrośnie – tak i ten dzień pełen jest nadziei i jednocześnie niepewności.
Czasem trudno mi uwierzyć, że coś jest dalej. Zatrzymuję się na tym, co widzę. A jest przecież coś więcej: to, w co wierzę.
Tak jak brzask przychodzi po największych ciemnościach, tak po trudnym etapie życia przychodzi światło, choć wydawało się, że nie ma wielkich szans, by rozbłysło.
Dzięki Bogu – jest nowy dzień.

Kilka kroków

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Ostatnie ciepłe promienie słońca zaglądają do naszego ogrodu. Być może letnia pogoda jeszcze się przez jakiś czas utrzyma, ale poranki i wieczory już są chłodne. Przez ostatni tydzień tego nie odczułam na własnej skórze, bo leżałam chora w domu na zwolnieniu lekarskim. Ten tydzień był pod wieloma względami wyjątkowy. Połączyliśmy się zdalnie z naszą grupą dzielenia i tak przeżyliśmy naszą ostatnią diakonię, dzień później już gościliśmy córkę mojej kuzynki, która wybiera się na studia i potrzebowała przenocować u nas, by móc spokojnie wszystko na miejscu pozałatwiać. Do tego ten tydzień obfitował w nagle zwroty akcji w ważnych dla mnie, dotyczących dzieci, sprawach.

Przygotowywałam się też do spowiedzi. Co jakiś czas dociera do mnie waga tego sakramentu. I tego, jak bardzo potrzebuję Bożego miłosierdzia.

Przez ten tydzień też wróciłam do sił- nie tylko fizycznych. Potrzebowałam chwili wytchnienia, chwili na przemyślenie różnych spraw, przegadania ich z moim mężem.

Gdy poczułam się nieco lepiej i zaczęłam już wstawać wróciliśmy od razu do naszego zwyczaju chodzenia razem na spacery. Każdego dnia ruszamy w naszą trasę – sami, trzymając się za ręce. Słowa same się układają, bliskość leczy to, co w ciągu dnia nas zadrasnęło czy osłabiło.

Nie mamy na smyczy żadnego zwierzęcia w przeciwieństwie do ludzi nas mijających. Nie oglądamy się za pociechami (spacerowiczów z dziećmi jest zauważalnie mniej niż tych z czworonogami, czasami posadzonymi w… wózeczku(!). Na te nasze codzienne małżeńskie spaceru idziemy we dwoje. To jest czas tylko dla nas. Codziennie.

Oczywiście chodzimy też na spacery z dziećmi (już dawno wyrosły z wózeczków), wypuszczamy też na ogród nasze świnki. Ale ten czas jest wyłącznie nasz.

Te spacery są dla mnie bardzo ważne. Nie tylko ze względu na codzienną dawkę ruchu (idziemy żwawym krokiem, a nie noga za nogą), nie tylko też na codzienny kontakt z przyrodą. Przede wszystkim są dla mnie tak cenny ze względu na codzienny kontakt nas jako małżeństwa. Kiedy oboje jesteśmy po pracy, kiedy nikt nam nie próbuje przerywać rozmowy, kiedy nikt od nas nic nie chce. Mamy siebie.

Jak za dawnych czasów trzymamy się za ręce i patrzymy sobie w oczy.

A potem wracamy do zwykłych zajęć, do codziennych wyzwań, ale silniejsi tą umocnioną więzią, miłością małżeńską. Tymi kilkoma krokami, rozmowami, byciem razem.

Dzięki Bogu za te spacery. Podobno dziś jest ostatni dzień lata. Ale każda porą roku jest dobra, by wyjść, choćby na chwilę, we dwoje i zrobić razem kilka kroków.
W naszym wypadku jest to błogosławieństwem :)

Podwyższenie

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Krzyż, którego podwyższenie świętujemy jutro, jest nadal obecny w wielu pomieszczeniach, do których docieram ostatnio. Zazwyczaj zawieszony jest na widocznym miejscu, najczęściej centralnie nad drzwiami.

Tak było i w sali lekcyjnej, do której schodziliśmy się, w większości przemoczeni deszczem, na zebranie rodziców dwa dni temu.

Odruchowo zerknęłam na krzyż, czekając na rozpoczęcie zebrania. To nie była sala przydzielona klasie mojego syna. Wyjątkowo spotkaliśmy się w sąsiedniej. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zorientowałam się, że nad drzwiami nie wisi krzyż z pasyjką, ale krzyż zrobiony z… dwóch patyków przewiązanych łykiem.
Nie wiedziałam, co o tym myśleć.
W końcu jednak ucieszyłam się, że jest tam w ogóle jakiś krzyż.
Oczywiście lepiej, by był taki, do widoku którego przyzwyczaiłam się, chodząc na wcześniejsze wywiadówki. Ale ostatecznie uznałam, że najważniejsze, że nikt krzyża nie zdjął.

Przez krótką chwilę moje myśli pobiegły ku osobie, która go sporządziła z tych dwóch niewielkich sękatych kawałków drewna. Kim była? Jakie były jej motywacje? Skąd taki, a nie inny krzyż wziął się w tej sali?
Kontrastował z nowoczesnym wyposażeniem.
Mimo wszystko jednak jego widok dodawał mi otuchy. Byłam po ciężkim dniu w pracy, łapało mnie jakieś przeziębienie, do tego zakorkowały się ulice (dokładnie: rondo, przez które trzeba przejechać, by dotrzeć do szkoły syna), a w budynku, gdzie odbywało się zebranie, nie było czynnej toalety. Patrzyłam na zegarek, by zdążyć odebrać jeszcze młodsze dzieci z zajęć odbywających się kilka ulic dalej.

Wszystko się ostatecznie dobrze ułożyło, ale obraz krzyża zrobionego z patyków nie dawał mi spokoju.
Był dla mnie cichym pytaniem, czy wywyższam krzyż w moim życiu. Czy zderzając się z trudnymi sytuacjami, nie przestaję uwielbiać Boga. Czy w mojej posłudze, moim powołaniu, mojej pracy i wszystkim, co robię, dbam o to, by nie „zniweczyć krzyża Chrystusa” (1 Kor 1, 17).

Solo-dining

Tagi

, , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Jesteśmy nad morzem. Zwiedzamy, odpoczywamy, a jutro plażujemy. Taki nieplanowany kawałek wakacji w środku roku szkolnego. Mieszkanie, w którym się zatrzymaliśmy, wyposażone jest w różne sprzęty oraz w dekoracje, które najbardziej spodobały się naszej małej córeczce. Mnie do gustu bardzo przypadły miniaturkowe krzesełka z zawieszonym na nich wielkim sercem.

Coś we mnie poruszył ten obraz. Mamy dużą rodzinę i wspólne posiłki przy dużym stole są czasem, gdy najwięcej się u nas dzieje. Oczywiście spotykamy się też codziennie całą rodziną na modlitwie w salonie przed ikoną, ale tam jest raczej czas na wyciszenie. Najwięcej emocji i barwnych sytuacji ma miejsce właśnie przy wspólnym stole. Cudowny czas, mój ulubiony. Mimo że oboje z mężem pracujemy poza domem i dojeżdżamy do pracy (ja 22 km, mąż 18), a dwójka naszych najstarszych synów uczy się już w szkole średniej (i też czasu nie ma zbyt wiele), znajdujemy sposób, by w sercu domu – w kuchni – być ze sobą, cieszyć się tym, co dzieje się w naszym rodzinnym życiu, dyskutować, opowiadać, śmiać się, a czasem płakać.

Te dwa miejsca są dla nas szczególnie ważne – modlitewne wyciszenie przed otwartym Pismem Świętym i ikoną oraz gwar i naturalna wymiana (informacji, emocji, talentów-również kulinarnych) przy rodzinnym stole.

Jestem Bogu bardzo za to wdzięczna. Zwłaszcza, że nie jest to coś oczywistego w dzisiejszych czasach.
Niedawno czytałam o nowym trendzie, który już do nas powoli dociera, a mianowicie o solo-diningu. Smutna sprawa. Dlaczego? Ponieważ nie o samo jedzenie w pojedynkę chodzi, ale o przemiany społeczne. Solo-dining jest na zachodzie tak bardzo powszechnym trendem, ponieważ- jak podają statystyki – ponad 30 procent młodych ludzi (dane dotyczyły mieszkańców Stanów Zjednoczonych) żyje dziś samotnie. Solo-dinig jest to dla nich wygodny, jak utrzymują pytane w tym badaniu osoby, bo skoro mieszkają w pojedynkę, w pojedynkę też się na co dzień stołują, ale na zewnątrz, nie przygotowując dla siebie posiłków. Artykuł opatrzony został zdjęciami stolików z jednym krzesłem i sporej ilości klientów pochylonych nad swoimi talerzami – każdy siedział przy pojedynczym stoliku, nie nawiązując z innymi jakiegokolwiek kontaktu.

Może dlatego tak mnie poruszył obraz zastany w wynajętym przez nas na ten weekend mieszkaniu. Modlę się, by serce łączyło nas nie tylko na tej miniaturowej dekoracji, ale każdego dnia w naszej dużej, siedmioosobowej rodzinie.

Chciałabym na koniec napisać „Smacznego!”, ale przecież nie o „Smacznego” tu chodzi.
Czy jesz dziś sam, sama, czy z bliskimi – niech serce nie przestaje Ciebie łączyć z innymi. Sobie też tego z serca życzę :)

Kolejny raz

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Magnolia w naszym ogrodzie kwitnie już trzeci raz w tym roku. Patrzę na nią i zastanawiam się, jak to jest w naszym życiu: nasze starsze dzieci „zakwitają”, młodsze są jeszcze jak pączki kwiatów, a my? Mam wrażenie, że mimo tego, że jesteśmy już w „poważnym wieku”, jak mawia mój tato, na nowo rozkwitamy i to jest cudowne. Przede wszystkim kolejny raz rozkwita nasze wnętrze. Dzięki Bogu :)

Końcówka

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Miniony tydzień spędziłam w domu z chorym synkiem. Od wczoraj już jestem z powrotem w pracy, a synek – już zdrowy – na półkoloniach. Przed nami ostatnie dni wakacji. Cieszę się z tego czasu: mamy w planach odwiedzić babcie i dziadków naszych pociech, spotkać się ze znajomymi, dokonać drobnych zmian w ogrodzie i… delektować się latem, jak długo to możliwe.

Kilka dni temu, w uroczystość Wniebowzięcia Maryi, trzymałam w rękach bukiet ziół i kwiatów, uzbierany w naszym ogrodzie. Myślałam wtedy o tym, jaką łaską jest dobra śmierć – zaśnięcie w ramionach Boga Ojca. Oczywiście na nasze zmartwychwstanie ciał, którego zapowiedzią jest zaśnięcie Maryi Panny, musimy jeszcze poczekać, ale czas końca życia przecież kiedyś (prędzej czy później) nastąpi.

Niedawno w naszej wspólnotowej diakonii rozmawialiśmy o akceptacji tego, że jako ludzie posiadamy ciało i o wierze w to, że zostanie ono wskrzeszone. To chyba jeden z wielu zapomnianych dziś artykułów wiary, którą przecież co tydzień głośno wyznajemy.

Nie zajmowały nas dywagacje, jak to ciało po zmartwychwstaniu będzie wyglądało, raczej sam fakt, że nie pozostanie w grobie, że z duszą i ciałem, jak ufamy, zostaniemy wzięci do nieba. I że na to czekamy.

Zbyt śmiałe założenie? Nasza wiara rzeczywiście ma w sobie wiele odważnych elementów, ale tak chyba musi być, skoro samo pójście za Jezusem wiąże się z dużym ryzykiem, dla wielu nawet ryzykiem utraty życia.

Ale ci, którzy rzeczywiście za Nim poszli, choć nie mieli w życiu lekko, nie żałowali tej decyzji.

I my, idąc za Nim, mamy świadomość, że trzyma nasze życie w swoich rękach. Także końcówkę naszego życia. Nie jest powiedziane, kiedy ona nastąpi, dlatego doceniamy każdą chwilę, każdą końcówkę – także tych wakacji.

Przejdź do paska narzędzi