Pociąg

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Nie planowałam tej podróży. Nie byłam nawet spakowana. Wróciłam wcześniej z wyjazdu w góry, bo wiedziałam, że tak mam zrobić. Od razu.
Synek przespał większość podróży. Byłam spokojna, że jesteśmy już z powrotem u siebie. Reszta rodziny mogła spokojnie dokończyć planowane aktywności, a ja wiedziałam, że mogę głęboko odetchnąć.
Czasem takie sytuacje spadają na nas nagle. W mgnieniu oka wiemy, że mamy coś zrobić lub odwrotnie: że mamy czegoś nie robić.
Innym razem dochodzimy do rozwiązania stopniowo, modląc się o światło od Boga, o dobre rozeznanie.
Za każdym razem jednak chodzi o to samo: o pójście za natchnieniem. Oczywiście, nie mamy nigdy stuprocentowej pewności. Abraham też jej nie miał. Zapewne św. Józef uciekając z Rodziną do Egiptu, mógł mieć wątpliwości.
Ważne, by nie dywagować zbyt długo, aby zdążyć jednak na pociąg :)

Ojciec

Tagi

, , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Kończę dziś rekolekcje o Bogu Ojcu. Nadal pozostaje On dla mnie tajemnicą – i tak być powinno – ale mam wrażenie, że przez ten miesiąc stał mi się nieco bardziej bliski.

Zostaliśmy zachęceni, by przeżyć ten dzień na łonie przyrody, z bliskimi i w dziękczynienia Bogu Ojcu, a zwłaszcza by Eucharystię odkryć jako głębokie zwrócenie się do Boga Ojca.

To piękna perspektywa. Tak właśnie chcę przeżyć tę niedzielę. I błogosławionego czasu życzę także wszystkim czytającym te słowa.

Teraz

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wróciłam do pracy, dzieci (poza najstarszym synem) wróciły także z wyjazdów. Przed nami czas na miejscu, bez dalekich wypraw.

W przerwach od męczenia oczu przed komputerem patrzę przez okno u mnie w pracy, za którym jednak nie ma kwitnących kwiatów, urokliwych widoków i pięknych zabytków. Ale to nie jest przecież nic strasznego – jestem znów w znanych miejscach, w mojej codzienności.

I codzienność jest potrzebna, i odpoczynek od niej. I wspomnienia, i plany. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, by nie zakleszczyć się między wspomnieniami a planami, między wczoraj a jutro. Bo mamy tylko dziś. Jutro jeszcze nie nadeszło, wczoraj odeszło. Jest dziś. Z pięknym czy mniej pięknym widokiem. To dar – moje TERAZ.

Góry

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Potrzebowałam tej ciszy i tego spokoju, który znajduję na łonie przyrody. Oprócz rodzinnych wypraw górskimi szlakami – samotne wędrówki po zboczach gór, po łąkach pełnych motyli i cykających świerszczy, chwile zatrzymania w przydrożnych kapliczkach.

Bóg mówi w ciszy – to prawda, choć bardziej pewnie chodzi o wewnętrzne wyciszenie niż o brak dźwięków z zewnątrz. Szum wiatru, śpiew ptaków i szelest liści to piękny wstęp do zasłuchania się w ten wewnętrzny głos, który każdy z nas może usłyszeć, jeśli tylko zechce.

Już jutro kończymy naszą wakacyjną przygodę. Jestem bardzo wdzięczna za ten wspólny czas. Wracają do mnie słowa córeczki, która powiedziała mi, gdy szłyśmy razem nad staw w Starej Morawie: „Mamusiu, ja cię tak bardzo kocham, że umarłabym za ciebie”.

Myślę o Tym, który kiedyś umarł za mnie – wiem, że zrobił to z miłości. To dodaje mi sił.

I oczywiście wzrusza mnie wyznanie córuni, ale liczę, że nie będzie trzeba realizować tej obietnicy.
Chcę za to, by coraz lepiej poznawała Tego, który umarł za nią. I żyje. Amen.

Wakacje

Tagi

, , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Pierwszy tydzień urlopu za mną i pierwsza część rekolekcji. Oraz „domowe przedszkole” – ten tydzień spędziłam w domu (i nad pobliskim jeziorem) z dziećmi. Nie tylko moimi: na kilka dni przyjechał kolega naszych synów, a do córeczki jej koleżanka.
To był dobry, spokojny czas. Pełen wyzwań, ale przeżyty spokojnie.
Dziś ruszamy na rodzinną wyprawę, wrócimy za ponad tydzień.

Towarzyszą mi rozważania o Bogu Ojcu – rano, w południe i wieczorem. Ten rytm porządkuje mój wakacyjny czas, spina klamrą dzień, pozwala odpocząć w Bożej obecności.
Z jednej strony pieśń „Boże, mój Boże, szukam Ciebie”, która chodzi za mną od końca czerwca, kiedy to odwiedziłam z synem sąsiednią parafię; z drugiej: „Nic, nie musisz mówić nic, odpocznij we Mnie, czuj się bezpiecznie” – refren pieśni śpiewanej w naszej wspólnocie.
Szukanie i odpoczynek w Bogu – rekolekcje w codzienności.

Dobrego czasu – szukania i odpoczynku – życzę nam wszystkim!

Malarz

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Za naszymi plecami zachód słońca, przed nami – podwójna tęcza. Jest tak pięknie, że na chwilę w samochodzie zapanowuje pełna zachwytu cisza.
Wracamy znad morza. Wyskoczyliśmy tam tylko na jeden dzień i tylko z jednym dzieckiem, ale był to bardzo dobry i potrzebny czas.
Na początku naszego małżeństwa mieliśmy w zwyczaju mówić o Boskim Malarzu, gdy oglądaliśmy piękny zachód słońca z okien naszego domu. Potem, gdy za naszym płotem jeden po drugim wyrastały kolejne domy i bloki jak grzyby po deszczu, straciliśmy te okazje do błogosławienia Boskiego Artysty – dziękowaliśmy Mu za skrawek kolorowego nieba, który mogliśmy podziwiać między kolejnymi budynkami, zabierającymi nam, kawałek po kawałku, piękny widok.
Nasz dobry znajomy z południa Polski, który nas przedwczoraj odwiedził, stwierdził już w progu, że to jest miasto, a nie wieś. Aglomeracja, a nie zacisze. Wszystko się zgadza. Tym bardziej ucieszył nas wczoraj niespodziewany widok podczas powrotu z naszej krótkiej wycieczki.
A jeszcze bardziej modlitwa i błogosławieństwo naszego znajomego z południa kraju. Policzyliśmy, ile lat już się znamy (aż trudno uwierzyć, że to aż tyle!) , porozmawialiśmy o tym, co niego, co u nas. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, podzieliliśmy też tym, co jest trudem i wyzwaniem. I na koniec otrzymaliśmy od niego prezent w postaci modlitwy nad nami i kapłańskiego błogosławieństwa. Jadąc nad morze, rozmawialiśmy chwilę o tym pełnym pokoju spotkaniu.
Bóg mieszka z nami. Cieszy się naszą obecnością. Jakie to pokrzepiające!
Odprawiam właśnie rekolekcje o Bogu Ojcu i te treści są mi bardzo bliskie – doświadczenie ich, przyniesione przez naszego gościa, rozważanie tych treści podczas rekolekcji i niespodziewany spektakl na niebie podczas wczorajszego powrotu – to wszystko skłania mnie do wdzięczności dla Boskiego Malarza, Boskiego Artysty.
Nie widzę ze wszystkimi szczegółami oraz w pełnej perspektywie obrazu, jakim jest moje życie, ponieważ jestem wewnątrz, bardzo blisko płótna i pędzla, nie mogę więc wzrokiem objąć całości dzieła. Tylko On widzi je całe, tworzy je krok po kroku, cierpliwie. Nie wiem, dlaczego używa raz takiej, raz innej barwy oraz kiedy skończy malować swoje dzieło. Po prostu Mu ufam i dziękuję za każde pociągnięcie pędzla. Współpracuję z nim jak potrafię. I z rzadka, jakby w przebłysku, widzę fragment malowidła. Dech zapiera.

Katalpa

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Czasem mówi się, że coś jest wierzchołkiem góry lodowej danego problemu.
W naszym przypadku mała roślinka o wdzięcznej nazwie katalpa okazała się być takim wierzchołkiem góry lodowej.
Chodziło o to, gdzie ją posadzić (dostałam ją od młodszych synów, którzy na festynie parafialnym zdobyli ją dla mnie, wraz z inną piękną roślinką – kaną), a skończyło się na tym, jak każdy z nas widzi kolejny etap swojego życia oraz – w przyszłości – opuszczanie domu przez dorosłe dzieci. Ponieważ w tej niemerytorycznej dyskusji uczestniczył nasz najstarszy syn, zdobywający właśnie fachową wiedzę w dziedzinie projektowania ogrodów i trochę szerzej też – w dziedzinie architektury krajobrazu, trzeba było rozdzielić kwestie związane z roślinami od kwestii związanych z naszymi rodzinnymi układami i planami, co okazało się zbawienne.
Udało nam się, dzięki Bogu, odnaleźć z powrotem siebie nawzajem, a także zgubione na chwilę ciepło, bliskość i porozumienie. Na szczęście nie zlekceważyliśmy sygnałów ostrzegawczych i zatrzymaliśmy się w odpowiednim momencie, by nie odejść za daleko od tego, co dla nas ważne.

Czasem taka mała rzecz jak nasza katalpa, może rzucić światło na szerszą kwestię, jaką są więzi, a także komunikacja w tych bliskich relacjach. I noszone w nas obawy, skrywane lęki – zanim urosną do niebotycznych rozmiarów.
Bóg – jak widzę – może zadziałać przez wszystko, nawet przez katalpę. Jest przecież Panem stworzenia :)

Metronom

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Tup-tup, tup-tup. To miarowe kroki na górskim szlaku naszych stóp. (Przypominają mi dźwięk metronomu, który pomagał mi, gdy byłam mała, utrzymać rytm podczas wykonywania ćwiczonych przeze mnie utworów).
Nasze splecione dłonie i równe oddechy. Uważność na siebie nawzajem.

Razem idzie się łatwiej, choć trzeba dostosować do siebie tempo, wyrównać krok, wziąć pod uwagę potrzeby tego drugiego i swoje własne.

Dzisiaj nasza rocznica ślubu. Dzieci są na wakacyjnych wyjazdach, a my wybraliśmy się we dwoje na turystyczny szlak. Na kolejnych jego odcinkach pojawiają się stacje drogi krzyżowej. Uczestniczymy w niej duchowo, na chwilę zatrzymując myśl, obejmując wzrokiem obraz umieszczony na drzewie.

Myślę o naszym małżeństwie i o naszej rodzinie. O różnych wydarzeniach, etapach.
Po drodze odwiedzamy moich rodziców, świętujemy Dzień Ojca.
Jestem wdzięczna za te wszystkie lata i za ten cichy dźwięk metronomu w moim sercu, za to od tylu już lat tup-tup, tup-tup razem :)

Kos

Tagi

, , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Umila mi poranne wstawanie. Jego śpiew słyszę, gdy po powrocie z pracy otwieram tarasowe okno. Siada na dachu naprzeciwko naszego domu i swoimi trelami sprawia, że cała okolica jest jakby jaśniejsza.
Jak cudownie, że jest.
Małe stworzenie Boże, nieświadome pewnie, ile radości nam przynosi.

Moi rodzice, sto pięćdziesiąt kilometrów stąd, też mają „swojego” śpiewaka. Ale oni na swoim balkonie urządzają co roku jadłodajnię dla ptaków. Jest karmnik, w którym gołębie przepychają się z wróblami, jest słonina na sznurku, którą sumiennie dziobią sikorki.
Z dzieciństwa pamiętam, że chociaż mieszkaliśmy w bloku, z przyrodą byliśmy za pan brat. Uczyliśmy się nazw roślin, drzew, kwiatów i ziół, chodząc z rodzicami na długie spacery. Obserwowaliśmy zwierzęta i ptaki. A latem – gwiazdy.

Myślę o tym, gdy mój najstarszy syn tłumaczy swojemu niewiele młodszemu bratu, że ćmy są pod ochroną i że może przecież jednej z nich pozwolić na zwiedzanie naszego domu. (Brat opuszcza powoli kapeć).

Patrzę, jak najmłodszy syn z jeszcze młodszą od niego siostrą opiekują się naszymi domowymi pupilami, jak o nie dbają i bawią się z nimi.

Cieszę się. Wiem, że troska o przyrodę i ciepłe uczucia żywione do Bożego stworzenia mają swoją zdrową miarę.

Myślę natomiast o artykule, który przesłała mi niedawno koleżanka, o osobach, które zamiast przyjaciół i rodziny przytulają… kamienie. Robią sobie z nimi zdjęcia, przebierają w jakieś ubranka… Smutna sprawa. I jeszcze jeden artykuł, na który trafiłam przypadkowo, o rodzinie… międzygatunkowej. Tak jest nazywane w zachodniej Europie połączenie (przepraszam i ludzi, i zwierzęta, bo brzmi to co najmniej dziwnie): mężczyzny, który jest w tym układzie tatą, kobiety (jest mamą) i psa, który jest… dzieckiem. Nie jest nim oczywiście, ale tak jest traktowany. Ta para mówi do niego „synku”, wozi w wózeczku i kupuje dziecięce ubranka. Źle napisałam: nie „ta para”, ale „te pary”. To taki nowy trend.

I kamienie, traktowane jak ludzie, i psy, traktowane jak ludzkie dzieci pokazują, że coś jest nie tak. Pewnie przede wszystkim z tymi osobami, ale z całymi społeczeństwami także.

Oprócz tego, że jest to szokujące, to jest to po prostu smutne, kiedy przedmiot jest dla kogoś osobą, kiedy zwierzę jest dla kogoś ludzkim niemowlęciem.
I w drugą stronę: smutne jest także, gdy człowiek traktowany jest jak zwierzę lub jak rzecz.

Wszystko się miesza – ale nie to powinno nas niepokoić, bo zawsze były osoby, które miały problem z poukładaniem sobie pewnych rzeczy. Bardziej niepokojące jest, kiedy to pomieszanie uznawane jest za normę. I ma nawet swoją nazwę (rodzina międzygatunkowa) oraz cieszy się zainteresowaniem i dużą oglądalnością (selfie z kamieniami przebranymi w miniaturki ludzkich ubrań).

Pamiętam, że jako dziecko zauważyłam, przechodząc przez ruchliwą ulicę, że jakaś kobieta mówi coś do lalki, którą wiozła w wózku dla niemowląt. Rodzice wtedy powiedzieli mi, że być może ta pani straciła swoje dziecko i nie może sobie z tym poradzić, dlatego trochę jej się pomieszało w głowie i do lalki mówi „córeczko”. Współczułam tej pani, ale wiedziałam, że ta sytuacja nie jest normalna. Że potrzebne jest jej specjalistyczne wsparcie. Oczywiście wtedy nie umiałabym tego tak fachowo nazwać, natomiast otrzymałam jasny komunikat, że w przypadku podobnej tragedii, rozwiązaniem nie jest wożenie lalki w wózku.
O psach i kamieniach w tamtych czasach nie było nawet mowy.

Wracam do „mojego” kosa. Jestem za niego wdzięczna. I za całą przyrodę – ożywioną i nieożywioną, którą się zachwycam.
Ale jeśli chodzi o miłość matczyną i relacje przyjaźni – zachowuję je dla ludzi. I niech tak zostanie :)

Serce

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Córeczka obraca się do mnie i konspiracyjnym szeptem pyta, czy to już koniec. Przed nami obraz Jezusa Miłosiernego, ksiądz właśnie tłumaczy dzieciom, o co chodzi w dzisiejszej uroczystości.
Myślę o tym, jak wiele słów zyskało inne znaczenie niż swoje podstawowe i jak bardzo w związku z tym gubimy się w tych słowach.
Zaczynając od słowa „miłość”, które już dla wielu nie oznacza już oddania swojego życia („Nie ma większej miłości niż ta, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”), ale raczej przelotne uczucie, którego przeminięcie oznacza kres związku.
Myślę o słowie „małżeństwo”, które dla wielu nie oznacza już trwania w miłości, wierności i uczciwości aż do śmierci oraz tego, że się nie opuści osoby, której się to ślubuje przed Bogiem, ale coś, co można w każdej chwili przerwać i już do tego nie powrócić („Jak mi się znudzi, to przecież są rozwody”- mówi młoda kobieta w białej sukni, która za godzinę ma zawrzeć związek małżeński, a mnie przechodzą dreszcze…).
Słowo „tradycja”, pisane małą literą, uzurpuje sobie natomiast prawo do traktowania go jakby należało znaczeniowo do brzmiącego identycznie, ale pisanego wielką, bo dla wielu zwyczaje i formy są równoznaczne z Tradycją Kościoła, która jest niezmienna. A przecież tradycja, pisana małą jest czymś najbardziej zmiennym: kiedyś tradycją było, że panowie nieśli baldachim w Boże Ciało, dziś pan Zenek prowadzi samochód, w którym kapłan trzyma Najświętszy Sakrament. Brak baldachimu nie jest odrzuceniem Tradycji Kościoła, ale zmianą lojalnej tradycji (wczoraj otrzymałam zdjęcie od chrzestnej mojej córeczki – u nich jest tradycja samochodowej procesji).
A słowo „tęcza” albo „błyskawica”? Łuk na obłokach, symbol przymierza z Noem. Pamiętam, jak rysowałam w zeszycie od religii tęczę. Pożyczałyśmy sobie z koleżankami kredki, chciałyśmy, by była jak najpiękniejsza. Ksiądz katecheta opowiadał nam w tak porywający sposób tę historię, że miało się wrażenie, jakby to wszystko rozgrywało się przed naszymi oczami…
I tupiący synek, dziś uczeń szkoły średniej, wraz z grupą trzylatków śpiewający piosenkę o cudach przyrody (na „błyskawica” – klaśnięcie, na „grzmot” – tupnięcie). Czy mogłam wtedy przypuszczać, że kilka lat później symbol błyskawicy zapełni w naszej miejscowości wiaty przystankowe, czy mogłam się domyślać, że czarną błyskawicę zobaczą moje dzieci wymalowaną na balkonach i w oknach domów?
A słowo „duchowość”? W pandemii kończyłam moje studia podyplomowe z psychologii społecznej. W przerwie rozmawiałam z kobietą ze Szczecina, która była jedyną z dojeżdżających z tak daleka na zajęcia – my byliśmy dla niej „miejscowymi”, choć każdy z nas też musiał pokonać sporo kilometrów, by wziąć udział w wykładach. To ona użyła tego słowa, na dźwięk którego bardzo się ożywiłam. Już miałam mówić, że mi bardzo bliska jest ignacjańska, gdy nagle okazało się, że dla niej duchowość oznacza… ezoterykę. Zaniemówiłam. Poczułam się, jakby ktoś mnie okradł. Oczywiście podjęłam rozmowę, ale miałam wrażenie, że muszę poszukać innych słów, byśmy się na pewno zrozumiały, podobnie jak wtedy, gdy w rozmowie z kimś usłyszałam, że nie istnieje coś takiego jak „prawda”, bo każdy ma przecież swoją prawdę.
Z wykształcenia jestem filologiem i fascynuje mnie język, komunikacja, to jak one wpływają na nas i jak my, użytkownicy języka, kształtujemy go, ale też jak porozumiewamy się i rozumiemy (lub nie).
Bawi mnie, gdy moje młodsze dzieci dopytują podczas litanii, dlaczego Maryja jest „przedziwna”, przecież jak na koleżankę w szkole powie się „dziwna”, to tak jakby się ją obraziło.
Wspominam z łezką w oku, jak najstarszy syn uciekł na górę do swojego pokoju, gdy starsza od niego o kilka lat córka sąsiadki powiedziała, że jest taki słodziutki, że go zaraz zje. A on naprawdę myślał, że ona go połknie.
„Słodziutki” według niego mógł być tylko sernik. Ewentualnie piernik, ale nie czterolatek.

A „serce”? Patrzę na moją córeczkę pierwszoklasistkę, słuchającą kazania o Sercu Jezusa i zastanawiam się, co w jej małej główce się kotłuje. Przed wyjściem do kościoła poprosiła, bym jej chrzestnej wysłała od niej na WhatsAppie „serce”(emotikonkę). Teraz słyszy o Sercu Pana Jezusa. Widzi Jego pomnik przed kościołem. I obrazki, stylizowane na dziewiętnastowieczne, na których Pan Jezus trzyma w dłoni swoje Serce, okolone cierniową koroną i promieniami.
W domu, w aplikacji Spotify, na okładce płyty z muzyką zespołu Hillsong, której słucha mój mąż, a jej tata, widzi serce narysowane anatomicznie: z tętnicami, żyłami, aortą.
I serce, w którym jej brat miał do niedawna „dziurkę”, o której z dumą opowiadała koleżankom, że już się zarosła i nie będzie potrzebna operacja.
I serce, o którym powiedziała mi na Dzień Matki – że mam je takie wielkie, bo mieszczę w nim ich wszystkich i tak bardzo kocham, czym wywołała moje wzruszenie…
Nie, nie wzruszenie, podobno teraz to jest „wielki wzrusz” :)

Przejdź do paska narzędzi