Adwent – czas spotkania z Bogiem i z drugim człowiekiem

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Córeczka (siedmioletnia), zachęciła mnie dziś, bym napisała list do Świętego Mikołaja. Zawahałam się – myślałam raczej o tym, czego mi na co dzień brakuje (na przykład chwili odpoczynku). Ala córa stwierdziła, że to nie ma być „korcent”, tylko prezent. Gdy zapytałam, o jaki „korcent” chodzi, wyjaśniła, że o „korcent” życzeń. Poćwiczyłam więc z nią przez chwilę prawidłową wymowę wyrazu „koncert” i po chwili wróciłam do mojej pustej kartki.

Właściwie, nie była pusta: napisałam już dziewięć moich życzeń, a dziesiąte zachowałam dla siebie, nie przelewając moich myśli na papier.

Córeczka stwierdziła jednak, że to, co napisałam (przeczytałam jej losowo wybrane życzenie: żeby moi domownicy mniej gubili i mniej zapominali), jest niemożliwe do spełnienia. I że mam się skupić na prezencie.

Złożyłam kartkę na pół i się zamyśliłam.

Adwent to czas spotkania z Bogiem i z drugim człowiekiem. I szczególny czas, by poprosić (nie Świętego Mikołaja) o przemianę.

W naszym domu mamy zwyczaj, że spisujemy postanowienia adwentowe i co niedziela je wspólnie odczytujemy, omawiając, jak wyglądała ich realizacja przez poprzedni tydzień.

Teraz, pochylając się nad kartką papieru, złapałam się na tym, że nie mam przemyślanego prezentu, mam za to przemyślane postanowienie. I wiem, czego chcę… nie pod choinkę, a dla naszego domu, dla naszej rodziny.

Jak dobrze, że jest Adwent. Już w ten weekend się rozpocznie. A za tydzień rozpocznie się kurs biblijny – właściwie ewangelizacyjny, chociaż mówiący o Słowie Bożym.
Ufam, że podczas tych rekolekcji też coś się we mnie zmieni. I przede wszystkim – że zmieni się podczas tego Adwentu. Amen.

Zaskoczenie

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Zadzwonił telefon. Nie spodziewałam się takiej propozycji. Tak, cuda się zdarzają, to prawda, ale tak bez ostrzeżenia? Gotowałam właśnie obiad i piekłam szarlotkę. To było jak grom z jasnego nieba. Musiałam głęboko odetchnąć i przez chwilę poczekać aż dojdę do siebie.

Niedawno byłam (zaproszona przez liderów) w zaprzyjaźnionej wspólnocie. Wspomniałam tam o tym, jak ważne jest życie wiarą we wspólnocie: nie puste deklaracje, nie rzucone od niechcenia „pomodlę się za ciebie”, by natychmiast zapomnieć, czego problem dotyczył.
Przywołałam wtedy ten biblijny obraz (fragment z Listu św. Jakuba):

„Jeśli na przykład brat lub siostra nie mają odzienia lub brak im codziennego chleba, a ktoś z was powie im:<Idźcie w pokoju, ogrzejcie się i najedzcie do syta!>, a nie dacie im tego, czego koniecznie potrzebują dla ciała – to na co się to przyda?” (Jk 2, 15-16).

Nie przypuszczałam, że dwa tygodnie później jedna z osób z tej wspólnoty weźmie na serio moje słowa, tak bardzo, że aż będę miała wątpliwości, czy aby mi się to czasem nie śni.

Wyjaśnię pokrótce, skąd moje zaskoczenie i czego dotyczyła ta rozmowa przez telefon, gdy posypywałam właśnie jabłka cynamonem.

Jesteśmy siedmioosobową rodziną. W grudniu rozpoczynamy remont domu, w którym mieszkamy. Przygotowujemy się właśnie do tej akcji od strony logistycznej. A moja głowa pełna jest troski o moich najmłodszych, by mieli zapewnione dobre warunki na ten czas.

I wtedy dzwonią nasi przyjaciele. Są na spacerze z psem w lesie. Nie zgadzają się, byśmy czas remontu spędzili w miejscu, które według nich nie jest do tego najlepsze. I ni mniej, ni więcej proponują, byśmy po prostu… przeprowadzili się do nich.

Na chwilę odbiera mi mowę. Nie spodziewałam się tego. Nie przeszło mi to nawet do głowy. Opowiadając im o czekającym nas remoncie, myślałam, że udzielą mi jak zwykle po prostu emocjonalnego wsparcia – tak bardzo zresztą cennego dla mnie.

Ale ten telefon, można powiedzieć, że „zwalił mnie z nóg”. (Przy okazji przypomniałam sobie słowa wykładowcy na zajęciach z psychologii społecznej, że dobre wiadomości też mogą spowodować szok dla psychiki i okazać się stresujące ;)

Tego bym po prostu nie wymyśliła, o tym bym nawet nie zamarzyła. Dom, w którym mamy spędzić te kilka dni (niecały tydzień), to był, można powiedzieć, szok ;)

Jestem wdzięczna. Bardzo. I w tym wszystkim widzę Boże działanie.

Nie dalej jak tydzień temu dziękowałam Bogu za życie zgodne z powołaniem, za to, że jestem w odpowiednim miejscu, że realizacja mojego powołania jest tym, co daje mi poczucie spełnienia, że nie muszę nigdzie gnać, niczego nikomu udowadniać, szarpać się z nikim.

Jestem szczęśliwa, będąc żoną, mamą, będąc w mojej pracy, we wspólnocie, żyjąc moją codziennością. Oczywiście, mierzę się z różnymi wyzwaniami, ale nie mam poczucia, jakbym musiała teraz walczyć z wiatrakami albo porywać się z motyką na słońce.

Mam za to przekonanie, że powinnam, patrząc z wiarą, skupić się bardziej na tym, co Bóg dla mnie robi, niż na tym, co ja robię dla Niego.

I proszę – tydzień później, nawet niecały- spotyka mnie taka niespodzianka. Taka łaska. Dar darmo dany. Nie umiem nie zobaczyć w tym prezentu od Boga i wielkiej wiary moich przyjaciół.

Po co i dla kogo

Tagi

, , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wracamy od moich rodziców – świętowaliśmy dziś osiemdziesiąte urodziny mojego taty. Bardzo się cieszę, że byliśmy w komplecie i że zastaliśmy jubilata w dobrym zdrowiu.

Każdy dzień jest darowany i każde takie spotkanie jest na wagę złota – nie wiadomo jak długo dane nam będzie jeszcze się spotykać. Na razie choroba, wzięta w karby medycyny, nie dokucza tak bardzo, jak mogłaby, ale nigdy nie wiadomo, kiedy ta nierówna walka wkroczy w etap decydującego starcia.

Tego wieczoru jednak nie myślę o tym. Cieszę się z miłego dnia spędzonego w gronie rodzinnym i ze szczebiotu dzieci, jak to określiła moja mama. Rzeczywiście, gdy słyszy je się na co dzień, nie robi to takiego wrażenia – po prostu śmieją się, coś sobie opowiadają, bawią się razem. W domu, w którym na co dzień jednak nie ma dzieci, taka odmiana jest znacząca i – jak widzę – wywołuje uśmiech na twarzy seniorów.

Tak właśnie o nich myślą moje dzieci: dziadek, babcia, osoby starsze, czyli seniorzy. Innych ich przecież nie znają. Ja jednak zachowuję w pamięci inny ich obraz: dla mnie na zawsze będą rodzicami. Patrząc na nich – mimo upływu lat – widzę osoby, które towarzyszyły mi od maleńkości i – może to dziwne – w mojej świadomości są nadal w wieku, w którym raczej ma się małe dzieci, niż w wieku, w którym pojawiają się wnuki i prawnuki.

Takich ich pamiętam: w trudnych i w pięknych wspomnieniach, mających jeszcze tyle życia przed sobą, odpowiadających na nasze dziecięce i jednocześnie tak istotne pytania, zmagających się z wyzwaniami, jakie stawia przed nimi życie: praca zawodowa, wychowanie naszej trójki, liczne przeprowadzki.

Dzisiaj żadne z tych wymienionych wyżej nie ma już racji: od trzydziestu pięciu lat nie zmienili miejsca zamieszania- przeprowadzki się skończyły, od wielu lat są już na emeryturze- praca zawodowa się skończyła, nie wspomnę też od ilu już lat mieszkają bez nas, czyli swoich dzieci – wychowanie naszej trójki dawno temu się skończyło.

Ale wyzwania, jakie przynosi życie, wcale się nie skończyły i nawet jeśli tego nie chcą, zmuszają ich do konfrontacji z ważnym pytaniem: po co i dla kogo żyję i czy nadal chce mi się żyć. Na szczęście odpowiedź na nie jest zawsze pogodna i dającą nadzieję na dobre zakończenie, które oby nastąpiło jak najpóźniej.

Na zaśpiewane „100 lat” mój tato odparł dziś za śmiechem: „Postaram się, obiecuje!” I wtedy dotarło do mnie, jak niewiele już do tej setki mu brakuje. Nie ilość lat życia jednak jest najważniejsza, ale to w jaki sposób to życie przeżywamy.

Uśmiecham się więc do wspomnień i kładę się spać. Jutro – daj Boże – wstanie nowy dzień. Mam po co i dla kogo żyć. I nadal chce mi się żyć – dzięki Ci, Boże!

 

Światło

Tagi

, , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Wczoraj kładłam młodsze dzieci do snu. Do pokoju, w którym panował już sprzyjający zasypianiu półmrok, synek wniósł zapalony lampion. Refleksy światła prześlizgnęły się po ścianach pokoju córeczki.
Na początku zrobiła nadąsaną minę: lampion był prezentem od chrzestnej synka. Ona takiego nie miała, więc udawała przez chwilę obrażoną. Jednak szybko przypomniała sobie, że ma drewniany domek ze światełkiem wewnątrz. Włączyła je i postawiła domek przy swoim łóżku. Jej brat, który wyjątkowo tego dnia zasypiał w jej pokoju, na chwilę zgasił światło w swoim lampionie, byśmy mogli podziwiać jasne smugi, jakie rzucał na ściany lampion jego młodszej siostry. Drewniany domek i duży, profesjonalny lampion stały potem obok siebie zgodnie, gdy dzieci cicho oddychały przez sen.
Czułam się trochę jak w jakimś baśniowym świecie (zapewne za sprawą jasnych refleksów na ścianach), ale – choć przez chwilę moje myśli pobiegły do grudniowych rorat – nie myślałam o zimie. W naszych stronach jest stosunkowo ciepło i jedyne, co spada z nieba to deszcz, nie mamy się co spodziewać śniegu, a do świąt jeszcze daleko.
Tym, co mnie urzekło, był ten drobny gest zgaszenia na chwilę swojego lampionu, by nikłe światło dobywające się z drewnianego domku jego siostry mogło stać się bardziej widoczne. E. go o to nie poprosiła; ja także na to nie wpadłam.
Pomyślałam jednak, jak dużo może mnie nauczyć ten krótki moment przed zaśnięciem moich dzieci.
Każdy z nas nosi w sobie światło. Czasem warto przygasić to, co może je przyćmiewać, by móc – choć na moment – pozwolić drugiej osobie zauważyć, jakie piękno nosi w sobie, jak wiele w niej jest delikatności i Bożego obdarowania.
I nie zawsze to, co bardziej rzuca się w oczy, jest najpiękniejsze. Nie zawsze też to, co profesjonalne i bardzo wyszukane, jest najbardziej pociągające dla naszej duszy.

Cudownie

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Kilka dni spędzonych nad morzem pomaga mi na nowo zebrać myśli, głęboko odetchnąć i wyrazić wdzięczność – przede wszystkim względem Boga. Cieszę się z piękna, które mnie otacza, odpoczywam w nim.

Co prawda nie wiem, dlaczego moje dzieci, które mimo chłodu zrzuciły buty i skarpetki, z piskiem wpadając w morskie fale, nadal są zdrowe, a ja, opatulona, jednak zdołałam się przeziębić, ale widocznie nie wszystko muszę rozumieć ;) Cieszę się jednak, że mają się dobrze i że trochę jodu wzięliśmy ze sobą znad morza, jak zakładam.

Po powrocie klęczę razem z osobami z naszej wspólnoty przed Najświętszym Sakramentem, w parafii, w której aktualnie się spotykamy. Przypominam sobie wszystkie poprzednie miejsca spotkań (i zastanawiam się po cichu, czy we wszystkich było tak zimno jak w tym;).
A tak już całkiem poważnie: będąc tam, na adoracji eucharystycznej, cieszę się, że jestem we wspólnocie, że nie idę przez życie sama. (Oczywiście nie jest to raj na ziemi, ale z tego, co zdążyłam się zorientować, żadna wspólnota nie jest rajem – i lepiej też, by nie była drogą przez mękę ;).

Przepełnia mnie wdzięczność za życie, jakie Bóg mi dał, za historię mojego życia, za osoby, które wpłynęły w dużej mierze na jego kształt, a szczególnie za te, dzięki którym „chce się żyć”.

Dziękuję za to wszystko, co jest moim TERAZ.
I za to, że życie jest tak cudownie przez Boga stworzone – od najmniejszej komórki, której model na lekcję biologii syn przygotowywał w miniony weekend, po bezmiar mórz i oceanów, którego cząstkę mogłam przez kilka ostatnich dni podziwiać.

Tak, cudownie jest to wszystko stworzone. A w tym wszystkim my – ukochani przez Stwórcę. Jak dobrze doświadczyć tego piękna i tej miłości, mimo zimna i różnych problemów. Ponad tym wszystkim jest przecież Pan i nigdy nas nie zostawia samych. Amen :)

Ostatni

Tagi

, , , , , , , , , , ,

Fot. Michał Kamiński

Dzisiaj pada rzęsisty deszcz, a słoneczne barwy jesiennych liści zasnute są szarą mgłą. Wczoraj obserwowaliśmy z koleżanką i kolegą z pracy jak dzięcioł skacze po naszym ulubionym („złotym”) drzewie – dziś niewiele przez nasze pracowe okna widać. Wydaje się, jakby jeszcze nie wstało słońce albo jakby ktoś skradł wszystkie kolory i zostawił tylko odcienie szarości.
Wczoraj na redakcyjnym korytarzu było tak gwarno i radośnie – opowieściom nie było końca. Dziś siedzimy skupieni, każdy w swoim redakcyjnym pokoju z tabliczką, wpatrując się w ekran.
Pewnie za chwilę znów wyjdzie słońce albo któreś z nas zapuka do drzwi sąsiada, zapraszając na przerwę w jadalni. Tak jest zazwyczaj: po deszczu jest słońce, po ciszy – gwar, po śmiechu – skupienie.

W najbliższych dniach pewnie tego ostatniego będzie więcej. I refleksji nad przemijaniem, śmiercią. Chociaż w naszej kulturze często temat przemijania jest zagłuszany albo trywializowany.

To nie znaczy jednak, że nie możemy sami stworzyć przestrzeni do zadumy. Nie wszystko musimy mieć podane na tacy. Tak jak nie każdy dzień jest słoneczny i nie każda chwila wypełniona jest śmiechem, tak i nasze życie nie może skupiać się jedynie na tym, by było nam przyjemnie (i komfortowo, jak to ostatnio zwykło się mówić).

Śmierć i przemijanie na pewno nie są tematami, które sprawiają, że czujemy się „komfortowo” i przyjemnie. I bardzo dobrze.
Dzięki temu mamy szansę zobaczyć i poczuć, czym jest życie. Na pewno nie jest siedzeniem w piaskownicy i oczekiwaniem, że jakiś dorosły (państwo, Kościół, jakaś instytucja) zapewni nam dobrą zabawę (bo jeżeli nam zabawa się nie spodoba, zabierzemy zabawki i pójdziemy do innej piaskownicy).

Rzeczywiście, z takim podejściem można przepędzić lwią część swoich lat, nie zauważywszy, że to właściwie nie jest życie w pełnym tego słowa znaczeniu.
Oczywiście, tak jest łatwiej (do pewnego momentu). Tworzenie iluzji placu zabaw może na pewien czas „uchronić” od piekącego poczucia winy, wstydu, od świadomości, że za coś jest się odpowiedzialnym i że ponosi się konsekwencje własnych wyborów.

Sęk w tym, że pewnego dnia przez pastelowe barwy placu zabaw przedziera się długo tłumiony ból, długo spychane na bok przeczucie, że to jest gra, która się niedługo skończy.

Może więc lepiej po prostu każdy dzień przeżywać jako swój ostatni (nieco podobne ćwiczenie duchowe zalecał św. Ignacy z Loyoli), by od razu wiedzieć, że życie się kończy, a nie udawać, że będzie trwało w nieskończoność, tylko zabawki się będą zmieniały.

Zapalam świecę. Ona przypomina mi, że moje życie przemija i że jest po coś. W blasku ognia i jego cieple mogą „odżyć” ci, którzy za życia umarli. Chodzą, jedzą, skrolują, „rolkują”, ale nie dotykają życia. W tym świetle mogą odkryć, że jest coś poza ich życiowym osiągnięciem, by było „komfortowo”.

Świeca się spala, obdarzając swym blaskiem. To jest obraz życia, które ma cel, które jest dla innych. Myślę o moim dziadku, który jako młody człowiek oddał swoje życie, ratując życie innych ludzi. „Krótko cieszyliśmy się jego blaskiem”, można by tak sparafrazować biblijny tekst o Janie Chrzcicielu. Nie poznałam go. Mój tato był zbyt mały, by go zapamiętać. A jednak, mimo że żył tak krótko, zapalił potężny płomień. Jestem wdzięczna Bogu za niego. Tacy ludzie przekonują mnie, że nie warto udawać, że trwa karnawał. Ten dzień może być moim ostatnim.
Chcę go przeżyć świadomie, od początku do końca. Amen.

Spacer

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Doceniam jesienne piękno podczas codziennych podróży do pracy. To mój ulubiony moment dnia: jadę i chłonę przesuwające się obrazy. Mam wrażenie, że nie tylko oczy sycą się tym widokiem, ale też dusza karmi się wtedy pięknem.

Za oknem w mojej pracy zażółciło się moje ulubione drzewo. Patrzę na nie co dzień razem z koleżanką. Jeszcze tak niedawno było zielone!

Jestem wdzięczna za te chwile, gdy mogę mieć kontakt z przyrodą. Każdego dnia staram się pójść na spacer, choćby króciutki, choćby w deszczu, ale jednak, by zrobić te kilka kroków na świeżym powietrzu.

Niedawno wybrałam się na spacer z mężem. Poszliśmy tylko we dwoje. Zazwyczaj towarzyszą nam dzieci (lubię to nasze rodzinne wędrowanie), ale tym razem mogliśmy beztrosko spędzić ten czas, trzymając się za ręce lub idąc pod ramię.

Te chwile oddechu, gdy nic bardzo istotnego się nie dzieje, są po prostu bezcenne. Pomagają zobaczyć wszystko we właściwych proporcjach. Na nowo odkryć piękno – w nas i wokół nas.

Przyślij nam swoje róże!

Tagi

, , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Skończyłam właśnie czytać (jeszcze ciepłą, mówiąc potocznie) adhortację papieską o Małej Teresce – świętej na nasze czasy, jak przekonuje papież Franciszek.

Bliski mi jest jej sposób myślenia, który daje pierwszeństwo łasce. On był zawsze obecny w Kościele, bo jest głęboko biblijny, ale nie zawsze był obecny w praktyce poszczególnych członków Kościoła (tych utytułowanych, ubranych w purpurę i tych zwykłych, szarych, nieznanych szerszemu gronu).

Jak dobrze więc, że warstwy, jakie przez wieki narosły na ewangelicznym przekazie, krok po kroku są zdejmowane po to, by radość Ewangelii i bezgraniczne zaufanie Bogu mogły na nowo rozbrzmieć z całą swoją siłą.

Cieszę się, że żyję w tych czasach. Trudnych i pełnych cierpienia, ale jednocześnie pięknych. I że doczekałam się chwili, gdy kolejna warstwa przykrywająca Oblicze Jezusa w Kościele została zdarta, że powiedziane to zostało wprost: to jest serce Kościoła – nie cyferki, nie układy, nie dobre samopoczucie.

Papież pisze w adhortacji, że Święta Mała Tereska „może nam pomóc odkryć na nowo prostotę, absolutny prymat miłości, zaufania i powierzenia się Bogu, przezwyciężając legalistyczną i etyczną logikę, która wypełnia życie chrześcijańskie obowiązkami i nakazami oraz zamraża radość Ewangelii”(52). Niech tak się stanie! Niech pośle nam swoje róże!

Do końca świata

Tagi

, , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

I tak już będzie – mówi z przekonaniem, kiwając głową. – Zobaczycie, ja wam mówię! Do końca świata!

Patrzę na nią z zaciekawieniem. Czy zacznie teraz roztaczać przed nami apokaliptyczne wizje, wieszcząc rychły upadek wszystkiego, co do tej pory uważaliśmy za pewne? W pandemii takie wypowiedzi cieszyły się dużym zainteresowaniem, ale może i teraz również takie przekonania znajdują swoich zwolenników? A może ma na myśli to, że jak świat światem, wojny były, są i będą i nie ma się czym za bardzo przejmować?

Zerkam na nią ukradkiem, gdy dalej toczy się rozmowa, aż w końcu pytam, co miała na myśli. Na szczęście żadne z moich przypuszczeń nie znajduje potwierdzenia.
Rozmawiamy o sytuacji na Bliskim Wschodzie – jutro już wyjeżdża do Libanu, do św. Szarbela.
Razem z nią „polecą” tam nasze intencje, które ze sobą zabiera.
***
Oglądam piękne zdjęcia, jakie przesyła z Libanu – już tam są, razem ze znajomymi z mojej pracy. Południowa cześć tego kraju została niedawno ostrzelana w związku z wybuchem wojny w Izraelu. Jak to jest być tak blisko tych wydarzeń?

Jestem wstrząśnięta doniesieniami z Ziemi Świętej – okrucieństwem i wielkim cierpieniem tamtych ludzi. Modlę się o pokój. Tam i na Ukrainie, i wszędzie, gdzie przemoc bierze górę nad pokojowym rozwiązywaniem konfliktów.

Tak, zapewne do końca świata będą wojny, do końca świata nie uda się wyeliminować przemocy wśród ludzi. Ale to nie jest powód, by przestać wierzyć w dobro i miłość. Zwłaszcza teraz.

****

„Proście o pokój dla Jeruzalem, niech zażywają pokoju ci, którzy ciebie miłują! Niech pokój będzie w twoich murach, a bezpieczeństwo w twoich pałacach. Przez wzgląd na moich braci i przyjaciół będę mówił <Pokój w tobie!> Przez wzgląd na dom Pana, Boga naszego, będę się modlił o dobro dla ciebie. ” (Ps 122, 6-9)

 

Wspólny dom

Tagi

, , , , , , , , , , , , , ,

Fot. Danuta Kamińska

Przeczytałam dwa dni temu „Laudate Deum” – najnowszą adhortację papieża Franciszka i myślę nad tym, czego ona dotyczy, a mianowicie o odpowiedzialności klimatycznej.
Bardzo poruszający był dla mnie kilka lat temu inny dokument papieża Franciszka – encyklika „Fratelli Tutti”, którą przeczytałam „jednym tchem”. Podobnie było z wcześniejszą nieco encykliką „Laudato si”. Obydwie poruszają tematykę odpowiedzialności za świat – za miejsce, w którym żyjemy i za ludzi, z którymi żyjemy na tym świecie.
Ale z adhortacją było nieco inaczej – nie wszystko mi w niej dźwięczało czystym, przyjemnym dla ucha tonem. Nie musiało – nie taki jest jej cel przecież.

Przyjmuję jej treść i nie mam wątpliwości: to jest nasz wspólny dom. Nie możemy być aż tak oderwani od rzeczywistości, by nie dostrzegać, co się z nim dzieje (ani tak skupieni tylko na tym, co „namacalne”, by zapomnieć, że „nasza ojczyzna jest w niebie”, jak przekonuje św. Paweł w Liście do Filipian).

Zatrzymując się na treści „Laudate Deum”, myślę o pewnej zmianie, która się we mnie dokonała już jakiś czas temu, ale zanim opowiem o tym, podzielę się jeszcze krótką historią, w pewien sposób wiążącą się z poruszanym tematem.

Pół roku temu do naszego domu zawitały dwie świnki morskie. Przyjęliśmy je ze schroniska. Miały pół roku, tak ocenił weterynarz. Ktoś porzucił je w lesie, ale na szczęście ktoś inny natknąwszy się na nie, zabrał do fundacji zajmującej się ratowaniem tych małych zwierząt.
Zanim do nas trafiły, w naszym domu odbyło się wiele burzliwych narad. Wyłożyliśmy na stół wszystkie „za” i „przeciw”. W końcu przekonaliśmy największego oponenta i zaczęliśmy przygotowania. Pokój jednego z synów został przystosowany do potrzeb małych futrzaków.
Jeszcze zanim do nas dotarły, mieliśmy spotkanie z innymi świnkami morskimi (i oczywiście z ich właścicielami), by dowiedzieć, jak to jest opiekować się takimi małymi zwierzątkami. W końcu nadszedł dzień, gdy „nasze” świnki pierwszy raz pojawiły się w domu na Jaśminowej. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość – przez pierwszych kilka dni bały się wyjść ze swojego domku, nie było mowy nawet o pogłaskaniu ich. Dzisiaj, gdy mija pół roku od ich zadomowienia się u nas, śmiało mogę powiedzieć, że czują się z nami bardzo dobrze, podobnie jak my z nimi.

Kilka dni temu, gdy pochorowałam się i byłam w domu na L4 , mój syn, widząc, że moje samopoczucie nie jest zbyt dobre, powiedział: „Mamusiu, a teraz świnkoterapia!” i podał mi Benia, a potem Franka. Kolejno brałam czworonogi na kolana i głaskałam je. Ufnie patrzyły mi w oczy i wydawały śmieszne dźwięki, które zinterpretowałam jako wyraz zadowolenia.

Jako dziecko nie miałam zwierzątka. Trudno też powiedzieć, bym miała jakąś świadomą wieź z przyrodą. Gdy zaraz po studiach, będąc na rekolekcjach ignacjańskich, usłyszałam na jednej z konferencji – wprowadzających w medytację biblijnego tekstu – o tym, że jesteśmy – bardziej, niż nam się wydaje – częścią stworzenia, a nie tylko jego „konsumentami”, wydawało mi się to trochę dziwne i nieprzystające do „poważnych rekolekcji”. Jednak ten sposób myślenia stał mi się w końcu bardzo bliski – krok po kroku zmieniała się moja mentalność i gdy patrzę wstecz, nie mogę się nadziwić, że prawd, o których słyszałam w tamtym wprowadzeniu do medytacji, tak długo nie traktowałam jako coś oczywistego i „mojego”.
Odpowiedzialność za środowisko nie była wtedy czymś powszechnym. Myślę, że dopiero moja przeprowadzka na wieś pomogła mi docenić piękno przyrody i nauczyć się szacunku dla niej.
Ale zmiana dokonała się już wtedy, podczas tamtych rekolekcji ignacjańskich, gdy zakiełkowała we mnie myśl, że może nie mam racji, że może warto otworzyć się mentalnie na inną perspektywę, że może warto w pokorze uznać, że świat, w którym żyję, nie może być już dłużej w sposób egoistyczny i bezrefleksyjny eksploatowany.

 

Przejdź do paska narzędzi